sobota, 15 września 2012

System? Nauczyciele? Dzieci? Rodzice? W czym tkwi problem?


Z cyklu : WTF?! Czyli co się dzieje z tym światem?!


Wiecie, że zaczął się rok szkolny? Tłumy młodych ludzi szturmem wdarło się na korytarze placówek edukacyjnych, by zachłannie pogłębiać swoją wiedzę, zapychać umysły niepotrzebnym badziewiem, by w przyszłości rządzić światem.
Jestem córką nauczycielki z kilku… letnim stażem. Na przestrzeni lat wyrobiłam sobie własne zdanie na temat systemu edukacji, nauczycieli, dzieci i rodziców. (Specjalnie użyłam takiej kolejności, bo właśnie w takiej kolejności padają oszczerstwa, narzekania i wszelkiego typu żale.)

HOW KAMA SEES IT?

System edukacji szwankuje od dawien dawna. Uczeni jesteśmy tego, czego już nigdy poza murami szkoły nie wykorzystamy. Każą nam siedzieć w szkołach po kilka godzin, słuchać paplaniny nauczyciela, który też nie widzi w tym sensu. Tracimy umiejętność samodzielnego myślenia i analizy. Nie potrafimy poprawnie sklecić zdania po polsku, ale za to możemy obliczyć “prędkość kulki w chwili uderzenia o ziemię jeżeli spadła ona swobodnie z wysokości 5 m” lub podać, w kolejności chronologicznej, wszystkich władców Egiptu.  Każą nam pisać niepotrzebne testy na zakończenie szkoły (o ile matura ma jeszcze jakiś sens, o tyle testy na zakończenie klasy 3 podstawówki nie mają żadnego), które nijak obrazują nasze realne umiejętności. Każda reforma systemu edukacji jest gorsza od poprzedniej, a ministerstwo głuche jest na potrzeby ucznia.

Nauczyciele to dla mnie drażliwy temat. Większość z was powie, że mają dobrze. Przychodzą do szkoły i tylko mówią do dzieciaków, których mają w dupie. Mają 2 miesiące wakacji i całą masę wolnego w czasie roku. To oni są winni temu jak system edukacji wygląda i to oni uczą nas głupot… Grrr… No to po pierwsze: większość nauczycieli wybiera ten zawód bo chcą uczyć, a to, że któryś miał was w dupie wynika z tego, że uczniowie też mieli go w dupie, więc już przestało mu zależeć. Wolny czas to spoko sprawa, ale w rzeczywistości jest tak, że sporo pedagogów po przyjściu z pracy siedzi poprawiając durne kartkóweczki durnych dzieciaków, Muszą zdawać durne raporty, mają więcej pracy papierkowej niż to można sobie wyobrazić, a zanim zaczną wakacje muszą zdać tonę jakiś bezsensownych analiz, które pokazują jak "inteligentnych" mają uczniów. Gdy któremuś z nich zależy, to jeszcze spędza sporo czasu na obmyśleniu planu jak tu pomóc wychowankom.  A co do ich wpływu na system edukacji? Nie mają żądnego. Wszystko jest im narzucone z góry więc ich też krew zalewa, bo pewnie woleliby być podobnymi do Robina Williamsa w “Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, niż być traktowanym jako wredny belfer, który się na wszystkich uwziął. To system  niszczy w nich wszelkie pokłady dobrego serca, wyrozumiałości i życzliwości, sprawia, że praca przestaje być przyjemna, a patrzenie na dzieci przyprawia ich o odruch wymiotny.
{BTW. Miałam wielu nauczycieli.  Niektórych wspominam dobrze innych źle. Potrafię jednak docenić trud jaki wkładają w swoją pracę. Wielu z nich znam od innej strony niż ta, którą widziałam w szkole. Wiem, że wielu poświęca niekiedy zdrowie dla swoich uczniów, a oni często trochę za późno to doceniają.  Jeżeli spotkaliście na swojej drodze nauczycieli, których dobrze wspominacie, którzy was nie ignorowali, którzy chcieli wam coś przekazać, to chociaż pamiętajcie jak się nazywali. Wierzcie mi, że nie ma nic smutniejszego niż widok wyrazu twarzy człowieka, który wie, że nie tyle trud jego pracy nie został doceniony, co fakt, że został zapomniany.}

Dzieci… to smutne, ale wszyscy widzimy co się dzieje. Aż ręce opadają widząc jak na przestrzeni lat zmieniły się wszelkie wartości, co ja mówię - jak zanikły wszelkie wartości. Już w pierwszych klasach podstawówki wiele z nich zatraciło wszystko to, co może być piękne w dzieciństwie. W ich wieku bawiłam się lalkami, wspinałam po drzewach i malowałam kwiatuszki i słoneczka. A co taki kilkulatki wiedzą? Wiedzą, że nauczyciel nie może ich dotykać, bo to jest molestowanie. Znają przeróżne przekleństwa, które ja bym nie wymówiła. Umieją się bić, wyzywać i Bóg wie co jeszcze. Już w  wieku 12 lat chcą być traktowani jak dorośli, mają gdzieś nauczycieli, rodziców, rówieśników i kogokolwiek innego. Uważają, że wszystko się im należy, że są bezkarni, a ich zachowanie nie będzie miało jakichkolwiek konsekwencji. Zamiana zachodzi z wiekiem. Jak delikwent kończy 18 lat i staje się dorosły zazwyczaj normalnieje, ale w niektórych przypadkach zmiany jakie zaszły są nieodwracalne.

To jakim jesteśmy nie zależy jednak tylko od nas. Nauczyciele też nie mają na to dużego wpływu. Tak, to oni nas uczą, kształtują nasze społeczne umiejętności, lecz największy wpływ mają na nasze zachowanie nasi rodzice.

