piątek, 29 listopada 2013

Igrzyska Śmierci: W Pierścieniu Ognia

Spoiler free zone.

Listopad to bez wątpienia najatrakcyjniejszy miesiąc tego roku. Długo wyczekiwany, a dni do niego były skrupulatnie odliczane w kalendarzu. Czy to pod względem spełnionych marzeń, czy (co może nie dziwi) filmowych nowości, był fantastyczny. Dziś jednak (jeszcze) nie będzie o tym pierwszym. 
Dziś na świeżo (powiedzmy) będzie filmowo.



Poza Thorem na moim kalendarzu widniały jeszcze dwa tytuły: Doctor Who 50th Anniversary Special- o którym nie będę pisać, bo trzeba być fanem serialu by to obejrzeć (odcinek był fantastyczny); oraz drugi  Igrzyska Śmierci: w pierścieniu ognia. Jako fanka trylogii Suzanne Collins wręcz nie mogłam się doczekać. Pierwszy film okazał się zgrabną ekranizacją, która całkiem nieźle oddała klimat książki, jak również wniosła coś, co pozwoliło nam na trochę inaczej spojrzeć na tę historię (która napisana w pierwszej osobie była trochę za subiektywna).

Od czasu pierwszego filmu widziałam niemal wszystkie filmy z Jennifer Lawrence, która bardzo polubiłam i doceniłam. Sama Lawrence niesamowicie się rozwinęła, dojrzała co widać na ekranie. Jaj Katnis jest jeszcze lepsza, bardziej przekonująca. Jeżeli dziewczynki i dziewczyny na całym świecie powinny sobie szukać wzorców, to Jennifer jest odpowiednią kandydatką. Jako jedna z nielicznych zachowała normalność w świetle jupiterów. Jest sobą i nie udaje (a jeżeli tak to robi to cholernie dobrze, ale nie da się tak udawać normalności). A Katnis również znacznie wyróżnia się na tle innych bohaterek i o ile w książce może nas czasem irytować (ze względu na sposób prowadzenia narracji), w filmie pokazana jest jako silna młoda kobieta, której nie obce są uczucia i która nie jest idealizowana, a jej poczynania są dobrze umotywowane.

W pierścieniu ognia to wspaniałe kostiumy, jeszcze lepsze efekty, więcej dramaturgi i zwrotów akcji. Podobnie jak książka, film utrzymuje stałe napięcie. Podobnie jak książka szokuje i trochę nawet bardziej niż pierwowzór wywołuje w nas gniew. Film pokazuje to, czego nie mogliśmy przeczytać, sceny o których istnieniu i przebiegu mogliśmy się tylko domyślać. Co zrobione zostało niezwykle zgrabnie, a w odniesieniu do książki, uzupełniło braki i podkreśliło walory.


Dużym plusem filmu jest obsada. Josh Hutcherson jest lepszym Peetą niż w pierwszej części, Donald Sutherland kapitalnie wciela się w prezydenta Snowa, a Stanley Tucci jakCaeser Flickerman jest jak błyszcząca, fenomenalna gwiazda, jakby ta postać była specjalnie dla niego napisana. Aktorów dobrano tak, iż nie mam żadnych zastrzeżeń, wszyscy odtwarzają bohaterów bardzo dobrze.

Ze wszystkich książek z gatunku young-adult, to właśnie Igrzyska są najdoroślejsze, to one najwyraźniej odbijają się od pozostałych. Możemy przeczytać i obejrzeć wiele produkcji o dystopijnej tematyce, ale wydaje mi się, że to Igrzyska spodobają się ludziom bez względu na wiek. Są dorosłe, niesztampowe, świetnie napisane i umówmy się, to reszta dąży do nich, a nie na odwrót.

W kinie nie spotkamy dzieci, ta historia z pewnością nie jest dla nich. Drugi film jest jeszcze brutalniejszy, porusza ważniejsze tematy. Dorośli aktorzy, dorośliśmy i my. Bardzo mnie cieszy, że twórcy również to widzą, nie łagodzą historii, nie zmieniają fabuły, jeszcze ja uwypuklają. Nie starają się zrobić filmu dla każdego.
Głodowe Igrzyska są same w sobie przerażające dlatego i sami odbiorcy muszą być na tyle dojrzali by zrozumieć sam tragizm tego pomysłu.

Nie jest też tak, że ta część jest lepsza od drugiej. Odniosłam wrażenia, że podobnie jak książki, są na tym samym dobrym poziomie. Pomimo dość ciężkiej tematyki nadal pozostają dobrą rozrywką i ciekawą propozycją. 

Colins stworzyła historię, która nie bez powodu stawiana jest przy chyba (a w mojej ocenie na pewno) najlepszej serii dla młodzieży, czyli Harrym Potterze. W swojej czytelniczej karierze przeczytałam wiele książek, które walczyły o miano następcy Harry'ego Pottera i chociaż, pewnie taki się nie znajdzie, to wiem, że teraz wszyscy będą dążyć do zastąpienia Igrzysk. Ponownie szczerze wątpię, by cokolwiek, co powstanie później miało tę świeżość i polot, a którakolwiek bohaterka siłę Katnis.

Film jest świetnym uzupełnieniem trylogii. To świetna rozrywka nie tylko dla dzieci i młodzieży. Zatem zarówno książki jak i filmy bardzo polecam. 






sobota, 9 listopada 2013

Loki: The Dark World

(no spoilers!)

Będzie to recenzja niezwykle subiektywna. Patrzyłam na film przez różowe okulary, ekscytując się każdym najmniejszym szczegółem, każdą sceną, zapominając o bożym świecie. Zbyt długo czekałam na ten film, zbyt wielkie miałam oczekiwania, by wziąć to na spokojnie. Za "ochy" i "achy" przepraszam... albo nie, to mój blog i moja recenzja- deal with it! 

Uwielbiam tę nerdowską cząstkę siebie, która pozwala mi na ekscytacje produkcjami typu Thor. Nie jest to tylko wpływ mojego licencjatu. Uwielbiam produkcja kina popularnego. Uwielbiam wybuchy, kicz, i nierealność filmów. Filmy o superbohaterach... uwielbiam comics movies!


Na drugą część Thora czekałam odkąd obejrzałam Avengers. Moje oczekiwania były niezwykle wygórowane, a wszystko podsycały wszelkie przecieki z planu, spekulacje, wywiady. Produkcje Marvela maja w sobie coś takiego, czego nie maja inne. Mają te iskrę, ten humor i dramatyzm. To nie są ot takie historyjki o ludziach z super mocami. Marvel to organizm, który napędza się samodzielnie. Nakręcają nas jak zabawki i po każdym seansie puszczają w świat z nowymi pomysłami, z nowymi pytaniami i oczywiście z dawką bardzo pozytywnych energii.

Pierwsza część Thora była kiepska. W moim rankingu filmów Marvela plasował się w dolnej części tabeli. Jedynie Hopkins i Hiddleston ratowali cała koncepcję. Po sukcesie, powalającym bądź co bądź i poprzeczce jaka ustanowiły filmy z Iron Manem, producenci pewnie wyrywali sobie włosy z głowy, co tu zrobić, by znów nie zawieść. Nie wiem jak długo nad tym siedzieli, ile nieprzespanych nocy i wypitych kaw maja za sobą, ile ton papieru zużyli scenarzyści. Ale się udało. 
Thor: Mroczny świat wspiął się na wyżyny i jest rewelacyjny.

Alan Taylor to nieprzeciętny reżyser. Twórca Gry o Tron, Mad Man, Lost. Powierzenie mu Thora.. sprawiło, że tchnął w tę produkcję nowe życie, obdarł ja z kiczu i śmieszność. 

Po wydarzeniach z filmów "Thor" i "Avengers", Thor próbuje zaprowadzić porządek w kosmosie, ale starożytna rasa, dowodzona przez mściwego Malekitha powraca, by zepchnąć wszechświat w ciemność. Stając do walki z wrogiem, którego nie może pokonać nawet Asgard pod wodzą Odyna, superbohater musi udać się na niebezpieczną wyprawę, podczas której ponownie zjednoczy siły z Jane Foster i poświęci wszystko, by ratować nas wszystkich.

Thor się zmienił, ewoluował (podobnie jak Chris Hemsworth, który pokazał na co go stać, wyluzował i bawił się rolą).  Już nie jest tym dzieciakiem, zadufanym i pewnym siebie księciem. Teraz to pretendent do tronu, silniejszy i mądrzejszy. Obdarty z wszelkich złudzeń, nie czeka aż zło go dopadnie, ale działa, tym razem nie pochopnie, ale z rozwagą i determinacją (podszytą chęcią zemsty). Jane, która nie należy do najlepszych bohatera filmowych, zaskakuje poczuciem humoru i odwagą. W pierwszej części Natalie Portman nie zachwycała, jej rola była szara i bezpłciowa (znam osoby, które jawne życzyły Jane śmierci, bo miały jej dosyć), tu pokazuje pazur, nie jest idealna, ale już nie irytuje. Poza tym, Rene Russo (Frigga) zaskarbia serce chyba każdego, podobnie jak Kat Dennings (Darcy), która z każdym pojawieniem się na ekranie wywołuje uśmiech i przypływ pozytywnych emocji. Thor: Mroczny świat pełen jest barwnych i ciekawych postaci. Jak przystało na film o superbohaterze pojawia się i przeciwnik. Christopher Eccleston nie jest tak demonicznie zły jakby można było oczekiwać. To potwór, który trochę z niewiadomych przyczyn chce zniszczyć wszystko i nie cofnie się przed niczym. Nie ma w nim jednak tej desperacji i wściekłości jaką charakteryzuję się inne czarne charaktery. Ma w sobie coś z majestatyczności i z pewnością brakuje mu poczucia humoru. Ale to nie wady.

