Filmowe podsumowanie tygodnia II


Ten tydzień upłynął mi pod znakiem nadrabiania oscarowych zaległości. Niby to tylko dwa filmy, ale czas ich trwania to łącznie ponad 5 godzin filmowej przyjemności.

Django (2012)


Kiedyś nie byłam fanką Tarantino. Uważałam, że to trochę zadufany, przereklamowany reżyser, który wszystko robi na jedno kopyto. Przecież wiadomo, że u niego krew leje się strumieniami, wystrzał z najmniejszego pistoletu odrzuca przeciwnika o kilka metrów i wydziera flaki. Nie można lubić nikogo bo i tak kopnie w kalendarz, a niektóre żarty są... dość ostre.
Po"Bękartach wojny" nabrałam jednak przekonania, że może da się to oglądać. Co jak co ale wg mnie "Bękarty" to rewelacyjny film. Czy po takim sukcesie Tarantino mógł zrobić coś lepszego, albo przynajmniej porównywalnie dobrego?
...
Tak. "Django" daje radę. Już pierwsza scena dowodzi tego, że film jest próbą powrotu do korzeni klasycznego westernu i spojrzeniem na niego z przymrużeniem oka. 

Jamie Foxx, wciela się w tytułową rolę niewolnika- Django, którego akcja rozgrywa się na Południu Stanów Zjednoczonych dwa lata przed Wojną Secesyjną. Na skutek brutalnego traktowania przez byłych właścicieli, pewnego dnia staje twarzą w twarz z pochodzącym z Niemiec łowcą nagród dr Kingiem Schultzem (Christoph Waltz). Schultz jest właśnie na tropie niebezpiecznych braci Brittle i tylko Django może go do nichh zaprowadzić. Nie poddający się konwencjom Schultz wykupuje Django obiecując, że zwróci mu wolność tuż po schwytaniu braci Brittle – żywych lub martwych.

Akcja toczy się wartko, zaskakująco i wciąga niesamowicie. Może i było kilka nudnawych momentów, ale zaraz robiło się wielkie BUM i szczęka mogła nam opaść z dostarczonego nam zwrotu akcji.

Humor, krew i muzyka- tak mogę opisać "Django". Humor czyli ostre żarty na temat białych i czarnych. Scena w której akcja nagle jest zatrzymana, bo Ku Klux Klan ma proble z workami na głowie jest mistrzostwem. Krew to nieodłączny chyba element filmów Tarantino. To nawet nie tyle krew a wnętrzności rozpryskujące się na ścianach. W "Django" ta czerwona papka spływająca po pięknych domach w Missisipi była wręcz zaskakująco dobra. Tak, kilka scen mogło powodować odruch wymiotny, ale to Tarantino.
Muzyka, to jeden z najlepszych elementów filmu. Świetne utwory, humorystyczne, znakomite teksty, wplecione w odpowiednie momenty. Uwielbiam też ich westernowy klimat. Rewelacja!

No i na koniec obsada. Kapitalny Jamie Foxx, rewelacyjny w roli Django (z niemym D:)) i aż dziw, że nie otrzymał symbolicznej nominacji do Oscara. Kapitalny Leonardo DiCaprio, którego raczej ciężko ujrzeć w roli czarnych charakterów, spisał się kapitalnie, a scena w której z autentycznie krwawiącą ręką gra tak jakby była to część charakteryzacji chyba świadczy o tym że ma talent. (sorry, ale wiadomo już to było po roli w Co gryzie Gilberta Grape'a). I na koniec mistrz Christoph Waltz i ogromnie cieszę się z tego Oscara. Bravo, bravo, bravo!!! 

Film polecam szczerze i bez zbędnej paplaniny. Wszystkim bez wyjątku!





Les Miserables Nędznicy (2012)


Adaptacja powieści Victora Hugo. Los francuskiego ludu, dotkniętego niesprawiedliwością społeczną, uosabia postać głównego bohatera, katorżnika Jeana Valjeana (Hugh Jackman), skazanego na ciężkie roboty za kradzież chleba. Wydźwignąwszy się z upadku dzięki pomocy biskupa, Jean odnajduje sens dobra, zdobywa wysoką pozycję społeczną i staje się protektorem skrzywdzonych i uciśnionych. Wciąż jednak prześladuje go inspektor policji Javert (Russell Crowe).

Nie czytałam książki i nie podzielałam podniecenia innych. Nie oczekiwałam tego filmu. Jedyne co mnie skusiło to muzyka i obsada.
Obawy były i owszem. Najbardziej przerażało mnie to, że (mimo, że kocham musicale) to w tym filmie nikt nie mówi. Sam śpiew...
Pierwsze dziesięć minut filmu wydaje się trochę nudnawe. lekko mdłe, tak jakby autorzy nie wiedzieli za bardzo od czego zacząć. Ale gdy zaczynamy przyzwyczajać się do tej formy, wkręcamy się i zaczynamy rozumieć, zaczyna nam się podobać.
Les Miserables to nie tylko zdumiewające kostiumy, scenografia i charakteryzacja ale przede wszystkim muzyka. Motywy muzyczne które powtarzają się przez cały film to dobre posunięcie. Z czasem możemy nawet zanucić daną melodię chociaż słowa sie zmieniają. 
To także obsada. Hugh Jackman może nie tak rewelacyjny jak myślałam, daje radę.  Russell Crowe o dziwo, bo słyszałam różne opinie, śpiewa naprawdę dobrze. Anne Hathaway mimo, że pojawia sie w filmie na dość krótko, zasłużyła tymi kilkoma scenami na Oscara,  młodzi aktorzy również są nieźli. Rewelacyjny w moim odczuciu duet Helena Bonham Carter i Sacha Baron Cohen dodają świeżości i potrzebnego humoru do ponurej i smutnej historii. Zbiorowy śpiew obsady jest rewelacyjny.

Czy taka produkcja może mieć jakieś minusy? Wybacz Ania (osoba ta wie do kogo mówię), ale jest ich kilka. Odnoszę takie wrażenie pomimo poczucia doskonałego widowiska. Wydaje mi się, że największym minusem jest fakt, że jeżeli ktoś nie czuje muzyki, nie lubi musicali to nie będzie w stanie przebrnąć przez ten film. Jeżeli chodzi o inne filmy tego gatunku, da się je często jakoś zdzierżyć. Les Miserables to jednak unikat. Dla mnie to dobrze, jednak dla niektórych może być to wielkim minusem. Niby nie każdemu musi się podobać, ale w dzisiejszych czasach "haters gona hate". 
Przykro mi, ale również ciężko tak na prawdę się zachwycić filmem nie znając fabuły. Mnie zachwyciło widowisko, treść poruszyła, ale nie wszystko czułam tak jak ci co przeczytali książkę i myślę, że to wina ciągłego śpiewu. Przekazano mniej treści na rzecz muzyki.

Nie mniej jednak uważam, że to znakomita produkcja, robiąca wielkie wrażenie i każdy miłośnik muzyki i kina, tak dla zasady, powinien go zobaczyć. Wierzcie warto poczuć tę wielkość i przepych.





Podsumowując. (Wybacz Ania) w zestawieniu, dla mnie z perspektywy wygrywa "Djano". Mówię to jako osoba wrażliwa, kochająca musicale i muzykę. Wydaje mi się, że "Django" to coś świeższego, bardziej oryginalnego. "Nędznicy" to jednak ekranizacja, poza tym podobne rzeczy widziało się już w kinie. Cały czas miałam wrażenie, że widziałam to w Sweenym Toddzie Burtona, czy innym musicalu. "Nędznicy" to mimo wszystko rewelacyjna produkcja i tak do końca nie powinnam jej zestawiać z kompletnie różnym "Django". Dlatego też obie produkcje mogę polecić równie gorąco.

W gruncie rzeczy to zastanawiające, bo oba filmy poruszają tę samą kwestię: uciśnienia i niesprawiedliwości społecznej. Przykre, że właśnie takie tematy są dziś aktualne. 


PS. Ania nie pomyśl, że mi się nie podobał film, nadal będziesz dostawać wiadomości ze spamem z Nędzników ,

Komentarze

  1. Django jest niesamowity: muzyka, humor, dialogi (!) no po prostu miód, malina. Jednak wciąż wycięłabym pół godziny z końcówki. ;)

    Co do Nędzników, nie będę tu się rozpisywać o tym jak wspaniały był to film, bo przyznaję - trudno mi oddzielić mój zachwyt nad książką, od tego nad samym filmem. Bo na pewno dużo się traci, jeśli się wcześniej nie czytało. Postaci, które tutaj ledwo mignęły, ja pokochałam z całego serduszka, znałam ich historie i niejedną łzę nad nimi wylałam. Również fabuła, psychologia postaci, historia, wątki poboczne - nie ma możliwości wszystkiego pokazać w filmie, a tym bardziej wyrazić śpiewając. I, choć muzyka jest niesamowita i przez ponad tydzień nie mogłam się od niej uwolnić, nucąc "look down" w tramwaju, to z tym muszę się zgodzić - na pewno utrudnia odbiór. Wiadomo, cztery tomy powieści trudno upchnąć w jednym filmie, a w musicalu jest to już naprawdę wyższą szkołą jazdy.
    Jednak mimo tego, film jest naprawdę wspaniały! Cudowne plenery, kostiumy, muzyka... Aktorzy też sobie poradzili, nawet ci, o których się bałam (no, może z jednym wyjątkiem). I, nawet pomimo skrótowości, to wszystko nadal robi wrażenie (barykady! Jezu słodki, sceny z barykadami miałam przed oczami jeszcze długo po wyjściu z kina. A przecież mnie patos zwykle drażni, a nie wzrusza!) i będę się upierać, że to dobry film. Nie wiem jaki rodzaj magii ma w sobie ta historia, ale zarówno do filmu, jak i do musicalu (kiedyś cię dopadnę i go obejrzymy, zobaczysz ;p) mogę wracać wciąż i wciąż. O książce już nie wspominając. Naprawdę polecam!

    Tak jeszcze na marginesie - wiesz co jest najgorsze z dobrymi historiami? Wcale nie to, że się wciągasz i zapominasz o tym co powinnaś robić, albo że przeżywasz wszystko dużo bardziej niż ustawa przewiduje. Najgorszy jest ten specyficzny rodzaj depresji, który wszyscy znamy. Który po skończeniu dobrej książki pozostawia cię w stanie psychicznej ruiny, nie pozwalając skupić się na niczym, ani przeczytać czegoś nowego, bo ta poprzednia historia ciągle siedzi ci w głowie i daje do myślenia. Wiele razy już tak miałam. Za każdym razem przeklinam ten stan i jednocześnie go kocham, czy to nie podpada czasem pod uzależnienie? ;) W każdym razie książkę też polecam. Bardzo, bardzo. Nawet jeśli już widziało się film, to warto przeczytać.

    Łał, ale się rozpisałam ;p Ania.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz