czwartek, 27 września 2012

Filmowe podsumowanie tygodnia


John Lennon. Chłopak znikąd/ Nowhere Boy (2009)




Jonna Lennona zna każdy. Powstało sporo filmów dokumentujących życie czwórki z Liverpoolu u szczytu sławy. Jednak jak dorastał ten dość ekscentryczny, ale niezwykle utalentowany założyciel jednego z najlepszych zespołów na świecie? Na to właśnie pytanie starano się opowiedzieć w filmie “John Lennon. Chłopak znikąd.”
Nie wiem czy jest sens streszczać fabułę filmu biograficznego- wszak wszystko jest dość jasne i można to przeczytać wszędzie. Reżyser Sam Taylor-Wood ukazuję Lennona do momentu wyjazdu zespołu do Hamburga, krótko po zmianie nazwy z The Quarry Men na The Beatles. Mamy tu więc ukazaną nie tyle historię legendarnej grupy, ale raczej dość trudne relacje rodzinne, problemy dorastania i początki fascynacji muzyką. Film wydaje się dość interesując i oryginalny, ale niestety bywa trochę nudnawy. Dla każdego może być to jednak ciekawe doświadczenie. Możemy zobaczyć, że Lennon nie był potulnym chłopcem w garniturku, a jego życie nie było usłane różami.
Duża tego zasługa tkwi w grze aktrów i jedynie brak podobieństwa jest chyba wadą. Głównego bohatera gra Aaron Taylor-Johnson, który ze swego zadania wywiązał się całkiem przyzwoicie, jego ciotka to niezawodna Kristin Scott Thomas, a matkę Anne-Marie Duff, która bardzo przekonująco zagrała trochę skomplikowaną i lekko roztrzepaną panią Lennon. Co do reszty The Beatles? W rolę McCartneya wcielił się znany z roli uroczego syna Liama Neesona w “To właśnie miłość” Thomas Brodie-Sangster, a w rolę Georga… jakoś ciężko go znaleźć na liście…
Ja jednak odczułam pewien niedosyt. Może oczekiwałam czegoś więcej. Przez połowę filmu czekałam, aż pojaw się McCartney (który kompletnie siebie nie przypominał), później czekałam na Georga (który był dosłownie przez 5 min) i nie doczekałam się Ringo (bo poznali go dopiero w Hamburgu) ani żadnej piosenki The Beatles którą miałabym prawo znać.
Film jednak nie uważam za nieudany. Widocznie pokazuje on tę część historii, która mniej mnie pociąga. Dowiedziałam się wielu rzeczy, które pomogły mi w nakreśleniu sobie innego oblicza Lennona. Już nie jest dla mnie tylko gwiazdą, stał się może bardziej realny.


Tej nocy będziesz mój/You Instead (2011)
Uwielbiam polskie tłumaczenia tytułów



Na ten film natrafiłam bardzo przypadkowo. Przeszukując otchłań Internetu spodobał mi się plakat i to był powód dla którego postanowiłam go obejrzeć. Film opowiada o dwojgu muzyków Arturze (Luke Treadaway) i Morello (Natalia Tena- “Harry Potter“), którzy spotykają się przy okazji rockowego festiwalu. Oboje dzieli wszystko: styl bycia, poglądy ale przede wszystkim muzyka. Podczas pierwszego spotkania dochodzi między nimi do kłótni, w którą ingeruje ksiądz i w imię miłości skuwa ich kajdankami. Ksiądz znika z kluczem zostawiając tych dwoje samym sobie. Muszą zakopać topór wojenny i zrozumieć, że dla obojga najważniejsza jest muzyka. A jeżeli w tym czasie zrodzi się uczucie… to już musicie sami zobaczyć.
“Tej nocy będziesz mój” to film dość oryginalny. Oglądając go można odnieść wrażenie, ze został nakręcony jakby przypadkiem, trochę amatorsko. Reżyser zrealizował go mianowicie w ciągu pięciu dni, podczas festiwalu rockowego T in the Park. Dzięki temu historia wydaje się trochę bardziej prawdziwa. Film nabiera wiarygodności i nawet jeżeli mojemu opisowi fabuła wydała się komuś banalna, dzięki temu zabiegowi wcale się tego nie odczuwa. Z drugiej strony, czasami się gubiłam. Panował tam mianowicie pewien chaos, który może odstraszyć widzów. Jednak sam film całkiem ciekawie oddaje klimat rockowyh festiwali i jest bardzo ciekawą propozycją dla kogoś kto nie boi się eksperymentów.


“Dziewczyna i chłopak- wszystko na opak”/”Flipped” (2010)
Jeszcze lepszy przykład kreatywności tłumaczy i dystrybutorów filmowych;)




Lubię czasem obejrzeć dobre romansidło. Niestety znaleźć je jest niezwykle trudno. Wydaje mi się jednak, że w tym wypadku dobrze trafiłam. Juli Baker (Madeline Carroll) poznaje Bryce’a Loski (Callan McAuliffe) kiedy zostaje jej nowym sąsiadem. Od pierwszego dnia okazuje sympatię nowemu koledze, ale tan nie ma czasu na zajmowanie się dziewczynami. Co więcej nawet przez myśl mu nie przeszło, że wpadł w oko wścibskiej, namolnej dziewczynie, która przesiaduje na drzewie, ma strasznie zarośnięty trawnik przed domem i co gorsza, hoduje kurczaki, które zapewne znoszą jaja z salmonellą. Inaczej jest z Juli. Ją Bryce fascynuje. Chce się do niego zbliżyć. Kiedy oboje są już nastolatkami, Juli zaczyna traktować Bryce'a chłodniej, a on odkrywa, że zawsze ją lubił, ale bał się przyznać do czegoś, czego nie rozumiał...
“Flipped” (pozwolicie, że będę się posługiwała angielskim tytułem, bo polski jest niedorzeczny) to ciepły i zabawny film o miłości. Utrzymany jest w klimacie lat 60, z pięknymi zdjęciami i scenografią. Najciekawszy w całym tym obrazku jest sposób narracji. “Flipped” to ekranizacja książki Wendelina Van Draanena, w której poszczególne rozdziały prowadzone są z dwóch perspektyw głównych bohaterów. W filmie ten zabieg bynajmniej nie został pominięty. Narracja jest dwuosobowa przez co łatwo możemy zrozumieć jak przebieg zdarzeń wygląda z punktu widzenia Bryce’a czy Juli. Właściwie jest to niezwykłe i tylko można być pełnym podziwu, że zabieg tak bardzo się udał. Dzięki temu film jest oryginalny, a główni bohaterowie jeszcze ciekawsi. Uważam, że to jeden z lepszych filmów jakie możemy oglądać o nastoletniej miłości. Film piękny, ciepły, przesiąknięty klimatem retro. Jeżeli jeszcze mogę coś napisać na zachętę to dodam, że reżyserem filmu jest Rob Reiner, twórca tak kultowej komedii jak “Kiedy Harry poznał Sally” a to powinno być już dostatecznym dowodem, że coś jest na rzeczy. Naprawdę szczerze polecam:)

czwartek, 20 września 2012

Czas na musical!

Z sentymentalnego serduszka filmoholiczki.


Nie ukrywam, że moim filmowym mentorem była i nadal jest moja mama. Na jej guście się nigdy nie zawiodłam. Zostałam wychowana na musicalach. Pierwsze filmy jakie głęboko zapadły mi w pamięć to właśnie musicale. Nie wszyscy je lubią, wielu omija je szerokim łukiem. Nie dziwię się, jest to dość specyficzny gatunek, który po prostu trzeba lubić. Ja odczuwam do niego wielki sentyment i nadal pozostaje on jednym z moich ulubionych gatunków, a do niektórych tytułów powracam przy każdej nadarzającej się okazji i pomimo niezliczonych razy oglądam z wielką przyjemnością. I właśnie tym kilku tytułom oddam tu swój mały… hołd.

'Grease'

Jedna z tych pozycji, którą (podobnie jak resztę) nie trzeba nikomu przedstawiać. Jeden z najpopularniejszych musicali na ekranach kin. Historia wydaje się ciągle powielana (np. High School Musical- to ewidentna kopia), maglowana i podrabiana, jednak chyba nic nie dorówna oryginałowi.



Treść: Danny, lider grupy T-Birds spędza romantyczne wakacje w towarzystwie Sandy, która mieszka w Australii. Przysięgają sobie miłość i rozstają, ona ma wyjechać. Zupełnie niespodziewanie zostaje w USA. Spotykają się ponownie w szkole. Jednak Sandy, dobrze ułożona panienka, nie pasuje do wizerunku Danny'ego w szkole. Nie jest on ideałem za jakiego go miała.

Cała historia, jak na musical przystało, jest poprzeplatana piosenkami z których wiele stało się przebojami i bezustannie cieszy się uznaniem.  Znakomite 'Summer Nights' od dawna gości na mojej playliście.



A 'Hopelessly Devoted to You' otrzymało Oscara.




Jak maja się te wszystkie składniki zmiksowane razem? Muzyka? Fabuła? Aktorzy? Lata 50? Znakomicie. Uważam, że wszystko jest tak dobrane, tak złączone w całość, że dostajemy idealną dawkę rozrywki, która nie jest ani banalna, anie nużąca. Wszystko tworzy znakomitą całość. Komedia, romans, musical- czego chcieć więcej? Oglądając 'Greace' na kilkadziesiąt minut przenosisz się w lata 50 i sam masz ochotę pośpiewać. Jak już wspomniałam, historia dziś wydaje się nieprzyzwoicie banalna, ale 'Grease' zapoczątkowało tą modę i w jego wypadku ta banalność i przewidywalność nie przeszkadza.  Nic nie zburzy idealnego obrazka przedstawionej historii- nawet John Travolta w obcisłych dżinsach i z grzebieniem za uchem jest idealną jej częścią.
'Grease' powinno stanowić wzór dla wszystkich musicali o młodzieży, miłości między nastolatkami, o ich problemach i życiu. Do tej pory nie spotkałam się z niczym utrzymanym w tej konwencji, co tak bardzo by mi odpowiadało. W 'Grease 2' Michelle Pfeiffer pomimo wielkiego wysiłku nie dorównuje Olivii Newton-John, a Maxwell Caulfield mimo ładnej buźki i sporego potencjału nigdy nie zaśpiewa jak Travolta.
HSM to również kopia i jeżeli nawet zrobiona współcześnie, z udziałem największych gwiazd Disneya, to nie wróżę jej nieśmiertelności jakiej doczekała się jej filmowa… babcia. Tak 'Grease' jest nieśmiertelne i tak już pozostanie.


'Dźwięki muzyki'

Kolejna staroć na mojej liście, ale i jedna z tych pozycji, której sam tytuł wywołuje uśmiech. Nie ma filmu bardziej familijnego, ciepłego i pięknego, który łącząc te wszystkie czynniki spodobałby się zarówno dziecku, jak i dorosłemu. Nie wszyscy lubią ten klimat. Pastelowe barwy, lata 30te, muzyka. Ale taki urok 'Dźwięków muzyki'.



Treść: Maria czuje się nieszczęśliwa jako przyszła zakonnica. Matka Przełożona w odpowiedzi na list barona von Trappa wysyła ją do jego domu, aby była opiekunką jego siedmiorga dzieci. Na przekór przeciwnościom uczy je śpiewać. Między baronem, a Marią rodzi się miłość. Jednak ich szczęście nie trwa długo. W wyniku przyłączenia Austrii do Niemiec i narastania napięć w Europie baron ma służyć w niemieckiej marynarce...

Uwielbiam 'Dźwięki muzyki' za wszystko co składa się na tę produkcję.  Jest to kwintesencja musicalu i obawiam się, że osoba nie lubiąca ich w ogóle, nie przekona się też do tej produkcji. Jest to jednak film, który uczy miłości do muzyki i musicalu. Pokazuje jaki wpływ ma muzyka na nasze życie i jak może je zmienić.
Pomimo, że utwory które przewijają się w filmie raczej nie zasługują na miano hitów, są piękne i zapadają w pamięć. Są jego nieodłączną częścią, bez nich film nie miałby prawa bytu. Ten film jest tą muzyką. A muzyka ta żyje w ludziach do dziś i mimo, że na pewno kilka utworów gdzieś słyszeliście, może nie zdajecie sobie z tego sprawy. Oto moje perełki:





Obsada znakomita, począwszy od wszystkich dzieciaków, przez Christophera Plummera jako surowego kapitana von Trapp, a skończywszy na genialnej Julie Andrews w roli Marii.

Polecam ten film każdemu. Od lat 2 do 102 i więcej. Mnie jego oglądanie po prostu sprawia przyjemność. Może jest trochę infantylny i słodki, ale pod tą otoczka kryje się ważna, przejmująca i piękna historia, obok której nie da się przejść obojętnie. Dla mnie absolutne arcydzieło.

(bonus Flash Mob)



'Hair'

Teraz trochę inny klimat. Klasyk. Fenomenalny, poruszający i pouczający. Do tego kapitalna muzyka, która sama w sobie jest niezaprzeczalnym arcydziełem.



Treść: Claude Bukowski przed powołaniem do służby wojskowej w Wietnamie przybywa na dwa dni do Nowego Jorku. W Central Parku spotyka grupę hipisów z ich przywódcą, Bergerem. Claude zakochuje się w bogatej Sheili. Za wszelką cenę stara się z nią spotkać przed wstąpieniem do wojska.

Jeżeli komuś nie przypadły do gustu dwa poprzednie tytuły, nie powinien się zrażać, ale sięgnąć po 'Hair'. Nie ma tu już nic cukierkowatego, banalnego, bezsensownego. 'Hair' to musical, który porusza temat tak ważny i ciekawy, że nie da się koło niego przejść obojętnie. Nie wiem jak wy, ale od pewnego czasu byłam zafascynowana kulturą hipisów. Zastanawiałam się o co chodzi w całym tym ruchu, a do tego Wietnam. Dlaczego to tak drażliwy temat. 'Hair' odpowiedział na moje pytania. Dostałam taka dawkę emocji jakiej potrzebowałam. Z zafascynowaniem śledziłam historię i ani na moment nie odczułam znużenia.  Utwory same tworzą opowieść, piękną opowieść o ideałach, przyjaźni, miłości i poświęceniu. Słysząc ostatni utwór albo ma się łzy w oczach, albo odczuwa się gniew w stosunku do polityki Stanów Zjednoczonych w latach 60. Ja odczuwałam obie rzeczy na raz i też lepiej zrozumiałam ideały jakie przyświecały hipisom, to co chcieli przekazać i o co walczyli. Film ich jednak wcale nie popiera, nie neguje ich też. Pozwala nam stworzyć własną ocenę sytuacji.



Wszystko co chciano nam jednak przekazać dostajemy z każdą zagraną nutą i z każdym wyśpiewanym słowem. Jest to absolutnie film godny poświęcenia tych 2 godzin, film który jako jeden z nielicznych zasłużył na bezwzględną uwagę i uznanie.





'Deszczowa piosenka'


Jakby ktokolwiek spytał mnie jaki jest mój ulubiony film miałabym spory problem. Nie posiadam ulubionego tytułu i raczej wole go nie mieć. Jednak jakby zadano mi pytanie o ulubiony musical sprawa wyglądałaby całkiem inaczej.
'Deszczowa piosenka' to klasyk sam w sobie. Tytuł, który znają wszyscy, film który powinien zobaczyć każdy.



Treść: Stany Zjednoczone, koniec ery filmu niemego. Producenci jednej z większych wytwórni filmowych mają duże problemy z udźwiękowieniem swoich nowych filmów, gdyż ich wielka gwiazda, Lina Lemont, ma głos, który...przypomina skrzypiące drzwi. Mimo lekcji wymowy Lina nie "brzmi" dobrze - ani na ekranie, ani w życiu prywatnym.... Jej partner, słynny amant, Don Lockwood poznaje bardzo interesującą młodziutką aktorkę, Kathy Selden, która zarabia śpiewając na przyjęciach. Pomimo początkowej niechęci ta dwójka zaprzyjaźnia się i w końcu zakochuje w sobie... Pozostaje już tylko jeden problem: głos Liny, który trzeba zastąpić cudzym...

'Deszczowa piosenka' to klasyk w najlepszym tego słowa znaczeniu. Takich filmów się już nie kręci. Takich aktorów już nie ma. Już nigdy nie powstanie drugi taki film. Nie wiem jak opisać dobrze moje odczucia w stosunku do niego. Po pierwsze aktorzy, którzy zachwycają w każdej sekundzie. Tu nie chodzi już o klasę jaką mają w sobie, ale o niezwykły talent.
Gdy patrzy się na wyczyny Donalda O'Connora i Gene'a Kelly uświadamiamy sobie, że współczesne gwiazdy kina co najwyżej mogłyby im czyścić buty. Aktorzy, którzy bez najmniejszego trudu grają, śpiewają i tańczą tak, że zdaje się iż są trzema mistrzami w jednym ciele. 



Aż chce się wrócić do tamtych czasów gdy gwiazdy kina były kimś więcej niż aktorami, gdy były ikonami, podziwianymi gwiazdami świecącymi tak jasno jak to tylko możliwe.
Po drugie: fabuła, która jest idealnym połączeniem komedii, romansu i znakomitego show. Idealnie wyważona, przezabawna, pięknie napisana.  
Po trzecie: muzyka, która jest… co tu dużo mówić- perfekcyjna. Film przesiąknięty najpiękniejszymi dźwiękami, genialną choreografią i piosenkami zaśpiewanymi przez genialnych aktorów bronić się nie musi. Każdy utwór to przepiękna, wręcz genialna kompozycja, która na stałe zagościła na listach najlepszych utworów filmowych.
Poprzez takie perły jak „Good Morning”


I "Make 'Em Laugh" (gdzie możemy podziwieć niesamowite umiejętności O’Connora)



Po jedną z najbardziej znanych piosenek nie tylko z filmu, ale spośród wszystkich filmowych utworów "Singing in the rain”.




Uważam, że nie trzeba dodawać nic więcej. Nieprzypadkowo ”Deszczowa piosenka” została uznana najlepszym musicalem w dziejach kina. Na miano to zasłużyła bezapelacyjnie. Jest arcydziełem w swoim gatunku, czymś niepowtarzalnym, genialnym i niezwykłym. Każda z pochwał pod jej adresem jest zasłużona i ja również pod każdą się podpiszę. Rękami i nogami jak tylko będzie trzeba.


Oglądając te wszystkie produkcje, można wręcz zakochać się w kinie i muzyce filmowej. Szkoda tylko, że filmy w takim stylu już nie powstają. Oczywiście tworzy się nowe, również wspaniałe produkcje, ale nic nie odda już ducha tamtych czasów, tego klimatu, stylu i piękna. Nie pozostanie mi nic innego jak trzymać te filmy gdzieś pod ręką i wracać do niech gdy będzie okazja. Wam również je polecam. Pokochajcie musical, dobry musical. Doceńcie pracę ludzi, wysiłek i talent. Pokochajcie muzykę, śpiewajcie w deszczu i nie wstydźcie się tego:)




sobota, 15 września 2012

System? Nauczyciele? Dzieci? Rodzice? W czym tkwi problem?


Z cyklu : WTF?! Czyli co się dzieje z tym światem?!


Wiecie, że zaczął się rok szkolny? Tłumy młodych ludzi szturmem wdarło się na korytarze placówek edukacyjnych, by zachłannie pogłębiać swoją wiedzę, zapychać umysły niepotrzebnym badziewiem, by w przyszłości rządzić światem.
Jestem córką nauczycielki z kilku… letnim stażem. Na przestrzeni lat wyrobiłam sobie własne zdanie na temat systemu edukacji, nauczycieli, dzieci i rodziców. (Specjalnie użyłam takiej kolejności, bo właśnie w takiej kolejności padają oszczerstwa, narzekania i wszelkiego typu żale.)

HOW KAMA SEES IT?

System edukacji szwankuje od dawien dawna. Uczeni jesteśmy tego, czego już nigdy poza murami szkoły nie wykorzystamy. Każą nam siedzieć w szkołach po kilka godzin, słuchać paplaniny nauczyciela, który też nie widzi w tym sensu. Tracimy umiejętność samodzielnego myślenia i analizy. Nie potrafimy poprawnie sklecić zdania po polsku, ale za to możemy obliczyć “prędkość kulki w chwili uderzenia o ziemię jeżeli spadła ona swobodnie z wysokości 5 m” lub podać, w kolejności chronologicznej, wszystkich władców Egiptu.  Każą nam pisać niepotrzebne testy na zakończenie szkoły (o ile matura ma jeszcze jakiś sens, o tyle testy na zakończenie klasy 3 podstawówki nie mają żadnego), które nijak obrazują nasze realne umiejętności. Każda reforma systemu edukacji jest gorsza od poprzedniej, a ministerstwo głuche jest na potrzeby ucznia.

Nauczyciele to dla mnie drażliwy temat. Większość z was powie, że mają dobrze. Przychodzą do szkoły i tylko mówią do dzieciaków, których mają w dupie. Mają 2 miesiące wakacji i całą masę wolnego w czasie roku. To oni są winni temu jak system edukacji wygląda i to oni uczą nas głupot… Grrr… No to po pierwsze: większość nauczycieli wybiera ten zawód bo chcą uczyć, a to, że któryś miał was w dupie wynika z tego, że uczniowie też mieli go w dupie, więc już przestało mu zależeć. Wolny czas to spoko sprawa, ale w rzeczywistości jest tak, że sporo pedagogów po przyjściu z pracy siedzi poprawiając durne kartkóweczki durnych dzieciaków, Muszą zdawać durne raporty, mają więcej pracy papierkowej niż to można sobie wyobrazić, a zanim zaczną wakacje muszą zdać tonę jakiś bezsensownych analiz, które pokazują jak "inteligentnych" mają uczniów. Gdy któremuś z nich zależy, to jeszcze spędza sporo czasu na obmyśleniu planu jak tu pomóc wychowankom.  A co do ich wpływu na system edukacji? Nie mają żądnego. Wszystko jest im narzucone z góry więc ich też krew zalewa, bo pewnie woleliby być podobnymi do Robina Williamsa w “Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, niż być traktowanym jako wredny belfer, który się na wszystkich uwziął. To system  niszczy w nich wszelkie pokłady dobrego serca, wyrozumiałości i życzliwości, sprawia, że praca przestaje być przyjemna, a patrzenie na dzieci przyprawia ich o odruch wymiotny.
{BTW. Miałam wielu nauczycieli.  Niektórych wspominam dobrze innych źle. Potrafię jednak docenić trud jaki wkładają w swoją pracę. Wielu z nich znam od innej strony niż ta, którą widziałam w szkole. Wiem, że wielu poświęca niekiedy zdrowie dla swoich uczniów, a oni często trochę za późno to doceniają.  Jeżeli spotkaliście na swojej drodze nauczycieli, których dobrze wspominacie, którzy was nie ignorowali, którzy chcieli wam coś przekazać, to chociaż pamiętajcie jak się nazywali. Wierzcie mi, że nie ma nic smutniejszego niż widok wyrazu twarzy człowieka, który wie, że nie tyle trud jego pracy nie został doceniony, co fakt, że został zapomniany.}

