Krótka historia o tym jak wypiąć się na fanów.

Dylematy serialoholiczki...

Albo raczej o tym, że nie wszystko powinno się ciągnąć jak pomysłów brak.

Najpierw byłam zła, później wściekła, ale z czasem patrzyłam na to z politowaniem.
Dziś będzie o tym jak jeden z moich ulubionych seriali zaczął sięgać bruku i walić głową o krawężnik.



Glee to serial nie dla każdego, w zasadzie nie znam wielu osób którym przypadłby do gustu. To specyficzna produkcja, śpiew, taniec, liceum, czyli wszystko czego przeciętny młody człowiek stara się unikać by nie wyjść na melomana, mięczaka. Moja mama nazwałaby to wręcz infantylnością.

Jednak ja infantylna od czasu do czasu lubię być. Glee stało się dla mnie serialem, który potrafił poprawić mi humor. Pierwszy sezon pachniał świeżością, kreatywnością i oryginalnością. Świetne piosenki, ciekawa historia. Licealiści którzy nie wyglądają jak z okładek Voga. I wspaniała Jane Lynch w roli potwornej trenerki  cheerleaderekWszystko to złożyło się na bardzo dobrą (w moim odczuciu) produkcję, która dała nadzieje na przyszłość.
Nadszedł drugi wyczekiwany sezon. Wszystko zapowiadało się znakomicie. Było kilka upadków, ale szybko wracano do pionu. Serial stawał się coraz bardziej popularny więc i utwory były dobierane pod szerszą widownię, ale nie zapomniano o klasykach. Historia również uległa pewnym zmianom, przestała być tak oryginalna, ale nadal przyciągała mnie przed monitor.
I nagle po kilku miesiącach przerwy pojawił się sezon trzeci, który z odcinka na odcinek denerwował mnie coraz bardziej. Po pierwsze losy bohaterów bardziej zaczęły przypominać Beverly Hills 90210 a nie stare dobre Glee. Bohaterowie stracili wszystko za co ich polubiłam, że nie wspomnę o tym, że muzyka była taka sobie, utwory najczęściej okazywały się hitem minionego lata, a wszystko inne straciło sens. Poza tym często to właśnie muzyka schodziła na dalszy plan byśmy do znudzenia mogli oglądać rozterki miłosne Rachel, niezdecydowanie Fina czy problemy emocjonalne Kurta. Reszta bohaterów przemykała od czasu do czasu w tle, wypowiadała jeną kwestię i tyle. Wciskano nam kit, który pod koniec zaczął przypominać rozgotowaną papkę.
Co do czwartego sezonu budziłam spore nadzieje. Nie chciałam porzucać serialu ponieważ się do niego przyzwyczaiłam. Liczyłam, że rozgotowana papka nie okaże się papką przeżutą i jeszcze raz podaną na talerzu. Zmiana obsady miała być tego gwarantem.
Cóż nadal podejmowane są te same schematy, problemy nastolatków śmieszą mnie coraz bardziej, ciekawe postacie odsuwane są na dalszy plan, a te których ma się już dość, co chwila są wplatane w fabułę byśmy przypadkiem o nich nie zapomnieli.
Czy to oznacza, że Glee się skończyło?
Myślę, że chyli się ku upadkowi. Koniec musi niebawem nadejść, chyba, że producenci podejmą motyw ostatniego odcinka gdzie mieliśmy stare dobre Grease w nowych aranżacjach, dużo śpiewu, mniej nastoletnich problemów i najważniejsze- starą, wspaniałą jędze Sue Sylvester, której tak strasznie tu brakowało.



W innym wypadku nie będę ich żałować. Staną się przykładem dla innych produkcji, które nie wiedzieć czemu utrzymują się w ramówce. 

Mimo wszystko polecam serial z całego serca. Stańcie się troszkę infantylni jak ja i dajcie się ponieść muzyce.

Komentarze

  1. Do pewnego stopnia mogłabym się zgodzić, ale generalnie będe bronić. Może schemat trochę się powtarza, ale mnie to jakoś nie zawadza. Szczerze mówiąc na razie mam raczej pozytywne odczucia - owszem, ich problemy, powielane schematy mnie śmieszą, ale w pozytywnym sensie.

    Kama, a może po prostu wyrosłaś i masz zbyt duże wymagania co do kreatywności serialu. Może Ci się po prostu trochę przejadło, a tu się dzieje to, co dzieje się zawsze (w Amerykańskich produkcjach): serial odnosi sukces więc pozostają przy tej samej konwencji. Mnie samej to odpowiada, bo gdyby wrzucali za dużo nowości, część by się temu sprzeciwiała - miał być serial o licealnych stereoptypach - no więc jest. Osobiście nie wymagam cudów i dobrze mi z tym jak jest, nawet jeśli powielają schematy i nieco obniżają poziom.

    I tak miło z ich strony, że ciągną (i to w niezłym stylu - wychodzi ze mnie nowo narodzona fanka Kate Hudson - I LOVE THAT BITCH XD) przygody i trudności związane z opuszczeniem liceum i studiowaniem w zupełnie innym miejscu :) Ja wciąż to golądam, śmieję się, czasem nawet płaczę i dochodzę do różnych gorszych lub lepszych, ale życiowych wniosków :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może to dlatego, że ja odbierałam ten serial jako serial muzyczny, a muzyki w 3 sezonie było bardzo malo i to mnie wnerwiało. Tak samo irytuje mnie Rachel i tylko dlatego, że razem z nią pojawia się Kate która jest seksowniejszą wersją Sue jakoś ratuje tę postać. Na zniknięcie Rachel nie mam co liczyć. Szkoda, że w jej przypadku tylko toleruję piękny głos.
      Poza tym, Ana je też to dalej będę oglądać, bo ostatni odcinek wrócił mi nadzieję na przyszłość:)

      Usuń
  2. ja szczerze powiem, że mi się ten sezon o wiele bardziej podoba od poprzedniego. i dziwnym trafem przestały mnie irytować w tak wielkim stopniu postacie, które irytowały mnie wcześniej (a była to ich większość). może to przez zmęczenie materiału, może przez coś innego. ale dodam jeszcze, że prawda - produkcja trochę odbiegła od zamierzenia w pierwszym sezonie, jednak teraz, kiedy zmienili trochę obsadę (a ja nie widzę wszystkich postaci w każdym odcinku - yay!), może będzie dobrze.
    zobaczymy. ja daję szansę, oglądać będę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz