His name is Bond. James Bond.

Na samym dole zamieszczam piosenkę Adel jako podkład i tło dla tego co tu napisałam:)

Post nie powinien zawierać spoilerów, które mogą wam zepsuć seans, starałam się:)

Nigdy nie uważałam się za fankę agenta 007. Nie potrafię zarzucać cytatami, nie posiadam tej ładnej skrzyneczki z DVD i nawet nie widziałam wszystkich filmów. Bonda jednak traktuję jak kultową postać, która stała się już legendą. Bond wymieniany jest w każdej książce jaką muszę przeczytać w ramach przygotowań do pracy licencjackiej. Bond to wzorzec bohatera kultury masowej. Bond to symbol Wielkiej Brytanii, wzór do naśladowania, niedościgniony wzór (kto nie chciałby nim być?:)). Nic więc dziwnego, że od 50 lat pojawia się na ekranie, a tłumy ruszają do kin by ponownie ujrzeć jego zmagania ze złem.


Nie mogłam sobie odmówić i nie skorzystać z okazji by zobaczyć tak zachwalaną nową część. Podobno najlepsza, najefektowniejsza i porywająca. Jak można sobie odmówić? Muszę przyznać, że wmawiałam sobie również, że to w ramach odrabiania pracy domowej:) ale i rzeczywiście, oglądając Bonda patrzę na niego z perspektywy...  zboczenia zawodowego.

W każdym razie poszłam do kina. Pierwszym zdziwieniem był przeogromny tłum, problem z rezerwacją miejsca. Poważnie- jeśli ktoś kto to czyta wybiera się na ten film, radze zarezerwować bilet. Dzikie tłumy jak na premierze "Zmierzchu" w 2008... Musieli puścić 30 min reklam by wszyscy weszli i się ulokowali. Coś strasznego...


Idąc na Bonda oczekujesz pewnych typów zachowań, jakiś schematów, ukazania charakterystycznych cech. Widz nie oczekuje radykalnych zmian, nikt nie zaakceptowałby Bonda jako kowboja osiedlającego się na prerii. Byłam trochę zdziwiona jak w mediach trąbiono, że 007 porzuca swój wizerunek, sięga po piwo i chodzi w dresie. Jak tak można?
Już pierwsze minuty filmu utwierdził mnie w przekonaniu, że ktoś czegoś nie dopatrzył, albo wyolbrzymił. Bond w nienagannie skrojonym garniturze otrzepuje się po bójce i poprawia mankiet- klasyka. Bond nie zapomina o martini- wstrząśniętym, nie mieszanym. Korzysta z nowych zdobyczy techniki nawet jeśli to zwykłe "radio", a nie wybuchający długopis. Stał się Bondem naszych czasów, ze smartphonem i kilkoma bliznami. Nic jednak nie odebrało mu dawnego uroku.

Jak przystało na porządny film o agencie Jej Królewskiej Mości, od pierwszych minut rzucani jesteśmy na głęboką wodę, w wir akcji, by tylko na moment, gdzieś między piosenką tytułową, a kilkoma minutami po niej, złapać oddech. Napięcie nie spada, a wręcz rośnie, by w momencie pojawienia się tzw. "czarnego charakteru" utrzymywało się na wysokim poziomie aż do samego końca.

James Bond. Niezawodny agent sięga bruku. (Myślę, że nie będzie to spoilerem). Już na początku ulega pewnemu wypadkowi, zapuszcza się, sięga po flaszkę z którą się nie rozstaje, by w pewnym momencie wrócić do macierzy i odpowiedzieć na wezwanie MI6 i założyć idealnie skrojony garnitur. Zostaje poddany próbie, nagle wszystko w  co wierzył zostaje poddane w wątpliwość, musi stoczyć bój nie tylko z wrogiem, ale z samym sobą, z tym kim był przez całe życie. Nie mam w tym wszystkim nawet cienia niepotrzebnego patetyzmu, przesady. W jak najlepszym wydaniu wraca do tego, co w Bondzie najlepsze. Gdy z ust Craiga padają znamienne słowa, słowa kluczowe, które są tylko i aż jego własnym nazwiskiem, wiemy, że stoi przed nami "Bond. James Bond". Po Skyfall wiem, że wszelkie wątpliwości co do nowego aktora powinny być rozwiane. Nie wiem jak to dobrze wyrazić, ale Daniel Craig jest perfekcyjny i ujmujący. Działa na kobiety, ale i na mężczyzn, budzi zachwyt i postrach. Nic dodać nic ująć.

Co mnie skusiło do napisania tego posta? Nie kto inny jak właśnie czarny charakter. Mam coś takiego, że właśnie te złe osoby mnie najbardziej interesują. Bond nie mógłby istnieć gdyby ktoś nie stanął mu na drodze. Tak samo nie istniałby Robin Hood bez Szeryfa, Trzej Muszkieterowie bez Kardynała, Thor bez Lokiego, Harry bez Voldemorta, Jerry bez Toma. To już stały element. Czasami jednak zdarza się, że czarny charakter nie dorównuje swojemu przeciwnikowi. Jest sztuczny, śmieszny, zbyt słaby. Jak spisał się  Javier Bardem? Biję pokłony przed tym panem. Składam wyrazy szacunku i podziwu. Dawno nie widziałam tak niesamowitego bohatera drugoplanowego. Gdybym mogła, już dziś pognałabym do Bardema i wręczyła mu Oscara. Raoul Silva w jego wykonaniu to chodzące zło. Przepełnia go chęć zemsty, jest szaleńcem, czasami wywołującym śmiech, czasem zażenowanie, by za chwilę wywołać dreszcz. Ma w sobie coś z każdego znanego nam złego bohatera. Dopatruje się w nim czegoś z Moriarty'ego (Sherlock BBC), trochę  Normana Stansfielda ("Leon Zawodowiec"). Bardem wręcz momentami kradnie show, ale nie umniejsza roli Bonda. Razem tworzą parę, duet i są w tym znakomici.

W Skyfall nie zawodzi nas i pozostała część obsady. Co do dziewczyny Bonda nie będę się wypowiadać. Po filmie miałam wrażenie, że to M odegrała tu najistotniejszą rolę i reszta tych ładnych dziwczyn nie umywa się do wspaniałej Judi Dench, której aż nie wypada krytykować. Do tego Ralph Fiennes na którego nie mogę obiektywnie patrzeć, a który jak zawsze pokazał wysoki poziom. Ben Whishaw jako Q to natomiast taki znak, że idzie młode pokolenie, które jest za  pan brat z najnowszą technologią, a które wprowadza humor i powiew przyszłości.

Poza tym wszystkim mamy w Skyfall wiele smaczków, takiego puszczania oka do widza. Żałuję, że nie znam każdego filmu, ale sam fakt, że Q  podkreśla, że nie zajmują się już wybuchającymi piórami, a w pewnym momencie 007 przesiada się to przepięknego Aston Martina DB5 zamiast do jakiegoś wycackanego, nowego samochodu, również u mnie wywołał dreszcz zachwytu.

Bardzo dobre efekty specjalne, scenografia, zdjęcia i piosenka Adel powodują, że przenosimy się do tego świata i dajemy się porwać historii. Twierdze, że wszystkie te opinie (pozytywne) jakie słyszałam nie były chybione. Spędziłam w kinie kilka godzin na dobrej zabawie i niczego innego nie oczekiwałam. Bond to taki nasz stary przyjaciel, towarzyszący nam od 50 lat i bez wątpienia będzie nam towarzyszył dalej. Co w tym złego, że to komercyjny sukces, że miliony chcą to oglądać. Nie obchodzi mnie to, że na każdym kroku zostaje nam zareklamowany produkt, że filmem rządzą sponsorzy. Co z tego, skoro wychodząc z kina nie żałuję wydanych pieniędzy, czuję się zrelaksowana i zadowolona. Osiągnęłam katharsis takie jak to opisywał Umberto Eco, wszystko skończyło się tak jak tego oczekują widzowie, zostaliśmy oczyszczeni. Dlatego jeżeli ktoś będzie chciał doznać jakiś głębszych emocji i intelektualnego wyzwania to raczej niech nie idzie na Bonda. Dajmy Agentowi 007 spokój i przyjmijmy go takim jakim jest. A ten w moim odczuciu jest znakomity.



Komentarze

  1. nie czytam jeszcze, bo nie byłam, ale i tak żałuję. bu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. starałam się by nie było spoilerów, ale jeżeli nie chcesz się sugerować moją opinią to nie czytaj:)

      Usuń

Prześlij komentarz