Dzieci… to smutne, ale wszyscy widzimy co się dzieje. Aż ręce opadają widząc jak na przestrzeni lat zmieniły się wszelkie wartości, co ja mówię - jak zanikły wszelkie wartości. Już w pierwszych klasach podstawówki wiele z nich zatraciło wszystko to, co może być piękne w dzieciństwie. W ich wieku bawiłam się lalkami, wspinałam po drzewach i malowałam kwiatuszki i słoneczka. A co taki kilkulatki wiedzą? Wiedzą, że nauczyciel nie może ich dotykać, bo to jest molestowanie. Znają przeróżne przekleństwa, które ja bym nie wymówiła. Umieją się bić, wyzywać i Bóg wie co jeszcze. Już w  wieku 12 lat chcą być traktowani jak dorośli, mają gdzieś nauczycieli, rodziców, rówieśników i kogokolwiek innego. Uważają, że wszystko się im należy, że są bezkarni, a ich zachowanie nie będzie miało jakichkolwiek konsekwencji. Zamiana zachodzi z wiekiem. Jak delikwent kończy 18 lat i staje się dorosły zazwyczaj normalnieje, ale w niektórych przypadkach zmiany jakie zaszły są nieodwracalne.

To jakim jesteśmy nie zależy jednak tylko od nas. Nauczyciele też nie mają na to dużego wpływu. Tak, to oni nas uczą, kształtują nasze społeczne umiejętności, lecz największy wpływ mają na nasze zachowanie nasi rodzice.

I tu zadaję sobie pytanie WTF is going on?

Od zawsze rodziły się konflikty na linii dziecko- rodzic. Sprzeczki  to normalka. Zazwyczaj jednak to rodzice byli naszymi pierwszymi i najważniejszymi autorytetami. To ich zdanie w gruncie rzeczy było najważniejsze i to z nim się liczyliśmy. Konflikt w szkole? Nie ma bata, rodzic popierał nauczyciela, autorytet się wzmacniał i taki dzieciak nie miał nic do gadania. Świat miał swój porządek i jakoś funkcjonował.
Nie wiem właściwie co się stało. Czym było to spowodowane. Czy jakiś meteor czy Czarnobyl… nie mam pojęcia, ale w ostatnich latach rodzicom coś konkretnie odbiło. Mówię to świadomie i po głębszych analizach.
Kiedyś nauczyciel miał problem wyłącznie z dziećmi, ale wtedy mógł liczyć na pomoc rodzica. Nawet jeśli ten nie zgadzał się z jego opinią, raczej nie dawał tego po sobie poznać. Dziecko musiało wiedzieć, że jest ktoś ponad nim. Co mamy teraz?
Bezstresowe wychowanie, zanik autorytetu, kumpelskie relacje i wszystkowiedzących opiekunów. Rodzice nie przyjmują do wiadomości, ze ich dziecko nie jest najlepsze, że ma problemy w relacjach z rówieśnikami, że się źle uczy i nagannie zachowuje. Nie przyjmuje skarg do wiadomości, bo nie może źle wypaść w oczach innych. Dziecko jest odbiciem nas samych, więc ono musi być naj byśmy i my mogli chodzić z podniesioną głową.

Są wakacje, a w wakacje wreszcie mam czas by spokojnie zasiąść przed telewizorem, w którym nie ma absolutnie nic godnego uwagi. Ramówki stacji telewizyjnych to nic innego jak poszukiwanie ukrytej prawdy, wspominki z wakacji, nauka jak sprzątać dom czy jak zostać szefem kuchni.
To co mi jednak najbardziej dało do myślenia to tak liczne programy o uzdolnionych dzieciakach i ich rodzicach. A raczej o rodzicach i ich uzdolnionych dzieciakach.
Widzieliście program “Taniec- marzenie mojej matki”? Gorszego badziewia me oczy nie oglądały może poza rodziną Kardashianów i perypetiami Paris Hilton, ale jest to idealny obrazek ukazujący problem współczesnego rodzicielstwa. Matki spełniają swoje marzenia za pomocą córek, które są mniej lub bardziej uzdolnione. I tak mamy w programie grupkę harujących, małych dziewczynek które tańczą by mamy były z nich dumne i grupkę plastikowych, pustych mam, które zapomniały, że program jest o ich córkach i prezentują ochoczo swoje wdzięki do kamery.  Toczą zażarty spór o to które dziecko jest lepsze, a jak się okazuje, że ich pociecha nie wygrywa, skaczą sobie do gardeł i bluźnią na nauczyciela. I to wszystko w obecności dzieci.

Tak właśnie widzę współczesnych rodziców. Wypięknieni karierowicze, którzy w pogoni za ideałem przerzucają swoje ambicje i frustracje na potomstwo. Starają się je chronić przed różnymi zagrożeniami, jednocześnie traktując jak dorosłych i tym samym sprawiają, że stają się one nieodporne i nie przygotowane do życia. Dmuchają i chuchają na nie jakby były z drogiej porcelany. Nauczyciele są głupi i nic nie wiedzą (mimo długoletniego stażu pracy), sami są najmądrzejsi (bo czytali poradniki), wiedzą najlepiej jak uczyć (bo sami chodzili do szkoły) a ich dziecko jest najlepsze (bo to ich mały klon). Bez zastanowienia cały obowiązek wychowania zrzucają na szkołę, a sami chcą być w oczach dzieci kumplami. Bezstresowe wychowanie to jedna wielka bujda i nie przynosi nic dobrego. Pokazuje to tylko jak bardzo wszyscy się mylimy i jak bardzo chcemy być wspaniali, a ideałów nie ma.
Dlatego kochani, zanim będziecie mieć dzieci, albo jak je macie, zastanówcie się proszę od czego zależy co wyrośnie z tych małych stworzeń. Spójrzcie w lustro, a dopiero później psioczcie na ludzi, którzy chcą dla was jak najlepiej. 

Chciałam też wyrazić wielki podziw dla mojej mamy za tyle lat, które wytrzymała w tym zawodzie, oraz dla tych wszystkich nauczycieli, którzy nie stracili zapału.

I jeszcze jedno. Proszę, zanim zadacie mi pytanie: "czy chcę być nauczycielem?", przeczytajcie cały ten post jeszcze raz. Odpowiedź, mam nadzieję, nasuwa się sama:)

poniedziałek, 10 września 2012

Awkward. Czyli: “O MATKO serial MTV mi się podoba!”


Z teczki serialoholiczki.



Czasy kiedy MTV było postrzegane jako stacja muzyczna już dawno minęły. Żyjemy w erze gdzie na MTV królują dziwaczne, niskiej jakości programy dla… właściwie nie mam pojęcia kogo. Raczeni jesteśmy niszowymi opowiastkami o bogatych dzieciakach, które urządzają wypaśne imprezy urodzinowe, albo o cycatych blondynach mieszkający z podstarzałym właścicielem Playboya. Nie powinno się niczego szufladkować, jednak taki jest obraz dzisiejszego MTV. 
Seriale które się tam pojawiały raczej omijałam szerokim łukiem. Nie powinno się tak zachowywać. Pamiętajmy- nie generalizujemy. Ja to robiłam. Obejrzałam kilka odcinków kilku seriali. Wszelką wiarę w umiejętność doboru repertuaru straciłam, gdy obejrzałam amerykańską podróbkę Skins. Podziękowałam.

Dlaczego teraz przekonałam się do czegoś co wyświetla ta stacja? Bo jestem zdesperowana. Jest wrzesień, a ja nie mam czego oglądać. Moje seriale wracają w żółwim tempie, a i tak mogę liczyć co najwyżej na 3 tytuły przez kolejne 4 miesiące. To straszne, ale jestem serialoholikiem.
Nie wiem co mnie podkusiło. Chyba Anita coś wspominała… Tak więc jakiś czas temu zasiadłam przed komputerem i odpaliłam pilotażowy odcinek. 
‘Awkward’ jest tak różne od tego co zazwyczaj wybieram, że byłam mile zaskoczona kiedy stwierdziłam, ze mi się podoba.

Historia, powiecie, banalna. Dziewczyna- szarak którego nikt nie zauważa, zakochuje się w facecie (jakie to oryginalne). Dziwacznym (serio, dziwacznym) zrządzeniem losu ulega wypadkowi, który przez wszystkich postrzegany jest jako próba samobójcza. Udało się, Jenna znajduje się w centrum zainteresowania. Szczerze dziękuję za takie zainteresowanie gdy jest się postrzeganym jako osoba niezrównoważona, ale trzeba sobie jakoś radzić, nie? Jenna próbuje, w lepszym lub gorszym stylu, a jej perypetie życiowe są, hmm… dość interesujące.

Zdziwiło mnie to, że tego typu  serial, taki humor, jest w moim guście. Nie było odcinka podczas którego bym się nie zaśmiała. Każdy odcinek został przemyślany, zaskakujący. Nie czuje się upływającego czasu- tak, to zaskoczyło mnie najbardziej. Odcinki pochłania się w zastraszającym tempie. Ani się nie obejrzałam a miałam za sobą pół sezonu (2 sezony pochłonęłam w 2 dni:))
‘Awkward’ zaskakująco różni się od innych produkcji o podobnej tematyce. Nie ma tu trzydziestoletnich licealistów. Brak dziwacznych problemów o których przeciętny 17-latek nawet nie słyszał, a głównymi bohaterami nie są rozpieszczone, bogate dzieciaki z Beverly Hills. 
Okazało się, że znalazłam serial który jest idealnym rozluźnieniem. 
Fakt 1: może jest trochę babski, ale jeśli ktoś jest otwarty na nowości i nie odtrąca nic po jednym odcinku może być mile zaskoczony. 
Fakt 2: serial raczej nie dla osób o wyrafinowanym guście i zapędach na krytyka filmowego. 
Fakt 3: nie liczcie na to, ze wyciągniecie z niego jakąś głębszą treść- nie ma szans:)
Fakt 4: to produkcja MTV więc większość z was i tak się nie przyzna, że oglądało, ogląda, a część nawet nie spróbuje.
Fakt 5: jeśli choć trochę mnie przypominacie, spodoba się wam.
Tak więc róbcie co chcecie. Doceńcie jednak to, że MTV się postarało, a ja staram się być wybredna          i ciężko mnie do czegoś przekonać.
‘Awkward’ to jedno z najlepszych serialowych rozluźnień, śmieszy i nie wymaga głębszej (w zasadzie żadnej) analizy. Więc ludziska jak potrzebujecie odmóżdżacza, czegoś przyjemnego i niezobowiązującego sięgnijcie po tę produkcję MTV. Szczerze polecam

Mam 21 lat i oglądam seriale MTV. Co się dzieje z tym światem...


piątek, 7 września 2012

Superbohaterowie? A po co nam oni?