Thor zawsze był częścią mitu. W przeciwieństwie do swoich przyjaciół z Avengers jego świat to bajka, w którą trudno jest uwierzyć. Jednak jego historia ma w sobie coś z klasyki. To opowieść o królach,  niezbadanych światach. Thor jak król Artur ma swoich rycerzy, ukochaną dla której jest gotowy poświęcić życie. Królestwo i tron które na niego czekają. Tworząc tę historię Joss Whedon i Kenneth Branagh wpadli w pułapkę mitu i bajki, przez co ich świat kojarzy się nam bardziej z tęczą i jednorożcami niż bogami wikingów, Alan Taylor natomiast ratuje sytuację.

Akcja w Thor: Mroczny świat nabiera tępa już od pierwszych scen. Film nie jest tak przegadany. Kilkakrotnie dochodzi do efektownych walk i zwrotów akcji. Walka głównego bohatera z Malekithem to majstersztyk. Kapitalne efekty tylko podgrzewają atmosferę. Jest jak u Hitchcocka- najpierw bum, a później może być tylko lepiej. Do tego dużo humoru i zaskakujących wydarzeń. Kapitalne dialogi. Wielokrotnie puszczane jest oko do fana. Każdy orientujący się w uniwersum Marvela dostrzeże te małe aluzje, które są ukłonem dla tych wszystkich, którzy wiernie trwają przy ich produkcjach. To co właśnie najbardziej u nich lubię, to dbanie o swoje dzieci i trzymanie ich przy sobie, pozwalanie na współistnienie. (Dlatego Superman i Batman maja się połączyć- to działa). Aż do końca ciężko oderwać wzrok od ekranu, a końcowa scena jest ukoronowaniem filmu i spełnieniem moich najśmielszych oczekiwań. 

Może was trochę zaskoczy temat tego posta, zwłaszcza, że ani razu nie wspomniałam o Lokim, ale najlepsze zawsze zostawiam na koniec.



To wielka miłość jaką żywię do Toma Hiddlestona, w moim mniemaniu najlepszego aktora swojego pokolenia, sprawiała, że odliczałam dni do premiery. Już w przypadku dwóch poprzednich filmów, Tom udowodnił, że potrafi grać i wie o co w tym wszystkim chodzi. Jego kreacja Lokiego, uważana za jedną z najlepszych w produkcjach Marvela, przyćmiewała wszystkie inne postacie i nawet rewelacyjny Robert Downey Jr musiał się nieźle namęczyć. Loki Hiddlestona, jak na boga oszustwa przystało, ma najbardziej złożony charakter ze wszystkich bohaterów produkcji. Pod powłoką zła kryje się ból i cierpienie, które go tylko napędzają do zemsty. Hiddleston ponownie kradnie show. Każda scena w której się pojawia (a nie jest ich tak dużo jakbym tego chciała), nabiera dodatkowego kolorytu. Potyczki słowne Lokiego i Thora są wręcz kapitalne. Jego gra stoi na najwyższym poziomie, bez problemu pokazuje wszystkie emocje i to w taki sposób, że nie raz uginają nam się kolana. Tom ponownie wyciąga z postaci to co najlepsze i o ile w pierwszym filmie wiele pochodziło od niego, to tu widać, że twórcy zrozumieli jak kierować jego postacią i teraz w każdej scenie błyszczy, a widzowie go wręcz kochają. Loki to fenomen, nic wiec dziwnego, że fandom Hiddlestona jest ogromny i a Loki's Army zdobywa kolejnych członków. Nawet w połowie, nie jestem w stanie opisać, jak jego kreacja jest rewelacyjna. Loki zasługuje na spin offa, bez wątpienia film byłby sukcesem. Może wystarczającym dowodem na to, będzie fakt, że wychodząc z sali słychać było tylko jedno imię: "Loki".

Podsumowując. Jestem niesamowicie mile zaskoczona. Film podobał mi się na tyle, bym nie była w stanie wczoraj nic napisać. Thor: Mroczny świat dostarczył mi tyle rozrywki i emocji ile potrzebowałam. Moja recenzja nawet w połowie nie opisuje tego co czuję. Nie chciałam niczym spoilerować. Jeżeli mam jakoś was zachęcić do pójścia do kina to proszę: Tom Hiddleston, Chris Hemsworth, Alan Taylor, efekty, fabuła, świeżość i najważniejsze: świetna zabawa. Można chcieć czegoś więcej?

Thor: Mroczny świat jest tak dobry jak Iron Man i może lepszy od Avengers, a z pewnością lepszy od Thora. Czekanie na trzcią część chyba mnie wykończy....


czwartek, 7 listopada 2013

After reading: "Pokuta" i "Miasto Kości"


Przedzierając się przez stosy książek zalegających na półkach i przeglądając dziesiątki stworzonych przeze mnie list, coraz trudniej jest mi dokonywać wyborów. Mam za mało czasu, a ilości tego czego jeszcze nie widziałam jest zbyt duża, bym mogła temu w jakikolwiek sposób podołać. Jest tysiące pozycji, które chciałabym mieć w swoich rękach, i równie wiele, które muszę przeczytać. Do tej pory jednak nie zdarzyło mi się tak, by książki z stosu "chcę" pokrywały się ze stosem "muszę". Nigdy nie byłam wielbicielką poezji ani tekstów staropolskich. Nie ekscytowałam się widokiem "dzieł wybranych Mickiewicza" i nie nie mogłam się doczekać aż sięgnę po Sienkiewicza. W tym roku jednak, z nie znanych mi powodów, nabrałam dystansu do słowa "lektura" i postanowiłam zgłębiać tajniki nawet tych, które wcześniej traktowałam jako przykry przymus. Zrozumiałam, ze literatura polska, której znajomość zazwyczaj ogranicza się do lektur szkolnych, to zbiór fantastycznych i wartościowych dzieł, które niesłusznie zostały wypatrzone przez szkołę. 

Już jakiś czas temu zmierzałam zganić oświatę, za przesiew jaki zrobili w kanonie lektur, ale przeglądając go na spokojnie, zrozumiałam, że żyjemy w innych czasach. Tempo naszego życia się zmienia, a młodzi nie interesują się jakimś dziełem sprzed 200-stu lat napisanym 13-sto zgłoskowcem. Wiele z lektur, które nas obejmowały, było nudnych. Musicie to przyznać. Dlatego pojawienie się Tolkiena, Sapkowskiego czy Lewisa jest jakimś sposobem na urozmaicenie i odmłodzenie listy, a nauczyciele, jeżeli maja jeszcze siłę, zawsze mogą coś z klasyki przeszmuglować. Zresztą mamy wspaniałe adaptacje "lektur szkolnych"- dlaczego ich nie wprowadzić do kanonu? 
Zostawmy jednak szkołę na boku.

Moja lista książek "do przeczytania" osiągnęła już rozmiary Wieży Eiffla i ciągle się powiększa. Pogodzenie tego z czasem, którego mam coraz mniej, to nie lada wyzwanie. Jednak opozycja pomiędzy "chcę" a "muszę" na reszcie zaczęła się zacierać, a dowodem na to jest pierwsza z wymienionych tu przeze mnie lektur.




Nie powinno się oglądać filmu zanim się nie przeczytało książki. Na pewno nie powinno się oglądać "Pokuty" zanim się nie przeczytało książki.

Upalny dzień roku 1935. U Tallisów ma odbyć się przyjęcie. Trzynastoletnia Briony jest świadkiem sceny miłosnej pomiędzy jej siostrą Cecilią i synem gosposi Robbiem. Dziewczynka jednak widzi całkiem coś innego, a dalszy przebieg wieczoru i wszystkie jego następstwa są konsekwencją jej wyobrażeń. Los sprawi, że zachowanie Briony i jej słowa będę miały tragiczne, wręcz niszczące skutki, a ona sama, z czasem zacznie rozumieć swoją pomyłkę i będzie musiała odbyć bolesna pokutę. Wybuch II wojny światowej, rozłam w rodzinie i jej bezradność co do wydarzeń nie będzie sprzyjał rehabilitacji. Czy jej się uda, czy Cecilia i Robbie będą szczęśliwi, czy miłość może przetrwać w obliczu katastrofy? 

Powieść McEvana nie mogła mnie niczym zaskoczyć. Znając tę historię, zapamiętałam każde najważniejsze wydarzenie, dlatego też nie miałam większych oczekiwań co do lektury. Chciałam sprawdzić na ile oryginał zgadza się z adaptacją. Jakie było moje zaskoczenie gdy odkryłam, że te dwa dzieła współgrają ze sobą, a jednocześnie, każde z osobna, dostarcza niezwykłych wrażeń i działa jakby na dwóch płaszczyznach.

McEvan stworzył przykład znakomitej prozy, która niebezpodstawnie uznawana jest przez krytyków za arcydzieło. W "Pokucie" wkraczamy w świat miłości, wojny, grzechu i zadośćuczynienia. W znakomity sposób, wręcz po mistrzowsku, autor manewruje pomiędzy różnymi poziomami świadomości bohaterów, ukazując ich psychikę i sposób patrzenia na świat. Umiejętnie buduje napięcia, tworząc przeplatający się ciąg zdarzeń i ukazując czytelnikowi świat takim jaki on jest, z rożnych perspektyw. Daje nam wszystkie niezbędne element,y dzięki którym zrozumiemy tragiczność sytuacji, a która by się nieudała prowadząc narrację jednopłaszczyznową. Lawiruje między bohaterami, nie pozwalając na cień przypadku, na niedomówienie. 

Całość powieści podzielona jest na 4 etapy. Są to poszczególne etapy życia, etapy historii. Pierwszy opisuje jeden dzień roku 1935. Ten tragiczny dzień, który miał być tak piękny. McEvan daje nam poznać każdego, zrozumieć ich motywację, miarkuje napięcie. Na początku sami popadamy w rozluźnienie za sprawą promieni słonecznych, upału i wolności, by za chwilę w niezwykle dynamiczny sposób, niczym po uderzeniu meteorytu, wszystko się zmieniło. 
Część druga przenosi nas w czas II wojny światowej. Znajdziemy tu niesamowite opisy walki, dokładne i surowe. Część trzecia rzuca nam więcej światła na postać Briony, na jej dochodzenie do prawdy by w kolejnej części zaskoczyć nas, zmusić do refleksji, zadumy nad cała sytuacją. Do uronienia łzy?

"Pokuta" do emocje. Emocje o jakie trudno. Myśląc o tej historii czujemy ścisk w żołądku. Ian McEvan pokazał w niezwykle plastyczny i wysublimowany sposób jak bardzo musimy być świadomi konsekwencji własnych czynów, gdyż nasze życie może się rozpaść, a jego posklejanie, choćbyśmy się bardzo starali, może zająć nam lata i być niezwykle trudne. 

Natomiast co do filmu i jego stosunku co do książki, to jest to przykład niezwykle przemyślanej i dopracowanej adaptacji. Jak już wspomniałam obie pozycje współgrają ze sobą, jednak oddzielnie dają nam dodatkowe przezycia, a o to właśnie chodzi- o poruszenie odbiorcy, poruszenie do głębi.



Lektura z cyklu: young-adult, na jedno popołudnie.

Życie Clary zmienia się gdy jest świadkiem morderstwa. Zaczyna dostrzegać rzeczy, której nikt z ludzi widzieć nie powinien, a na jej drodze staje tajemniczy i przystojny Jace. Na domiar wszystkiego jej matka zostaje porwana, co sprawia, że Clary staje się częścią nieznanego jej świata i zaczyna odkrywać prawdę o sobie samej. 

"Miasto kości" to przykład literatury młodzieżowej, po którą sięgają w znacznej mierze ludzie powyżej 18 roku życia. Do tego samego "gatunku" zaliczamy też "Harry'ego Pottera" "Igrzyska Śmierci" czy nawet "Hobbita". Jest to literatura niewymagającą, łatwa i przyjemna, która jednak odchodzi od dziecinności na rzecz podejmowania bardziej poważnych tematów.
Po raz pierwszy o "Mieście Kości" usłyszałam przy okazji promocji filmu. Tak to już jest, że obecnie każda książka, która ma jakikolwiek potencjał zostaje zekranizowana w zaskakująco szybkim tępię (co zawdzięczamy bez wątpienia sukcesowi Pottera). Nie ma oczywiście w tym nic złego, uwielbiam adaptacje filmowe, pod warunkiem, że są one dobra, a w tym przypadku mam kilka zastrzeżeń... ale o tym później.

"Miasto kości" to pierwsza część cyklu "Dary anioła". Już na początku fabuła się rozkręca. Od razu jesteśmy świadkami morderstwa. Nie znając jeszcze dobrze głównej bohaterki jesteśmy uraczeni serią pytań i tajemnic. Przez cały tom rozwiązujemy historię i wkraczamy w świat magii (ale nie takiej z różdżkami) niesamowitych stworzeń, aniołów i demonów. Autorka sięgnęła do mitów, albo do innych licznych już książek gatunku. Zebrała je wszystkie i starał się stworzyć własny mit, rozgrywający się na planie współczesnego Manhattanu.

Jak przystało na powieść young-adult tak i tu nie mogło zabraknąć oczywiście niezwykle istotnego elementu romansowego pomiędzy głównymi bohaterami. Ich "romans" kwitnie niemal od pierwszego wejrzenia i chociaż przez cały czas zawija się on niczym wąż, to gwarantuje wam, że na końcu będziecie zaskoczeni finałem. Tego jeszcze chyba nie było.

Czytając miałam jednak nieodparte wrażenie, że czytam coś napisanego przez nastolatka. Nie wiem czy to wina tłumaczenia, w którym roiło się od błędów stylistycznych, czy fandomowy rodowód. Czasami narracja kulała i wątki były śmiesznie naiwne i bez sensownego podłoża, a kreowane napięcie, w pewnym momencie zostało złamane przez, według mnie niewłaściwe fabularne posunięcia. 

"Miasto Kości" nie jest książką która zmieni wasze życie. Nie wnosi ona nic odkrywczego.  Nie jest najlepszym dziełem literackim.
Jest to jednak coś nowego-starego. Jest to przyjemna lektura na wolne popołudnie (albo dwa). Wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Są tacy, którzy ja pokochają, są tacy, którzy wyśmieją. Według mnie ma jednak to "coś", co spowoduje, że sięgnę po kolejne części, bo czy wszystko co czytamy musi być z najwyższej półki?

PS. Film psuje wszystko. Oderwany od książki, zmieniając kilkukrotnie fabułę oferuje kilka spoilerów co do dalszych tomów, a to nie jest fajne...

niedziela, 20 października 2013

Z cyklu notka dla samej siebie: Żyję.

Żyję.
Wbrew pozorom, nie leżę zaciukana w jakimś przydrożnym rowie, obsypana warstwą liści.
Po prostu z jakiś, w tej chwili nieznanych mi powodów, postanowiłam studiować dwa kierunki.
Powiecie- nic takiego, dużo osób tak robi, ale powiem wam coś: układanie harmonogramu to jak układanie strategii wojennej. 
Nie mam na co narzekać. W sumie sama się o to prosiłam, ale w chwili obecnej prowadzenie bloga,  pisanie to ostatnia rzecz na jaka mam siłę.
Najgorsza jest w tym wszystkim moja uczelnia, bo chociaż ponownie wybrałam ją własnowolnie, to mam jej po czubki uszu. To chyba już domena wyższych uczelni, że o niczym nie wiedzą, wymagają od ciebie czegoś, czego wymagać nie mają prawa i tworzą pozory, a w rzeczywistości wszystko kuleje.
Piszę to wszystko dlatego, aby wytłumaczyć dlaczego nie piszę. Czas... tak go mało gdy jest potrzebny. Pisze to też by nie było, że nie piszę i obiecuję, że napiszę i nie rzucę pisania tylko dlatego, że nie mam czasu (bo wierzcie mi gdyby tylko chodziło o ilość zajęć, pisałabym często). Najważniejsze jednak to, że jak to napisze to będę zmotywowana by pisać dalej. Tak wiec do zobaczenia... kiedyś. Może w tym tygodniu, a może dopiero przy okazji recenzji 'Thora'. W każdym razie... żyję :)

środa, 25 września 2013

After reading: "Służące"

O książce Służące zrobiło się głośno, gdy do kin trafił film z Emmą Stone i Violą Davis w rolach głównych. Swoją drogą bardzo dobry film, który z perspektywy książki, jest bardzo dobrą, chociaż nie idealną ekranizacją.


"Dwudziestotrzyletnia Skeeter właśnie powróciła do domu po ukończeniu studiów. Ma wyższe wykształcenie, jest jednak rok 1962, a Skeeter mieszak w Missisipi. Jej matka nie spocznie, dopóki na palcu córki nie zobaczy obrączki. W zwykłych okolicznościach Skeeter szukałaby pociechy u ukochanej służącej  Constantine, która ją wychowała, ale Constantine znika i nikt nie chce wyjawić Skeeter.
Aibileen to czarna służąca, mądra i godna szacunku. Wychowuje już siedemnaste białe dziecko, ale doświadcza wewnętrznej przemiany po śmierci syna, który zginął, wykonujac ciężką fizyczną pracę, w nieodpowiednich warunkach. Jest ogromnie oddana dziewczynce, którą się opiekuje, choć wie, że prędzej czy później dojdzie zapewne do bolesnego rozstania.
Minny, najlepsza przyjaciółka Aibileen, to niska, tęga i chyba najbardziej pyskata kobieta w stanie Missisipi. Umie gotować jak nikt na świecie, ale nie jest w stanie trzymać języka za zębami, więc straciła kolejną pracę. Minny w końcu udaje się znaleźć zajęcie u kobiety spoza miasta, która nie miała okazji poznać jej reputacji. Nowa szefowa Minny ma jednak własne sekrety."*
Postanawiają połączyć siły i napisać książkę, po wydaniu której całe Missisipi może ulec zmianie.

Zawsze, czytając książki, mam kilka kryteriów jej oceniania. 
Po pierwsze tempo w jakim się ją czyta. Bym mogła cokolwiek przeczytać, muszę wpaść w rytm. Musi mnie wciągnąć już po kilku stronach, bym jej nie odłożyła, inaczej zwyczajnie się nudzę. Służące nie zaczynają się od wielkiego "bum!", autorka powoli i umiejętnie rozbudza naszą ciekawość. W momencie przekroczenia połowy książki, rośnie ona tak bardzo, że resztę pochłania się w oka mgnieniu. 
Po drugie pomysł, czy fabuła. Przeczytać coś oryginalnego jest łatwiejsze, niż coś takiego obejrzeć. Jednak pisarze również popadają w rutynę. Służące z pewnością są dalekie od schematów. Historia jest świeża i poruszająca, a do tego niezwykle ciekawa. Temat segregacji rasowej jest mi nieznany. Jeżeli chodzi o służbę czarnoskórych u białych, na myśl przychodzi nam głównie Mammy z Przeminęło z wiatrem, ale, jak w Służących jest wyraźnie zaznaczone, Margaret Michell pokazuje Mammy jako oddaną i kochana służącą, jednak nikt nie wie co ona czuła, nikt nie pokazał jak wygląda świat jej oczami. Służące stanowią więc całkowite przeciwieństwo. Poznać życie w Missisipi w latach 60. z punktu widzenia służby jest nie tyle ciekawe, co wręcz zajmujące i do tego stopnia, że zaczynasz wsiąkać w akcję (która problematyką niejednokrotnie doprowadza do szału)- to fantastyczne!
Po trzecie styl. Jeżeli jest koszmarny, nawet najlepszy pomysł się nie obroni. Gdy książka jest napisana przez analfabetę, widać to po pierwszych zdaniach. Często też można rozpoznać, że dany tytuł jest pierwszym w karierze autora. Służące to debiut Kathryn Stockett i w żadnym zdaniu, nawet w podziękowaniach, nie da się tego wyczuć. Styl autorki jest świetny, przemyślany. Najciekawszym zabiegiem jakim się posłużyła jest prowadzenie narracji z 4 perspektyw. Historię opowiadają trzy kobiety, każda mówi swoim własnym językiem. Skeeter jest wykształconą, absolwentką collegu, Aibileen to prosta ale inteligentna kobieta, natomiast jej przyjaciółka Minny to pyskata, rezolutna mistrzyni wypieków. Wszystkie te cechy możemy wywnioskować z samego sposobu narracji i języka. Ponadto autorka wprowadza również trzecioosobową narrację w czasie teraźniejszym. Jest to jeden z najciekawszych zabiegów literackich, tego typu, z jakimi miałam do czynienia. Do tego niezwykle umiejętnie zastosowany.
Następnie bohaterowie. Bohaterowie Stockett są prawdziwi, poruszający. Ich życiorysy to pasmo wzlotów i upadków, śmiechu i płaczu. Wszyscy są świetnie napisani, nawet te wstrętne wypacykowane białe paniusie tworzące pozory swojej wspaniałości, a główne bohaterki to odważne i zdeterminowane kobiety, które zwalczają wszelkie przeciwności.

Służące to poruszająca opowieść o życiu. Wzrusza i szokuje. Kilka razy wybuchałam głośnym śmiechem, albo komentowałam książkę na głos. Jest to powieść jakich nam potrzeba. Może w naszym kraju odbiera się ją tylko jako dobrą beletrystykę, ale idę o zakład, że w USA wywarła spore wrażanie. Opisuje prawdę i z pewnością trafia w czułe punkty tolerancyjnej "równej", amerykańskiej społeczności. Książka pokazuje jak niewiele jest różnic między ludźmi, bez względu na kolor skóry, wyznanie, czy pochodzenie. 

Kathryn Stockett pisze:
" Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: "Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej, niż sądziłam".
i wydaje mi się, że ten fragment nie tylko odnosi się do książki jaką tworzą bohaterki, ale również idealnie do samych Służących. Otwiera oczy na sporo spraw w ciekawy i porywający sposób.
Gorąco polecam!


*Opis zaczerpnięty z okładki :)

niedziela, 15 września 2013

Filmowe rekomendacje na ten tydzień.

Gdy rok temu zakładałam bloga myślałam, że będzie różnie, a dziś? Znów filmowo. Tym razem prezentuje dwa filmy, których oglądanie przysporzyło mi wiele frajdy i które gorąco polecam. Oczywiście wszystko bez spoilerów. Zresztą czy kiedykolwiek było inaczej?

Najpierw zacznę od filmu już kultowego, który od dawna widniał na mojej liście. Wreszcie zebrałam trochę rozrzuconej po kontach motywacji i zabieram się za klasyki. 

Klub winowajców/ The Breakfast Club (1985)



Nie ma dwóch takich samych osób. Często różnice między nami są tak duże, że wydają się nie do pokonania. Wydaje mi się, że najlepiej widać je w śród ludzi młodych, gdzie hierarchia i subkultury są mocno zakorzenione. Szczególnie na szkolnych korytarzach widać te indywidualności, grupki ludzi, które chcę gdzieś przynależeć, kształtując tym samym siebie, ale jednocześnie odrzucając innych. Wielu z nich nie dostrzega, gdyż do tego trzeba stanąć z boku, że tak na prawdę, pod tą warstwą ukształtowaną przez społeczeństwo, jesteśmy tacy sami.

"Klub winowajców" opowiada o piątce uczniów liceum, którzy za karę muszą spędzić sobotę w szkole. Różnią się od siebie wszystkim. Andy (Emilio Estevez) to sportowiec, członek drużyny zapaśniczej, pretendent do stypendium. Brian (Anthony Michael Hall) to jego całkowite przeciwieństwo, typowy kujon, piątkowicz, cichy i nieśmiały. Claire (Molly Ringwald) to królowa balu, dziewczyna z dobrego domu, bogata, ładna, popularna. Przy niej Allison (Ally Sheedy) wygląda koszmarnie, a do tego jest dziwaczką i samotnikiem, czasami wprowadzając w osłupienie otoczenie. Jakby tego było mało dołącza do nich John (Judd Nelson), który za nic ma sobie zasady i panujący porządek. Nie znają się, są sobie obojętni, z początku nieufni, zaczynają się wręcz kłócić, jednak w raz z upływającym czasem rozumieją, że jedynym sposobem na przetrwanie tych kilku godzin jest rozmowa dzięki której zaczynają siebie poznawać.

Obejrzałam wiele filmów o i dla młodzieży  Przewertowano w nich chyba wszystkie rodzaje problemów, pokazano wszystkie grupki  rodzaje ludzi. Nikt jednak tak dobrze jak John Hughes nie wszedł w kręgi młodych ludzi rozumiejąc ich, ich psychikę, a co najważniejsze stając po ich stronie, tworząc najważniejszymi postaciami, budując naszą do nich sympatię tak umiejętnie i nienachalnie jak to tylko możliwe. Okraszona świetnymi dialogami, kapitalną muzyką i bardzo dobra grą aktorską opowieść, która często bawi, ale i daje do myślenia. Ilość emocji jaka jest nam przekazywana jest naprawdę imponująca. Każdy może znaleźć w bohaterach cząstkę siebie. Zastanowić się nad własnym życiem, nad tym czy ludzie których postrzegamy w określony sposób nie są inni niż nam się wydaje.

"Klub winowajców" to jeden z tych kultowych filmów z lat 80. który każdy z nas widzieć powinien. To film dla każdego bez względu na wiek, poglądy, charakter.


Mała Miss/ Little Miss Sunshine (2006)


Kolejny z filmów "must see". 
"Mała miss" to film o rodzinie. Niezwykłej rodzinie, trochę dysfunkcyjnej, trochę dziwnej, ale kochającej się, a to właśnie ta miłość trzyma ich razem. Głowa rodziny to doradca życiowy Richard (Greg Kinnear), który uważa, że nigdy nie wolno się poddać i należy dążyć do perfekcji. Jego żona (Toni Collette) właśnie odbiera ze szpitala brata (Steve Carell), który niedawno próbował się zabić. Od tej pory będzie mieszkał w pokoju z siostrzeńcem (Paul Dano), który złożył śluby milczenia i nie złamie ich dopóki nie zostanie pilotem. Najmłodsza Olive (Abigail Breslin) to grubiutka, urocza dziewczynka w olbrzymich okularach, której największym marzeniem jest udział w konkursie piękności i oczywiście wygrana. Mała trenuje pod bacznym okiem dziadka (Alan Arkin), którego wyrzucono z domu spokojnej starości za narkotyki. Pewnego dnia cała rodzina rusza w pełną przygód i zwrotów podróż, której zwieńczeniem ma być konkurs Little Miss Sunshine. 

"Mała Miss" to jeden z tych filmów podczas oglądania których uśmiech niemal nieodłącznie gości nam na twarzy. To przezabawna komedia o rodzinnie, która jednoczy się w dążeniu do celu. Mimo iż temat wydaje się banalny, w "Małej Miss" nie ma nic z banalność. W swojej komediowej otoczce porusza przecież problematykę oswajania się z tym kim się jest. Mała Olive nie należy do piękności, boryka się z wyglądem, staje do konkursu u boku wypacykowanych, wymalowanych, wyćwiczonych lalek posyłanych na konkursy przez niewyżyte matki. Film porusza kwestię akceptacji, tolerancji i normalności w świecie, który jej nie potrzebuje. Każdy w tej rodzinie potrzebuje zrozumienia. Twórcy właśnie to próbują od nas pozyskać. 
"Mała Miss" to świetne aktorstwo, scenariusz, zdjęcia i przede wszystkim muzyka, która jest zwieńczeniem dzieła. 

To film, który wywołuje uśmiech. To przyjemne kino, w którym dowcip jest na pierwszym miejscu, a pod którym skrywa się kilka ważnych kwestii, które kształtują tę rodzinę. Każdy dramat, każdy problem, każde potknięcie przyjmowane jest na klatę, z uśmiechem w taki sposób, że chcemy być częścią tej dziwnej rodziny. W końcu zawsze chodzi o miłość.




Na koniec bardzo chciałabym podziękować Ani G. i zadedykować jej tę notkę, którą tak topornie pisałam i nie mogłam skończyć. Dzięki za to, że gdy pisałam byś mi nie przeszkadzała ty na złość odciągałaś mnie od pracy powodując, że pisałam to 2 razy dłużej.

niedziela, 1 września 2013

Generation Kill

Na to, co teraz dzieje się na Bliskim Wschodzie nie ma jakichkolwiek racjonalnych wytłumaczeń i nie jestem w stanie powiedzieć o co właściwie chodzi. Opowiadanie się po którejś stronie w sprawie Syrii, też przekracza możliwości mojego rozumowania. Broń chemiczna? Srsly? I niby dlaczego Amerykanie mają decydujący głos?

Żyjemy w kraju gdzie największym zagrożeniem jest chyba kryzys i polityka. Nie grożą nam żadne ataki, bo żaden z krajów świata nie bierze nas na poważnie. 
USA to jednak inna sprawa. Oni lubują się w recytowaniu Deklaracji Niepodległości, śpiewaniu hymnów i wieszaniu flagi narodowej przed domem. USA przechodzi kryzys ekonomiczny, inwazję grubych ludzi i karierę Miley Cyrus. Jednak wątpię by coś oprócz tego im realnie zagrażało. Oni jednak myślą inaczej, dlatego jak samoloty uderzyły w World Trade Center wypowiedzieli wojnę terroryzmowi i postanowili rozwalić pół Wschodu w poszukiwaniu kilku skurczysynów mających czelność decydować o losie ludzkim. Chwalebne, ale już krótko po tym zaczęto się zastanawiać czy nie ma to jakiegoś drugiego dna, bo przypadkowo tereny na których toczy się wojna są obfite w ropę. W każdym razie od dawna rząd USA rozsyła swoich ludzi po świeci i pokazuje jaki to jest wielki i potężny. 

Dość przypadkowo, nie zważając na to co dzieje się obecnie w Syrii, trafiłam na serial , który pokazuje to co działo się w 2003 roku w Iraku, kiedy to wojska amerykańskie i brytyjskie wkraczają do tego kraju by pozbyć się Sadama.


Generation Kill to 7-odcinkowy serial produkcji HBO na podstawie książki Evana Wrighta, który towarzyszył elitarnemu i specjalnie przeszkolonemu Pierwszemu Batalionowi Zwiadowczemu Korpusu Piechoty Morskiej, który miał za zadanie wprowadzić amerykańską armię do Iraku. Serial ukazuje 40 dni od momentu stacjonowania batalionu w Kuwejcie, aż po przekroczenie granic Bagdadu. 

Wydawać się może, że HBO stworzyło kolejny, piękny obrazek wspaniałej amerykańskiej armii, która niesie pokój. Cóż, nic bardziej mylnego. Generation Kill już od samego początku obdziera tę całą wojnę ze sztucznego napuszenia i patriotyzmu. Ukazuje współczesny wymiar wojny. Zamiast powiewającej flagi i śpiewania hymnu, mamy paczki Skittlesów, Pizza Hut i śpiewane przez żołnierzy piosenki Avril Lavinge. Koniec z pokazywaniem tej wojny jako czegoś, co ma uchronić amerykański naród przed atakami ze Wschodu. Serial trochę tę wojnę wyśmiewa i pokazuje jak bardzo te 'ideały' głoszone przez władze żołnierze mają gdzieś. Dowodem jest scena w której otrzymują oni listy od dzieci dziękujących za poświęcenie. Serial też pokazuje nieudolność władz, zamiatanie wszystkiego pod dywan, braki w wyposażeniu. Jest to też przekrój żołnierzy, w którym nie zabrakło wszędzie widzącego zagrożenie kapitana, kaprala, który przyjechał tu tylko po to by postrzelać, innego, który chce sprzedać film dla Foxa. 

Oglądając ten serial od razu nasuwa mi się wypowiedz Jacka Braciaka na temat filmu, z tym, że to co tu jest pokazane nie jest genialnym zabiegiem, a prawdą, którą trzeba poznać.

Dodając do tego spory budżet, markę HBO, świetną obsadę, kapitalne dialogi i fakt, że jest tylko 7 godzinnych odcinków, to wychodzi nam rewelacyjny serial, który mogę polecić każdemu.


Drogie panie, myślicie, że to nie dla was? Cóż dodam od siebie, że jest na kim oko zawiesić, więc każdy znajdzie coś dla siebie :)

czwartek, 29 sierpnia 2013

Od przeciętniaka do celebryty

(ten "artykuł" czy "felieton"- jak zwał tak zwał, pisałam do naszej gazetki na zajęcia z Mistrzem Ortografii, nie wiem czy mu się spodobał, bo w zasadzie to nic nie mówił, albo ja go nie słuchałam, ale jak ktoś chce to mam wersję papierową, bo jednak został "opublikowany")

Nie tak dawno pojęcie celebryty było nam nieznane. Jeżeli ktoś grał w filmie, teatrze czy serialu był aktorem. Jeżeli ktoś pojawiał się na przyjęciach musiał być kimś ważnym, powszechnie szanowanym. Wiedzieliśmy, że z takiej osoby można brać przykład, że taka osoba ciężko pracowała na swój wizerunek. Mieliśmy artystów, aktorów, piosenkarzy z prawdziwego zdarzenia. Utalentowani i szanowani mogli reprezentować nasz kraj na światowej arenie. Mogliśmy być dumni. Niestety ja tego nie pamiętam. Byłam za mała, a teraz się wszystko pochrzaniło.



Żyjemy w bardzo dziwnych czasach.  Z jednej strony mamy ekspansję artystów, wszechstronnie utalentowanych geniuszy, z drugiej strony poziom kultury staje się coraz bardziej nijaki. Gdzie tkwi przyczyna?

Żyjemy w czasach gdy wmawiany jest nam slogan: "Nic nie stoi na przeszkodzie by osiągnąć sukces". Każdy może go osiągnąć. Tak... każdy przeciętny Kowalski. A jeszcze kilka lat temu elitę stanowili ludzie pokroju Picassa, Hemingwaya, Miłosza. Ludzie, którzy zmieniali sposób myślenia o świecie, którzy tworzyli ten świat, kreowali poglądy, byli autorytetami.

Dzisiaj jest inaczej. W świecie gdzie nasze spojrzenie na świat kreują wszechobecne media’ takie postacie by się zwyczajnie nie odnalazły. By osiągnąć sukces w dzisiejszym świecie nie potrzebujemy wiele. Prawda jest taka, że wystarczy znaleźć sobie dobrego agenta. Możemy również związać się z kimś sławnym, a później nieśmiało stwierdzić w jakimś wywiadzie, że zawsze chciało się występować na scenie. Płyta gwarantowana. Jeżeli jednak nie mamy dość pieniędzy by ktoś za nas wykreował nasz wizerunek możemy wystąpić w jakimś talent show, których mamy pod dostatkiem. Nie ważne czy śpiewasz, tańczysz, masz aktorski talent- telewizja da ci to, czego potrzebujesz. Pamiętaj jednak o żelaznej zasadzie: liczy się to, jak duży szum wokół siebie zrobisz. Obojętne co o tobie mówią- najważniejsze by mówili. Tak, więc jeżeli masz jakąś smutną historię z przeszłości, w szkole cię dręczono, byłeś brzydkim kaczątkiem, a cały świat rzucał ci kłody pod nogi, ale mimo wszystko robienie szumu wokół siebie ci nie przeszkadza- już możesz się ustawiać na starcie w biegu o koronę. 


W schematy te wpisują się nasi kochani, wszędobylscy celebryci. Gwiazdki, które wzięły się znikąd, pokazują się na salonach, ale tak właściwie nie wiemy skąd są i czym się zajmują. Są znane z tego, że są  znane. Ich wątpliwy talent schodzi na drugi plan. W większości są piękni, mają cięty język, lubią się pokazywać i nie maja nic przeciwko robieniu zdjęć, nawet w najbardziej intymnych sytuacjach. Promują kiełbasy, frytki, szampony do włosów. Każdy chce się pokazać. Każdy uważa się za gwiazdę. Każdy spełnia marzenie. Żaden nie ma nic do zaoferowania, ale mimo wszystko stanowią pewnego rodzaju współczesne autorytety. Wzór dla tych którzy marzą o sławie. Wiedzą, że nie trwa ona wiecznie, ale zawsze można się przekwalifikować.

I tak w naszym świecie roi się od ludzi renesansu. Utalentowanych śpiewających aktorów, pląsających po parkiecie, którzy wykorzystując swój talent pisarski wydają książki o diecie cud. Jak się do tego wszystkiego ustosunkować? Jak coś osiągnąć? Jak zostać zapamiętanym w dzisiejszych czasach?

Nie pozostaje nam nic innego jak wziąć udział w Mam Talent, zostać modelką, napisać książkę i wkroczyć na czerwony dywan niczym gwiazda filmowa. Takie są realia- takie jest życie. Powodzenia.


A na koniec utwór, który chyba najlepiej wpasuje się w ten post:


Queen+ Paul Rodgers 'C-lebrity'


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Filmowo

Ostatnio oglądam mało filmów. Skupiłam się na serialach. Pochłaniają wiele czasu, ale muszę przyznać, że Dexter słusznie plasowany jest na wysokich miejscach serialowego rankingu. Ale wracając do filmów:

Dwunastu gniewnych ludzi (1957)


Już nieraz przekonałam się, że rekomendacje filmowe mojej mamy trafiają w moje gusta. Nieczęsto oglądam stare filmy. Nie dlatego, że ich nie lubię, ale bardzo trudno jest je dostać. Dwunastu gniewnych ludzi już raz oglądałam, jednak widziałam wersję nową i niewiele z niej pamiętałam, więc pewnie nie była tak dobra. Natomiast o wersji z 1957 słyszałam same dobre opinie. 
Powstało wiele filmów o sądownictwie, o trudnych sprawach, ale zazwyczaj były one pokazane z perspektywy sędziów czy adwokatów (jak chociażby genialny Czas zabijania -gorąco polecam). Jednak niezwykle rzadko możemy wejść do sali obrad ławy przysięgłych. Podpatrzeć jak dwanaście, wypełniających obywatelski obowiązek osób, decyduje o losie innego człowieka.

Jest duszny dzień, na krześle siedzi wystraszony młody człowiek. Jest oskarżony o morderstwo. Już wygłoszono mowy końcowe. Teraz należy wydać wyrok. W pokoju obrad dwanaście osób postanawia zagłosować. Chce jak najszybciej wrócić do domu. Podnoszą ręce. Jedenaście głosów- winny, jeden- niewinny. Jak to? Przecież dowody wskazują, na niego. To oczywiste, że chłopak zabił! 
A może jednak nie?
Prawo mówi jasno: wyrok musi być jednomyślny. I tu rozpętuje się zażarta dyskusja, która ma na celu przekonanie tego jednego, że nie warto się spierać, jednak on uważa, że warto się nad tym zastanowić.

Możecie się zastanawiać co w tym takiego ciekawego, jednak muszę przyznać, że dawno nie oglądałam filmu, który tak zaprzątnąłby moim umysłem. Przez 90 min siedziałam spięta, nie chciałam odrywać się ani na minutę, byłam pod takim wrażeniem, że nie przeszkadzało mi, że akcja dzieje się w jednym miejscu, że nie ma zaskakujących zwrotów, że wszystko zamyka się w kręgu tych dwunastu osób. 
Film jest klasykiem ukazującym kunszt aktorski (w jednej z ról kapitalny Henry Fonda), wielkość starego kina, to "coś" czego tak bardzo potrzeba współczesnej kinematografii a czego nie potrafię określić. Jak dla mnie "rewelacja"


What Maisie Knew (2012)


Widziałam już tyle filmów o nieudanych związkach, walkach o dziecko, że trudno jest obejrzeć coś nowego, oryginalnego. Dziś jednak mi się udało, trafiłam na film bardzo w moim guście, chociaż filmweb dawał mu tylko 63%.

Opowiada on o siedmioletniej Maisie, która znajduje się w samym środku bitwy o prawa rodzicielskie pomiędzy jej mamą, starzejącą się gwiazdą rocka (Julianne Moore), a jej ojcem, sławnym handlarzem dziełami sztuki (Steve Coogan). Oboje są tak bardzo skupieni na własnych karierach, że dobro dziewczynki spada na drugi plan. W ramach zemsty związują się z ludźmi, którzy dostrzegają w Maisie to czego oni sami nie widzą.

Gdyby ktoś organizował konkurs na najbardziej egoistycznych rodziców w filmie, to ja zgłosiłabym rodziców Maisie. Przez cały film zastanawiasz się czym ta mała, urocza dziewczyna zasłużyła sobie na tak skrajnie nieodpowiedzialnych opiekunów. Oczywiście oboje ją kochają, to widać, ale żadne nie chce tak do końca podjąć odpowiedzialności. Film jest opowieścią o Maisie. To ona jest najważniejsza i to jej uczucia i jej świat starano się nam ukazać. Małą Onate Aprile można pokochać od razu. Mimo swych kilku lat zagrała tak przekonująco i tak urokliwie, że najchętniej sami zajęlibyśmy się małą Maisie. Na szczęście w jej życiu pojawia się dwoje ludzi, którzy też to dostrzegają. Alexander Skarsgård i Joanna Vanderham idealnie wpasowali się w swoje role. Byli ludzcy, uroczy, ujmujący, nawiązali z małą wspaniały kontakt co czuło się od początku. 
What Maisie Knew to poruszając opowieść, piękna ale smutna. Jednak poprawiła mi humor, wiem, ze to dziwne w przypadku dramatu, jednak jest to film tak przyjemnie operujący naszymi emocjami, że z czystym sumieniem mogę go wam polecić. 

wtorek, 6 sierpnia 2013

Pytanie na które szukam odpowiedzi.

Zawieranie znajomości to jedno z podstawowych, jak nie najważniejszych umiejętności, którą każdy z nas powinien nabyć, by normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jednak aby dobrze się do tego zabrać, najpierw powinniśmy nauczyć się sztuki konwersacji. Niby nic w tym trudnego, jednak nawiązanie rozmowy oraz jej utrzymanie to sztuka, której nie wszyscy umiemy podołać. 

Nie będę tu wymieniała żadnych błędów, ani podawała jakiegoś instruktarzu. W zasadzie chcę się skupić na samym początku klasycznej rozmowy. Na tym co wydaje mi się niezwykle śmieszne i z czym nie umiem sobie zazwyczaj poradzić.

Gdy spotykam kogoś, nie ważne czy się z nim widziałam wczoraj czy kilka miesięcy temu, Zazwyczaj zaraz po przywitaniu (nie mając ani chwili oddechu) zapada ten, jakże dla mnie niezręczny, moment, kiedy to mój rozmówca pyta "Jak tam?". Jest to pytanie przeze mnie znienawidzone. Dlaczego?

Bo jest bez sensu.

Wydaje mi się, że to niczego z sobą nie niesie. W 80% przypadków nie skłoni nas do dłuższej rozmowy, bo zazwyczaj nie obchodzi nas co u tej drugiej osoby słychać bo wiemy, że nie usłyszymy prawdy. To co nas najbardziej interesuje wynika zazwyczaj z dłuższej pogawędki, albo ta druga osoba zwyczajnie nie chce się tym z nami dzielić. Więc czy nie można choć trochę tego ułatwić i zapytać o coś więcej? 
Dokładając kilka wyrazów typu "Jak tam wakacje?" albo "Jak tam studia?" sprawiamy że konwersacja nie jest już tak sztuczna i wymuszona. 
Zresztą nasza mechaniczna odpowiedź "dobrze" też jest bez sensu.

Nie lubię takich rozmów, bo wprowadzają u mnie dysonans. Czuję się po nich niezręcznie zdając sobie sprawę, że w zasadzie ludzie są dla mnie po prostu uprzejmi. Nie wiem dlaczego mam akurat tak z tym krótkim i niewinnym pytaniem, ale jego niewinność uświadamia mi jak bardzo skupieni jesteśmy na sobie, a nie na innych.


Nie chcę by wyszło, że się czegoś czepiam. W zasadzie chodzi mi o niedorzeczność tego zwrotu. Polskie "Jak tam?" mimo wszystko różni się od angielskiego "How are you?" ,na które też w idiotyczny sposób, nawet gdy tak nie jest, musimy odpowiedzieć "Fine". Od naszego polskiego zwrotu wymagało się czegoś więcej, albo się wymaga, a zostało zbanalizowane, tak jak nasze relacje. Często ograniczone do internetu czy telefonów, wzbogacone o nieczęste spotkania face to face, uległy zbanalizowaniu. Przykre ale prawdziwe.



A najgorsze jest to, że każdy kto to przeczyta, pewnie będzie właśnie tak rozpoczynał każdą rozmowę ze mną... Przygotujcie się, że nie dostaniecie niczego poza standardowym "dobrze". Znieczuliłam się na społeczeństwo i nie łamię konwenansów.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Keep Calm And Geek On

Kiedyś, gdy oglądałam The Big Bang Theory, był to dla mnie po prostu serial o dziwakach żyjący w jeszcze dziwniejszym świecie gier komputerowych, nauki i komiksów. Połowy aluzji nie rozumiałam, a tym samym nie potrafiłam docenić samego serialu. Jakiś miesiąc temu, oglądając jeden z odcinków, doznałam szoku odkrywając, że od pewnego czasu posługuje się tym samym językiem i niemal każdy żart i nawiązanie potrafię w mig wychwycić. Stało się, zostałam geekiem. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę.



Już od powiedzmy... roku zauważyłam postępującą u mnie chorobę, objawiającą się niepohamowaną potrzeba zgłębiania tajników szeroko rozumianej popkultury. Tak wiec sukcesywnie wgłębiałam się w temat, by w końcu dojść do wniosku, że mam z nią więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. 

Moje geekowstwo ma wiele objawów, do których nie będę się tu przyznawać, ale sam fakt, że jednym z moich podróżniczych celów jest Comic-Con (w którejkolwiek części świata) chyba mówi sam przez się, a fakt, że niemal każdy panel by mi odpowiadał, skłania mnie do wytoczenia stwierdzenia, że jest ze mną coś nie tak. 
I się do tego głośno przyznaję! Wezwijcie pogotowie!

Jednak do pewnego momentu uważałam, że do osoby pokroju Sheldona mi jeszcze daleko. Wszystko się zmieniło w pewien majowy wieczór. Kiedy data premiery filmu W ciemność. Star Trek zbliżała się wielkimi krokami, a wiedziałam, że muszę zobaczyć Benedicta Cumberbatcha w roli prawdziwego czarnego charakteru, zrozumiałam (w czym pomogła mi Ania), że bez zagłębienia się w Universum Star Treka nie da rady. 

I teraz pragnę zaznaczyć, że jest to produkcja, która w moim odczuciu sięgnęła szczytów nerdowstwa, a której nigdy nie miałam zamiaru oglądać.

W każdym razie... wiedząc, że na obejrzenie wszystkich filmów i seriali nie starczy nam życia, a również nie chcąc tego robić (bo patrz wyżej: nie chciałyśmy popadać w Sheldonizm) postanowiłyśmy ograniczyć się tylko do nowego filmu z 2009 roku.



Cóż mogę napisać... I'm Spocked. Nie jest to kino najwyższych lotów, jednak co mnie najbardziej zaskoczyło, to to, że twórcom udało się stworzyć film na miarę XXI wieku. W zgrabny i ciekawy sposób przedstawili historię tak, by kompletny laik (jak ja) mógł wszystko przetrawić i połapać się kto, jak i dlaczego. Od samego początku akcja nabiera tępa, które jest sukcesywnie podtrzymywane. Każdemu z bohaterów dano się wykazać by widz nie skupiał uwagi tylko na Kirku czy Spocku. Humor, bardzo dobre efekty specjalne i nieprzytłaczająca fabuła sprawiają, ze całość jest po prostu idealna rozrywką po ciężkim dniu. Nie wymaga zaangażowania. Przypomina nieco te wszystkie produkcje o superbohaterach (więc jeżeli się wam podobają to ten film tez powinien) jednak nie traci na swej specyficznej oryginalności co uważam za plus.Nie niesie ze sobą sztucznego, tak lubianego w Ameryce dennego przesłania. Kończy się tak, że wiesz, że to nie koniec, a co więcej, jeżeli lubisz takie kino, z niecierpliwością czekasz na więcej. 

