niedziela, 25 listopada 2012

Stałam się muserem?

Zdjęcia dzięki uprzejmości Pecków, Moniki i Anity:)


Ten post miał w ogóle nie powstać. Po pierwsze miało mnie tam nie być, po drugie nie jest to zespół który po prostu gdzieś tam istniał. To Queen zawsze był, jest i będzie numerem jeden. Niestety nie mogę liczyć na to, że ich wszystkich zobaczę na żywo (dwaj którym się chce są starzy i uważają, że Adam Lampert to dobry pomysł, trzeci umarł, a czwarty przepadł bez śladu i nikt nie wie co z nim się stało).
Mogę więc słuchać płyt Queen w kółko i w kółko i być muzycznie ograniczona, albo się skusić na coś nowego, w czym widzę potencjał i to co w Queen lubię najbardziej- kreatywność, oryginalność i charyzmę.  Post miał nie powstać, ale to co miało miejsce w tych 3 dniach muszę wyrazić głośno, nie mogę tego ukrywać.



Na koncert postanowiłam jechać gdzieś w sierpniu, ale się zbierałam, zbierałam i okazało się, że nie ma biletów. Opatrzność jednak nade mną czuwała i tydzień przed koncertem dostałam wiadomość od Any, że jednak się udało. Przyznam się, że początkowa radość w pewnym momencie została przykryta przez dziwne myśli, które do poniedziałku nie dawały mi spokoju. Zastanawiałam się czy nie będę piątym kołem u wozu. Wszyscy to fani, znają każdą nutę, każde słowo, a ja mam spore zaległości.  Wydawać kasę na Muse jak nie byłam na Queen?! To przecież śmieszne! Nie mogłam jednak znaleźć argumentów za tym bym nie jechała. Przy Queen była tego cała lista począwszy od tego nieszczęsnego “+” po nazwie zespołu. Na drodze do Łodzi nie stawało nic, więc pojechałam.

W Łodzi znaleźliśmy się dzień wcześniej. Wszystko było idealnie zaplanowane, wiedzieliśmy po co tam jesteśmy, że chcemy walczyć i być jak najbliżej. Ja postanowiłam, że jak już się zabrałam to nie pozwolę by cokolwiek zepsuło ten dzień. Jak reszta stoi w kolejce od rana to i ja stoję, jak bijemy się o barierki to i ja miotam pięściami. W momencie robienia transparentu wszelkie obawy znikły a ja sama stałam się równie zdeterminowana co reszta.




Z samego ran ruszyliśmy pod arenę z transparentem na plecach, zwarci i gotowi. Chcieliśmy z podniesionymi głowami stawić czoła tłumom jakich się spodziewaliśmy. Koniec końców tłumów nie było a my zasiedliśmy jako jedni z pierwszych i szybko zintegrowaliśmy się z pozostałymi tworząc nieoficjalną strefę VIP, która ostatecznie zarządzała tłumem. 
Mimo zimna, które po 8,5h spędzonych przed Atlas Areną zabawa była przednia. Dzięki transparentowi staliśmy się sławni, a nasza determinacja została doceniona.



Po otwarciu bramek, mimo przemarzniętych stóp ruszyliśmy ku płycie. Gdy dopadłam barierki wiedziałam, że już wszystko może być tylko lepiej. Warto czekać tak długo gdy widzisz jak blisko jesteś.





Scena robiła pioronujące wrażenie. Nawet taka wyłączona, nieoświetlona budziła respekt. Wszyscy zaczęli odliczać minuty. Gdy na scenę wszedł zespół “Everything, Everything’




 rozległ się aplauz, który spotęgował się gdy wokalista ogłosił, że kolejny utwór będzie ostatnim. 

Później od wejścia Muse na scenę pozostała niespełna godzina, ale nikt nie ośmielił się usiąść, wszyscy z zapartym tchem patrzyli jak techniczni szykują scenę. Śledzili panów od reflektorów którzy na linach byli wciągani pod dach, bili brawo jak każdemu z osobna.

I nagle jedna potężna fala wiwatów i oklasków gdy arenę spowiły ciemności, by zaraz rozbłysło czerwone światło i przy dźwiękach ‘Unsustainable’ Matt, Chris i Dom pojawili się na scenie. Wkroczyli na nią jak burza a napięcie jakie już w tym momencie sięgnęło zenitu nie spadło aż do ostatniej nuty “Survival”.






Po tym wielkim show jestem przekonana, ze nie na darmo nazywa się Muse najlepszym zespołem koncertowym. Takie wydarzenie warto zobaczyć chociażby dla niezwykłej oprawy. Scena pokryta niezliczoną ilością ekranów, wielka piramida na której wyświetlane były wizerunki muzyków, filmy i wszystko co tylko miało poprawić wrażenie i zadziwić publiczność, a w pewnym momencie niczym kurtyna opaść na wciąż grający zespół i tylko wzmóc oklaski.










Muse czerpie energię od publiczności. Widoczna radość w ich oczach gdy publiczność (nieanglojęzyczna) zna każdy tekst i śpiewa zdzierając gardła była niedopisania. Miałam ich metr od siebie i poczułam tę radość i moc którą zarazili wszystkich. Zadziwiające, że jeszcze dzień wcześniej grali koncert w Pradze, a nie widać było po nich ani krzty zmęczenia. Dali z siebie wszystko.

Każdy z osobna udowodnił, że zna się na rzeczy, a scena to ich żywioł. Matt niczym nakręcony biegał po scenie, śpiewał i miał znakomity kontakt z publicznością. Nie musiał mówić nic, nic pokazywać. Publiczność czytała mu w myślach. W momencie gdy zeskoczył ze sceny i ściskał ręce fanów poczułam te kilkaset osób na plecach i choć mnie samej nie udało się przybić mu piątki zauważyłam, że nawet jak chciano wyrwać mu rękę uśmiech nie zszedł z jego twarzy.  To człowiek torpeda, widzę w nim tę samą charyzmę którą posiadał Freddie Mercury, tą samą moc, którą władał publiką. Gdy tylko założył okulary na Madness wręcz bawił się wiedząc, że tego oczekujemy.




Doma podziwiam jak prze 2 godziny, niemal bez przerwy walił w bębny i miał z tego radochę.


A Chris? No cóż nie zapomnę jego uśmiechu gdy stanął na wprost nas i cały rząd zaczął tak jak on bujać głową. Gdy przy “Survival” zszedł niżej i nagle ni stąd ni zowąd w górę wystrzelił dym wszedł w niego i nie przestając grać cieszył się jak dziecko. Poza tym okazał się całkiem udanym wokalistą a Liquid State wypadło bardzo dobrze.



Koncert bez wątpienia się udał. Tysiące gardeł śpiewające ich piosenki mam nadzieję utwierdziły ich w przekonaniu, że Polska to dobre miejsce by organizować koncert.

Nasz transparent jeżeli Matt nie zdążył go przeczytać już widnieje na pierwszej stronie łódzkiego wydania Wyborczej, a i miejmy nadzieję, że zdjęcie trafi do samych zainteresowanych. Wierzę też, że gdyby nie naglący ich czas to odpowiedzieli na zaproszenie, które tak dzielnie z Anitą machałyśmy przed ich oczami.

(Matt na 100% przeczytał tę trzymaną przezemnie i Anitę "And free Peps for Chris")





Po koncercie nie czułam jednak "tego czegoś", aż do momentu wyjścia z pociągu. Wtedy dotarło do mnie, że przeżyłam coś magicznego, surrealistycznego. Może moje wrażenie jest spotęgowane i kiedyś zmienię zdanie, ale teraz uważam, ze to jeden z tych niezapomnianych dni w moim życiu. Wspaniała noc która mam nadzieję się jeszcze powtórzy. Odpowiadając na pytanie z tytułu posta powiem nie jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu :D





I wiecie co? Freddie Mercury miał rację mówiąc "The Bigger is better". Matt, Chris i Dom stosują tę zasadę i wychodzi im to rewelacyjnie.


2 komentarze:

  1. Kama, kurwa, znowu ryczę jak podupczona.
    Nie wiem skąd mi się biorą takie pokłady łez.

    Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to wszystko co tu napisałaś cieszy! Wiedziałam, że na pewno tego nie pożałujesz, ale kurczę <3 już nie mogę się doczekać aż staniesz się kolejnym podbojem mojego zabójczego zarazku:D

    Jestem z nas wszystkich dumna;*

    OdpowiedzUsuń
  2. noooo...

    sie też popłakałem

    tylko taka uwaga, że zapomniałaś o Morganie ;D
    Wojciech

    OdpowiedzUsuń