I tu zadaję sobie pytanie WTF is going on?

Od zawsze rodziły się konflikty na linii dziecko- rodzic. Sprzeczki  to normalka. Zazwyczaj jednak to rodzice byli naszymi pierwszymi i najważniejszymi autorytetami. To ich zdanie w gruncie rzeczy było najważniejsze i to z nim się liczyliśmy. Konflikt w szkole? Nie ma bata, rodzic popierał nauczyciela, autorytet się wzmacniał i taki dzieciak nie miał nic do gadania. Świat miał swój porządek i jakoś funkcjonował.
Nie wiem właściwie co się stało. Czym było to spowodowane. Czy jakiś meteor czy Czarnobyl… nie mam pojęcia, ale w ostatnich latach rodzicom coś konkretnie odbiło. Mówię to świadomie i po głębszych analizach.
Kiedyś nauczyciel miał problem wyłącznie z dziećmi, ale wtedy mógł liczyć na pomoc rodzica. Nawet jeśli ten nie zgadzał się z jego opinią, raczej nie dawał tego po sobie poznać. Dziecko musiało wiedzieć, że jest ktoś ponad nim. Co mamy teraz?
Bezstresowe wychowanie, zanik autorytetu, kumpelskie relacje i wszystkowiedzących opiekunów. Rodzice nie przyjmują do wiadomości, ze ich dziecko nie jest najlepsze, że ma problemy w relacjach z rówieśnikami, że się źle uczy i nagannie zachowuje. Nie przyjmuje skarg do wiadomości, bo nie może źle wypaść w oczach innych. Dziecko jest odbiciem nas samych, więc ono musi być naj byśmy i my mogli chodzić z podniesioną głową.

Są wakacje, a w wakacje wreszcie mam czas by spokojnie zasiąść przed telewizorem, w którym nie ma absolutnie nic godnego uwagi. Ramówki stacji telewizyjnych to nic innego jak poszukiwanie ukrytej prawdy, wspominki z wakacji, nauka jak sprzątać dom czy jak zostać szefem kuchni.
To co mi jednak najbardziej dało do myślenia to tak liczne programy o uzdolnionych dzieciakach i ich rodzicach. A raczej o rodzicach i ich uzdolnionych dzieciakach.
Widzieliście program “Taniec- marzenie mojej matki”? Gorszego badziewia me oczy nie oglądały może poza rodziną Kardashianów i perypetiami Paris Hilton, ale jest to idealny obrazek ukazujący problem współczesnego rodzicielstwa. Matki spełniają swoje marzenia za pomocą córek, które są mniej lub bardziej uzdolnione. I tak mamy w programie grupkę harujących, małych dziewczynek które tańczą by mamy były z nich dumne i grupkę plastikowych, pustych mam, które zapomniały, że program jest o ich córkach i prezentują ochoczo swoje wdzięki do kamery.  Toczą zażarty spór o to które dziecko jest lepsze, a jak się okazuje, że ich pociecha nie wygrywa, skaczą sobie do gardeł i bluźnią na nauczyciela. I to wszystko w obecności dzieci.

Tak właśnie widzę współczesnych rodziców. Wypięknieni karierowicze, którzy w pogoni za ideałem przerzucają swoje ambicje i frustracje na potomstwo. Starają się je chronić przed różnymi zagrożeniami, jednocześnie traktując jak dorosłych i tym samym sprawiają, że stają się one nieodporne i nie przygotowane do życia. Dmuchają i chuchają na nie jakby były z drogiej porcelany. Nauczyciele są głupi i nic nie wiedzą (mimo długoletniego stażu pracy), sami są najmądrzejsi (bo czytali poradniki), wiedzą najlepiej jak uczyć (bo sami chodzili do szkoły) a ich dziecko jest najlepsze (bo to ich mały klon). Bez zastanowienia cały obowiązek wychowania zrzucają na szkołę, a sami chcą być w oczach dzieci kumplami. Bezstresowe wychowanie to jedna wielka bujda i nie przynosi nic dobrego. Pokazuje to tylko jak bardzo wszyscy się mylimy i jak bardzo chcemy być wspaniali, a ideałów nie ma.
Dlatego kochani, zanim będziecie mieć dzieci, albo jak je macie, zastanówcie się proszę od czego zależy co wyrośnie z tych małych stworzeń. Spójrzcie w lustro, a dopiero później psioczcie na ludzi, którzy chcą dla was jak najlepiej. 

Chciałam też wyrazić wielki podziw dla mojej mamy za tyle lat, które wytrzymała w tym zawodzie, oraz dla tych wszystkich nauczycieli, którzy nie stracili zapału.

I jeszcze jedno. Proszę, zanim zadacie mi pytanie: "czy chcę być nauczycielem?", przeczytajcie cały ten post jeszcze raz. Odpowiedź, mam nadzieję, nasuwa się sama:)

2 komentarze:

  1. Zgadzam się. Też znam to trochę od kuchni i też miałam okazję poczynić podobne obserwacje... nawet pracując w sali zabaw dla dzieci. Nic dodać, nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kamila - świetna wypowiedź! Zgadzam się w 100% z każdym twoim słowem.
    Praktycznie cała moja rodzina, włącznie ze mną to nauczyciele! Osoby nie mające bliższego kontaktu z nauczycielem -widzą tylko pracę do 14:00,zero stresów,kolosalne zarobki (ponoć ostatnio gazeta "Fakt" obliczyła nam 5tyś zł miesięcznie za etat), wolne weekendy i aż 2 miesiące wakacji! Nikt nie związany z tym "fantastycznym" zawodem nie uwierzy jak jest naprawdę,nie zrozumie co to znaczyć być nauczycielem w dzisiejszych trudnych czasach ...


    OdpowiedzUsuń