W cieność. Star Trek. (2013)



Druga część jest czymś co mogę nazwać, według moich standardów, dobrym kinem. Według mnie to przykład na to, jak sequel pobija swojego poprzednika. W ciemność dostarcza jeszcze większych wrażeń. Poprzeczka idzie do góry. Wszystko to co było plusem pierwszej części zostaje poprawione. Akcja- wartka i wciągająca, dialogi- zabawne i błyskotliwe, efekty specjalne- zapierające dech w piersi i 3D (którego osobiście nie znoszę)- mające swoje pełne usprawiedliwienie. Wisienką na torcie jest jednak obsada, która nie zmieniona, aktorsko jest jakby lepsza, lepiej odnajduje się w swoich rolach chyba całkowicie rozumiejąc o co chodzi. Relacja jaką tworzą Pine i Quinto jest niesamowita (chociaż scena ze szybą to lekka przesada:))
Nie oszukujmy się jednak, na  ten film poszłam z jednego powodu. Benedict Cumberbatch jest stworzony do grania dupków. Swoim powalającym głosem, z tym wspaniałym akcentem i przeszywającymi oczami mógłby być panem tego świata. Wiedząc, że pewnie nie skończy najlepiej stając an przeciw Kirka i Spocka Cumberbatch wykorzystuje każdą sekundę na ekranie. To już chyba domena Brytyjczyków, którzy przejęli (i chwała Bogu) ciemną stronę mocy i są masowo obsadzani w rolach czarnych charakterów. Zresztą nie tylko nich, zaważywszy na nowego Supermana i Spider-Mana. Czyżby Amerykanie nie dawali rady?... 

No cóż, podsumowując, w momencie wkroczenia w to odległe jeszcze niedawno universum, zrozumiałam, że chyba postawiłam kropkę nad i w moim nerdowstwie.
Może to i obciach, ale jakoś mi z tym dobrze, mając pełną świadomość, że mam podobnych ludzi koło siebie, utwierdziłam się w przekonaniu, że bycie geekiem to nic wstydliwego.



Z dedykacją dla Ani- mojego geekowego wspólnika, która od miesiąca ponaglała mnie bym publicznie przyznała się, że widziałam Star Treka.
  

poniedziałek, 15 lipca 2013

Studiaaaaaaaaaaa

Nie wiem czy to dlatego, że ostatnio pisanie było dla mnie nieprzyjemnym obowiązkiem, ze względu na licencjat, czy moje lenistwo dało za wygraną, ale kompletnie straciłam zapał dla tego bloga. Pisanie tylko o filmach wydaje mi się trochę bezcelowe, bo po pierwsze- możecie sobie o nich poczytać na filmwebie, a po drugie w moim zamierzeniu nie miał być to blog filmowy. Dlatego też opisywanie każdego filmu jaki zobaczyłam odkładałam, aż zrozumiałam, że nikomu się tego już nie chce czytać.

Dziś poczułam jednak, że wypada, głównie dla samej siebie, zamieścić coś, by mieć choć trochę mniejsze wyrzuty sumienia i całkowicie nie odwyknąć od pisania. Wątpię czy na studiach będę miała ku temu wiele okazji, bo jak będzie to wyglądało tak jak do tej pory to nie napiszę nic.

No właśnie, studia. Przez 3 lata studiowania polonistyki  napisałam (oprócz licencjatu rzecz jasna) kilka pseudo felietonów, których pewnie i tak nikt nie przeczytał i jedną pracę zaliczeniową która na 100% nie została przeczytana. Zabawne, ale chyba na każdym innym kierunku pisze się więcej niż u nas. Przez te 3 lata student polonistyki może całkowicie zapomnieć jak tworzy się prosty teks i tylko dzięki pracom dyplomowym nadal potrafi otworzyć Worda. 

Na studiach nauczyłam się kilku rzeczy. Przede wszystkim wiem, że w ciągu tygodnia jestem w stanie ogarnąć, w sposób zadowalający, kilkadziesiąt lektur i ich opracowań. Wiem, że przed egzaminem z literatury na 100% zostanę zapytana z jedynej lektury, której a) nie zdążyłam przeczytać b) nie było opracowania (a przez nie rozumiemy te nakazane z góry, stworzone przez teoretyków literatury, które mają większe znaczenie niż sama lektura) c) nie było żadnego egzemplarza w bibliotece i d) nie ma tej pozycji nigdzie. Wiem, że gramatyka jest jedną z moich najmocniejszych stron (bez względu na język) i wiem, że historyczna to najgorszy przedmiot jaki można było wymyślić. 
Przez 2,5 roku nie będziesz się uczył poprawnych form wyrazów, co jak się odmienia, ale każą ci chodzić na zajęcia z podstaw komunikacji społecznej których najważniejszym punktem będzie to, czy koszulki treserów z Trebor-tim  (jak również flagi Niemiec) są pomarańczowe, złote czy żółte. Może wydasz z grupą "gazetę" z własnymi artykułami, ale najważniejszą rzeczą jaką wyniesiesz z zajęć to fakt, że miałaś do czynienia z Miszczem Ortogrfii (;)). Bez względu na to jak bardzo się starasz i dużo czasu poświęcasz jakiemuś zadaniowi i tak znajdzie się ktoś, kto robiąc to na "odwal się" i niesamodzielnie dostanie wyższy stopień niż ty. Nie ma co liczyć na administrację, bo na każdej uczelni leży ona i kwiczy mając w dupie studentów i ich prawa. Studiując musisz być przygotowanym na wszystko, na każdy dziwny pomysł uczelni i musisz nauczyć się go ignorować bo inaczej po miesiącu ześwirujesz. Nie warto przywiązywać się za wcześnie do ludzi, ani ich od razu skreślać. Wszystkie kontakty rodzą się powoli. Może nie spotkałam tu przyjaciela od serca, ale poznałem osoby z którymi studiowanie było o wiele prostsze. Wiem, że mam coś do powiedzenia, że mam własne poglądy. Już nie obchodzi mnie to co myślą inni o mnie. Znam siebie lepiej niż kiedykolwiek. Mój zasób zainteresowań rośnie. 
Czy 3 lata temu napisałabym pracę o superbohaterach nie będąc do końca pewną, że jestem z niej w stanie wyciągnąć coś wartościowego? Nie sądzę. Pewnie wybrałabym jakiś łatwy, niewymagający i bezpieczny temat, zamiast czegoś co mnie na prawdę interesuje. Zmieniłam się. Bardzo się zmieniłam.

Wiem, że wybrałam specjalizację w 100% słusznie i nie żałuję wyboru.  Czy teraz ponownie bym go dokonała?  Myślę, że tak. Czy czegoś mnie nauczono? Jasne. Jednak większości rzeczy nauczyłam się sama. Powolutku dochodząc do tego kim jestem, wiem, że ostatnie 3 lata przewartościowały całkowicie mój światopogląd. Idąc do liceum byłam nikim, powoli kształtowałam swój pogląd na świat i moje w nim miejsce. Będąc teraz tu gdzie jestem, może nie wiem czego chcę, może mam zbyt wiele marzeń, zbyt wiele pomysłów, ale z pewnością wiem, że nie chcę być tym kim byłam. Wiem, że dobrze jest jak jest.

Kończę pewien rozdział.
Dziękuję.
Kropka.

sobota, 22 czerwca 2013

To ptak, to samolot, nie to... superbohater.

Bez spoilerów- jak zwykle :P



Dwa. Tyle filmów o superbohaterach mogliśmy obejrzeć w tym roku, a ma być jeszcze kilka. Powstaje ich tyle, że stało się to tematem mojego licencjatu. I teraz jetem w kropce, bo opisując te filmy, mogę popłynąć i równie dobrze wkleić mój licencjat, a jeżeli padnie na mnie i to ja zostanę sprawdzona anty-plagiatem, będę się musiała niepotrzebnie tłumaczyć. 

Iron Man 3




Kto nie widział raczej nie będzie miał okazji już obejrzeć tego w kinie. Z "recenzją" zbierałam się tak długo, ze mój blog obrosły wirtualne pajęczyny. Jak już pisałam tutaj, nie byłam fanką Iron Mana jednak każdy film mnie coraz bardziej do niego przekonywał. Najnowsza część. 

Cóż po rewelacyjnej jedynce, dobrej dwójce i świetnych Avengersach twórcy mieli pewnie nie lada kłopot by stworzyć coś świeżego, a zarazem na tyle dobrego by jeszcze bardziej by nie zawieść fanów. 

Już zwiastun i plakaty promocyjne pokazywały, że może być ciekawie. Stado Iron Manów, Iron Man/Capitan America, walący się dom Starka, Tony mający koszmary? Tylko czy nie jest tak, ze wybrano najlepsze urywki filmu, jak to się zazwyczaj robi? Nie, oczywiście, że nie. Iron Man 3, jak się okazało, to świetne widowiskowe kino na miarę tego bohatera. To wspaniała rozrywka, genialny Robert Downey Jr, chyba lepsza niż dotychczas Gwyneth Paltrow, wiele zaskakujących zwrotów akcji, spektakularne wybuchy, świetne efekty i dalej świeże pomysły. Iron Mana 3 postawiłabym między 1 i 2.  Jest to film, który po prostu nie spada poniżej pewnego poziomu, który kila lat temu grubymi liniami został zaznaczony. Oczywiście, wszystko to zasługa Roberta, gdyby nie on- Iron Man (w cale nie najukochańszy bohater Ameryki) pewnie nie osiągnąłby tak spektakularnego sukcesu. Jedak co najważniejsze przy takich produkcjach, po 4 filmach z jego udziałem nadal oczekujesz więcej. Dobra zabawa zwycięża i nie przyjmujesz do wiadomości, że w Avengers 2 może zabraknąć tej postaci. Nie zabija się kury znoszącej złote jajka, nie wypuszcza się Roberta z rąk.

Podsumowując, jak większość pewnie wie, ostatnio interesowałam się tylko Batmanem. Pewnie myślicie, że to go lubię najbardziej... no tak, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, tak. Ale to Iron Man jest bohaterem, który najbardziej potrafi zamieszać w głowie. Jest tak genialny, nowoczesny jak tylko da się to wyrazić. To taki zarozumiały odpowiednik Batmana, bardziej kolorowy, pewny siebie. Jednak jak musicie wiedzieć to zasługa Roberta. I gdyby nie to, gdyby ten komiksowy był tak samo uwielbiany to pewnie jemu poświęciłabym moją pracę. Jednak realia są inne. 
Niemniej uwielbiam każdy film z tej serii. Z niecierpliwością czekam na Avengersów 2 (teraz odliczam dni do Thora 2, ale wolę nie mówić dlaczego, bo to trochę żenujące). Marvel zrobił coś genialnego. Wystrzelił w odpowiednim czasie, zrobił to co DC powinno zrobić dawno z Ligą Sprawiedliwych. Wykorzystali czas, zapotrzebowanie i nastroje.Wstrzelili się na wyżyny jeśli chodzi o filmy. DC może się szczycić sukcesem komiksowym jednak na nich samych, w dzisiejszych czasach kariery nie zrobią. Marvel wie to doskonale, dlatego to on tworzy Bohaterski Olimp. (bo sam Batman nie im nie sprosta)


No chyba że....

Człowiek ze Stali



Bo wszystko się od Niego zaczęło. To On jest największym wśród największych i mimo, że jego popularność od 1938 wyglądała jak jedna wielka sinusoida, nie można nie powiedzieć, że królem wśród superbohaterów jest Superman.
Osobiście nie znam osoby, która zapytana o ulubioną postać z komiksów bez wahania wymieni właśnie jego. Niestety, ale prawda jest taka, że większości z nas kojarzy sie z kiczem, dziwną fryzurą, najgorszym kamuflażem i majtkami na wierzchu, oraz z tą idiotyczną czerwoną peleryną. Superman jest archetypem superbohatera. Tak nierealnym jak to tylko możliwe. Każdy film z jego udziałem był dość komiczny (na przykład ostatni film w którym ten idiotyczny loczek nie dawał mi spokoju). Superman jest jednak ikoną popkultury.W pamięci większości pewnie utkwił film z Christopherem Reeve i tak na prawdę nikt nie zastąpił go godnie. Do czasu...




Po pierwsze twórcy byli niezwykle odważni angażując się w ten projekt, po dość nieudanych poprzednich próbach. Po drugie, jak zrobić coś co byłoby na tyle dobre by mogło stawać we szranki z Batmanem Nolana lub Awengersami? I jak zaciekawić widza na tyle by pomyślał: "Nie, w sumie ten Superman to nieźle wymiata"?

Posłużono się całkiem prostym schematem. Stworzono nowoczesną historię, opowiedzianą na nowo. Wytłumaczono wszystko po kolei, tak, że nawet osoba, która nie miała z nim do czynienia, zrozumie o  co chodzi. Zrezygnowano z idiotycznych majtek (których oglądając plakat trochę mi brakowało, ale podczas seansu nie miało to już znaczenia). Wszystko miało jakiś sens. Nawet "S" na piersi bohatera. Dobrano świetnych aktorów, począwszy od rodziców i z jednej i z drugiej planety (Gladiator i Robin Hood to świetne autorytety :D), poprzez uroczą Amy Adams jako Lois Lane (Tori Hatcher niech się lepiej już nie pokazuje) i czarnym charakterze Michaelu Shannonie (który nie jest Brytyjczykiem), a skończywszy na tym najważniejszym. Henry Cavill (który jest Brytyjczykiem), mam nadzieję, na zawsze skończył z śmiesznym facecikiem w trykocie. Jego Supermana to mężczyzna z krwi i kości, którego wygląd ani przez chwilę mnie nie śmieszył. Potrafił wczuć się w postać an tyle, że mnie przekonał. 

Największym jednak atutem filmu jest jego wizualny aspekt. Niezwykłe widowisko. Prawdziwe bohaterskie. Wprawdzie widać tu pewne schematy. Sceny z Krytptonu przypominają Star Treka. Sceny walki niczym te z filmów Marvela, a rozmowy z ojcem jak te Alfreda i Bruce'a. Ale to wszystko, mimo, że już gdzieś widziane, w przypadku Supermana jest świeże i ciekawe. Wciąga i daje dobre rokowania na przyszłość. 

Oczywiście jest parę momentów, które nie zachwycają. Film momentami się dłuży, ale i na to znalazłam usprawiedliwienie ;) Jest to początek historii, taki prolog do reszty. Z pewnością kolejne przyciągną do kin tłumy. Szczerze w to wierzę. Kibicuję tej produkcji. Zaczynam lubić Supermana i nie dlatego, ze wreszcie to niezłe ciacho, ale dlatego, że wreszcie wydobyto z tego bohatera to co najlepsze. 

Każdemu, z szczerze polecam "Człowieka ze stali". Skończmy ze stereotypami, warto :)

środa, 29 maja 2013

Opowiem wam bajkę....

Dawno temu, w odległej krainie żył sobie pewien mężczyzna. Niektórzy mówili, że to książę, inni że przemytnik, a jeszcze inni sądzili, że to morderca. Byli też tacy, który byli przekonani, że mężczyzna ów w ogóle nie istnieje. Jedno jest pewne, nikt tak na prawdę go nie znał. Z pewnością nikt nie znał go tak dobrze jak Nick Carraway jego najbliższy sąsiad, prawdziwy przyjaciel. 
Mężczyzna ten miał niemal wszystko, spełnił  niemal każde ze swych marzeń, poza jednym. Marzył o kobiecie, nieosiągalnej, a zarazem będącej tak blisko. Podporządkował jej całe życie, stał się kimś, uwielbianym mieszkańcem West End, gospodarzem największych i najlepszych przyjęć, bogaczem, legendą. 
Stał się Wielkim Gatsbym.





Brzmi jak bajka? Oglądając "Wielkiego Gatsbiego" właśnie takie wrażenie możemy odnieść. Film nakręcony z dużym rozmachem, z efekciarskimi efektami, kolorowymi kostiumami i równie mocną charakteryzacją, wydaje się trochę kiczowaty. Rozumiejąc jednak historię opisaną przez Fitzgeralda, już po kilku chwilach zaczynamy łapać konwencję i rozumiemy dlaczego reżyser widział to tak, a nie inaczej. Wielki Gatsby to bajka o księciu, to romans, komedia, dramat, kryminał w jednym. To krótka, ale bogata historia o latach 20., kiedy to ludzie bawili się w najlepsze, żyli pełnią życia, chłonęli świat i czerpali z niego pełnymi garściami. Po wyjściu z kina, jestem tego pewna, czujemy ten przepych. Mówimy, że wszystkiego było dużo, że działo się to tak szybko. Ale taki był też sam Gatsby, o to mu chodziło. Chciał być zapamiętany.

Być może, chociaż mam inne zdanie, film był pusty i przereklamowany. Może ta kiczowatość i pełnia to za dużo. Uważam jednak, że to, że każdy wytwór komputera było widać jak na dłoni to bardzo dobre posunięcie. Dodawało to filmowi uroku.

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie dobór muzyki. Soundtrack to to kapitalny zbiór tak różnorodnych utworów, tak oddający klimat filmu, tak zaskakujących, że zdradzając tu więcej szczegółów musiałabym użyć słowa "spoiler". Powiem tylko, że pomijając piosenki, że sam dźwięk i muzykę przyznałabym jakąś nagrodę.

Jeżeli natomiast chodzi o obsadę, to oczywiście czytając książkę miałam swoje wyobrażenia i oczekiwania. Tobey Maguire w roli Nicka nie pasował mi kompletnie. Tobey to na zawsze ten ... Spider-Man za którym nie przepadam, a Nick (szczególnie po tym jak słuchałam ksiażki czytanej przez Marcina Dorocińskiego) to mężczyzna, który stanowił jego przeciwieństwo. Tobye spisał się bardzo dobrze, jednak zawsze czegoś mi będzie brakowało. Podobnie jak Carey Mulligan (Daisy), Elizabeth Debicki (Jordan) i Joel Edgerton (Tomy). Jednak, co podkreślam grubą, złotą linią, brawa należą się Leonardo DiCaprio, który jako Gatsby był tak doskonały, że oddał każdy detal opisanej w książce postaci. Trzeba jednak podkreślić jedno: wszyscy aktorzy grają sztucznie, groteskowo, jednak, jeżeli odbieram film właściwie, tak miało być. Wiemy dobrze, że aktorzy ci potrafią grać, więc nagły spadek formy nie wchodzi w grę. Ich gra idealnie pasowała do konwencji bajki i przepychu o których wspomniałam wcześniej i według mnie bardzo dobrze oddali charaktery postaci.

Poza tym "Wielki Gatsby" to znakomita adaptacja/ekranizacja. Książkę skończyłam na 2 godziny przed seansem. Mając wszystko na świeżo, kilkakrotnie opadała mi szczęka, jak twórcy zadbali o szczegóły. Narracja wyjęta z książki, nie pominięto żadnych istotnych (a często też bardzo nieistotnych) szczegółów. Gdyby "Wielki Gatsby" był lekturą, spokojnie można go potraktować jako streszczenie. 

Film jest inny, jest przerysowany, zaskakujący (w kwestii techniczno-stylizacyjnej), ale warto podkreślić, że to nie pierwszy Gatsby (a ten z Retfordem był ponoć b.dobry) więc reżyser zrobił dobrze, robiąc to po swojemu. Mnie to odpowiada.

Kto nie był w kinie niech przeczyta książkę. Bez niej odbierzecie to jako pustą, nieciekawą historię. Jak przeczytacie (albo wysłuchacie z głosem Marcina Dorocińskiego) zrozumiecie, że każdy z zabiegów, stylizacji reżysera miał nam przybliżyć Gatsbiego. Pozwolić na wejście do tego świata.

Może podobało mi się za bardzo, ale odbierając to całościowo, powiem, że film przypadł mi do gustu. Gdybym nie była tak nim poruszona, nie siedziałabym teraz po nocy i nie pisała. Polecam. I czekam na wasze opinie. Nie krępujcie się, zostawcie komentarz, bo mam wrażenie, że czytają mnie tylko 2 osoby...