Ostrzegam, że ten post może zawierać spoilery, więc ci którzy nie widzieli najnowszego filmu o Batmanie lepiej niech nie czytają, bo nie zamierzam owijać w bawełnę.



Filmy o superbohaterach wychodzą jak grzyby po deszczu. Już tylko w tym roku pojawiło się ich kilka. Nadrabiałam zaległości. W ostatnich dwóch miesiącach zdążyłam obejrzeć nowego Spider-Mana, dwa Batmany, Avengers, Thora, Kapitana Amerykę. Po pewnym czasie zaczęłam się zastanawiać co spowodowało taki wysyp. Wnioski? 
Świat ich potrzebuje. Potrzebuje superbohaterów, herosów, którzy obronią nas w razie potrzeby.

Przyjrzyjcie się informacjom w mediach. Same klęski żywiołowe, korupcje, skandale, morderstwa, kryzysy gospodarcze, wojny i inne złe rzeczy.
Nic więc dziwnego, że wolimy oglądać historie w których dobry bohater daje łomot jakiemuś bandziorowi, broniąc słabszych.
Amerykanie to dość… osobliwy naród. Szczycą się swoja potęgą. Lubią się przechwalać. Powiedzmy sobie szczerze- uważają, że są najlepsi. Najlepsi we wszystkim. Najbardziej wkurza mnie, że sądzą że są lepszymi ludźmi niż inni. Oni są dobrzy, odważni i posiadają wielkie serca… Tylko Amerykanie mogli wpaść na pomysł Supermena- nadczłowieka, zbawcę ludzkości. Kiedy facet z innej planety, ratujący Ziemian odniósł sukces, kurek został odkręcony i z jednego gościa w obcisłych rajstopach zrobił się cały panteon.
Nie chcę abyście mnie źle zrozumieli. Uwielbiam oglądać tego typu filmy. 
Bardziej zastanawia mnie skąd się wziął taki pomysł. Dlaczego wizja wskrzeszenia olimpijskich bogów narodziła się w XX wieku (i rewelacyjnie się rozwija) właśnie w Ameryce. Po co najbogatszemu krajowi na świecie, który umówmy się raczej trzyma innych w rydzach, potrzebni są superbohaterzy?!

I tu przechodzimy do Batmana, więc jeśli czyta to osoba która nie widziała filmu “Mroczny Rycerz Powstaje” - ostrzegam teraz należy przestać! 

Po seansie byłam bardzo zadowolona. Wszystko skończyło się happy endem. Batman przeżył, pojawił się Robin, Alfred był szczęśliwy, a Garry Oldman otrzymał nową latarkę. Koleżanka z którą oglądałam film też była zadowolona, ale zwróciła moją uwagę na jedną (zasadniczą) kwestię. Dlaczego Nolan nie zabił Batmana? Dlaczego  wszystko skończyło się tak pięknie mimo, że klimat dość mroczy, bohater ze skazami i mamy do czynienia z ostatnią częścią trylogii, więc śmierć bohatera mogłaby definitywnie wszystko zakończyć? Film byłby tak samo dobry. jak nie lepszy, gdyby Batman zginął ratując Gotham. Można byłoby się nawet popłakać.
Zastanawiałam się nad tym i w gruncie rzeczy odpowiedź wydała mi się całkiem prosta.
Umówmy się- filmy tego typu przeznaczone są dla bardzo szerokiej publiczności. Publiki która często ufa wszystkiemu co zobaczy w TV. Są to osoby które chcą mieć wszystko podane na tacy, a przekaz musi być jasny. 
Amerykanie to bardzo podatny naród. Jak więc (w czasach kryzysu i nienajlepszych nastrojów społecznych)  w amerykańskim filmie, o amerykańskim bohaterze, skierowanym głównie do amerykańskiej publiczności (bo Batman to ICH człowiek) bohater ów ma zginąć?
Co taki przeciętny widz może wynieść z takiego seansu?… Przeświadczenie, że nawet ci niepokonani, walczący ze złem mogą przegrać. 
Jaki miałoby to cel? Takie zakończenie nie podniosłoby morali, zwłaszcza, że Batman głosi w filmie, że tak naprawdę każdy może być Batanem. (swoją drogą, piękne przesłanie). Dlaczego więc wszystko musi pójść dobrze? Dlaczego Thor kończy się zwycięstwem Thora? Dlaczego Kapitan Ameryka przeżył? Dlaczego Spiderman uratował wszystkich? Dlaczego Avengersi skopali tyłek Lokiemu?
Bo Amerykanie muszą poczuć, że nadal są silni, że tak jak Batman mogą walczyć ze złem i ratować wszystkich wokół.

Przyznajcie: co byśmy bez tego amerykańskiego hartu ducha zrobili? To oni zawsze ratują świat i to ich bohaterowie są również naszymi. (Nawet próbujemy wymyśleć własne odpowiedniki, co kończy się tanimi podróbkami  w postaci poprzebieranych facetów w środkach transportu)
Historie o herosach to pewien rodzaj propagandy, który ma na celu kształtować odważnych, silnych obywateli gotowych stanąć w obronie kraju. Nie raz pokazywali, ze są skłonni wykazać się walecznością, mimo, że ideały które im przyświecały były bardzo utopijne. Chętnie pokazują się innym, ale wydaje mi się, że o samym wzorze bohaterstwa niewiele wiedzą. Wmawia im się, że walczą w obronie kraju, że za taki wyczyn zostanie nagrodzony, a tymczasem rzeczywistość często jest okrutna, a pobudki czysto polityczne. Prawdziwi bohaterowie często przegrywają, a ci którzy się tylko afiszują swoją odwagą w obliczu prawdziwego zagrożenia nie wiedzieliby co zrobić. Może tak jak nowojorscy gliniarze zastrzeliliby faceta z nożem bo cały ich oddział to za mało by obezwładnić jednego człowieka? Obawiam się, że jednak liczyliby na kogoś kto przejmie inicjatywę. Kogoś z zewnątrz. Na superbohatera. Co jeśli nikt taki się nie pojawi? Cóż… zawsze możemy liczyć na to, że jakiś szalony amerykański naukowiec stworzy prawdziwego Kapitana Amerykę. Oby nie było za późno.


I jeszcze jedno. Nie chcę niczego generalizować czy szufladkować. Wydaje mi się, po prostu, że niektóre idee jakie się nam wciska do głowy są wyssane z palca, a my bierzemy je za pewniak. Może za bardzo całą sprawę roztrząsam. Może to co chciałam przekazać nie do końca jest zrozumiałe. Boję się po prostu tego ku czemu zmierza świat, boję się, że to co widzimy oddala nas od samodzielnego analizowania. Że niektóre przekazy są czystą manipulacją, a my zamiast wierzyć własnym instynktom. wyznajemy kult czegoś czego nie ma.
I nie chodzi tylko o Batmana.


THIS IS HOW KAMA SEES IT.

środa, 5 września 2012

Love Of My Life


Dzisiaj miałam zamieścić swój pierwszy post. Miał on wyrażać jeden z moich poglądów na sprawy aktualne. Kiedy jednak odpaliłam komputer zrozumiałam, że dzisiejszy dzień to zbyt ważna data by zaprzepaścić ją dla jakiś wywodów które mało kogo obchodzą.


Tak, dzisiejszy post, mój pierwszy post, poświecę dla mojej muzycznej miłości.



Macie tak, że pierwsze dźwięki jakiegoś utworu wywołują u was tak sile emocje, że każda nuta drażni wasze nerwy? Łzy napływają do oczu? Serce przyśpiesza bicie?



5 września przyszedł na świat człowiek który odmienił oblicze muzyki, a z pewnością moje jej postrzeganie. Gdyby żył dziś wyprawiałby pewnie huczne, spektakularne, królewskie 66 urodziny.

Freddnie Mercury zmienił mój świat. 


Kiedy dziś zastanawiałam się jaka piosenka najlepiej pasuje do moich uczuć względem niego zdecydowałam się na ‘Show Must Go On’. Dawno jej nie słuchałam. Z reguły ją omijałam na mojej playliście by mi się nie znudziła. Więc gdy tylko usłyszałam pierwsze takty, łzy napłynęły mi do oczu i uświadomiłam sobie, że taki odpoczynek był mi potrzebny. Utwór nie napisany przez Freddiego, ale zaśpiewany w sposób niezwykły stał się jego utworem pożegnalnym, przesłaniem ważnym dla wszystkich fanów.



Freddiemu zawdzięczam wiele. To dzięki niemu muzyka stała się tak ważna w moim życiu.

Chciałam mu podziękować za wiele. Za co go kocham?


Za 'Bohemian Rhapsody' które mnie do nich przyciągnęło.

Za 'Love of My Life', które jednoczyły tysiące fanów na koncertach.
Za 'Somebody to Love'- jeden z najlepszych utworów grupy.
Za 'Bicycle Race' w którym przyznał się, że nie lubi Gwiezdnych wojen co nie przeszkadzało my                                           wkroczyć na scenę na barkach Lorda Vadera.
Za niepohamowaną energię w 'Don’t Stop Me Now'.
Za udawanie gry na gitarze w 'Crazy Little Thing Called Love'.
Za odważne 'We Are The Champions'.
Za improwizację z publicznością na koncertach podczas których owijał ją sobie wokół palca.
Za wyrażanie siebie.
Za wąsy.
Za długi włosy.
Za charyzmę.
Za energię i przeistaczanie się w zwierza estradowego.
Za dobroć i nieśmiałość poza nią.
Za wiarę i pielęgnowanie przyjaźni.
Za płaszcz z purpury i koronę na zakończenie koncertów.
Za talent.
Za głos.
Za inspirowanie innych.
Za pomysł teledysku do I Want To Break Free.
Za wykorzystanie okazji gdy zespół Smile się rozpad.
Za namówienie chłopaków do nazwy Queen.
Za dwuznaczność tej nazwy.
Za nieafiszowanie się z życiem prywatnym.
Za miłość do muzyki.
Za mieszanie gatunków.
Za walkę o życie.
Za tworzenie do ostatniej chwili.
Za kochanie życia.
Za czerpanie z niego garściami z niego garściami.
Za szacunek jaki wzbudził u innych.
Za zostanie legendą za życia.
Za bycie niezwykłym.











Dlatego Freddie- gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy i bawisz się świetnie. 

Wszystkiego Najlepszego.


wtorek, 4 września 2012

Witam:)

Z nutą pewnej nieśmiałości prezentuję Wam tego oto bloga. Powstał on poniekąd pod przymusem i naciskiem z różnych stron za co będę pewnie wdzięczna. Miejmy nadzieję, że zdobędę się na wystarczającą dozę samozaparcia by się tu regularnie pojawiać.  Oby wizyty były jak najefektywniejsze. Mam zamiar pisać o wszystkim i o niczym. Przygotujcie się na wylewanie żali, irytację i komentarze rzeczywistości. Pokaże wam świat widziany moimi oczami. Enjoy!