wtorek, 2 kwietnia 2013

Brytyjskie seriale rządzą!

Jestem serialoholikiem, ale bardzo wybrednym. Lubię coś zaczynać, ale nie lubię gdy okazuje się to szmirą i nie potrafię się do tego przekonać. Tak niestety bardzo często jest z amerykańskimi serialami. Wiele z niech powstaje na "jedno kopyto". Te same schematy, przewidywalne wątki, płytkość i niedorzeczność. Niestety wiele seriali, które wydają się dobre są przeciągane na silę i po jakimś czasie się wypalają. Pieniądze niszczą wszystko. 
Kiedyś miałam listę, długą listę ulubionych pozycji. Mogłam nimi zapełnić cały tydzień, a i tak ledwo wystarczało mi czasu. 90% z nich było tworami amerykańskich telewizji. Z czasem jednak odkryłam, że produkcje te po pewnym czasie zaczynały być nużące i zaczynałam je od siebie oddalać. Seriale o ogromnym potencjale po paru seriach stały się tylko przyzwyczajeniem. Szkoda, bo kiedyś byłam im szczerze oddana. Zastanawiam się, dlaczego jest tak, że to właśnie produkcje zza oceanu potrafią mnie tak znużyć, potrafią mi się znudzić i mnie nie ruszają. Niestety często producenci patrzą tylko na kasę, a nie na jakość. Wiele seriali ucierpiało ponieważ ciągnie się je w nieskończoność. Mogę tu przywołać rewelacyjny, moim zdaniem, Ostry dyżur, który był kręcony przez kilkanaście sezonów, a niestety już po kilku się totalnie wypalił. Gotowe na wszystko, Chirurdzy, Lost może nie traciły swego potencjału,  ale po 4-5 sezonie zaczynały się nużyć. Niektóre już po pierwszym sezonie straciły swoją świeżość (Skazany na Śmierć, Glee) a inne były kończone za wcześnie. To oczywiście nie jest tak, że nie powstają tam superprodukcje i oczywiście jest ich mnóstwo i można wybierać i totalnie się zatracić, ale w pewnym momencie odkryłam, że ja szukam czegoś innego i to produkcje z innego kraju dostarczają mi tego, co mogę nazwać rozrywką na wysokim poziomie.



Nie jestem pewna ile produkcji z Wielkiej Brytanii obejrzałam, nie umiem ich wyliczyć i z pewnością wiele z nich pominę, ale każda z nich ma w sobie coś takiego, co utwierdza mnie w przekonaniu, że liczy się jakość i  efekt końcowy. 
Moim najukochańszym serialem jest Doctor Who, w którym zakochałam się już od drugiego odcinka nowych serii. Najdłużej nadawany serial sci-fi o podróżniku w czasie chwycił mnie za serce. Z łatwością trafiłam do grona zagorzałych fanów i trwam wiernie czekając na kolejne odcinki. Jak to jest, że serial tak długo goszczący na antenie daje radę? Doctor Who posiada to, co każdy serial mieć powinien: wartką akcję, przemyślane epizody, świetną obsadę, ekipę i brytyjski, dobry humor. Nie ma przesady, nie ma udawania, a każda niedoróbka jest traktowana z przymrożeniem oka. Wokół serialu oczywiście istnieje cała komercyjna sieć, ale jest ona przekazywana z pewnym brytyjskim spokojem i nie bije po oczach przytłaczając fana. Wszystko jest znakomicie wysmakowane. Najwspanialsze jest jednak to jak łatwo można zarazić kogoś Doctorem, jak szybko rozprzestrzenia się ta "choroba", jak wierni sa fani, jak ciężko przestać to lubić i na to czekać.
Inną sprawą jest to, że w UK potrafią stworzyć serial składający się z 8 odcinków i jest on nieraz lepszy niż 21-odcinkowe, amerykańskie produkcje. Najlepszym dowodem na to jest Sherlock: fenomenalny, genialny, niezrównany i uwielbiany przez wszystkich, którzy mieli okazję zobaczyć. Nie da się opisać w słowach niesamowitości tej produkcji. Absolutnie każdy powinien ją zobaczyć. Kwintesencja brytyjskości i dzieła sir Conan Doyle'a, ukazana w 1,5h odcinkach zachwyca i powala. Nic więc dziwnego, że serial ma ogromny fandom na całym świecie. Nic więc dziwnego, ze w USA powstaje amerykańska wersja detektywa z Baker Street... Nic więc dziwnego, że ciężko dorównać brytyjskiej wersji. W trzech odcinkach potrafiono zrobić tyle ile ciężko osiągnąć niejednemu w standardowych 22. Potrafimy czekać na koleje trzy epizody dwa lata, narzekać ale nie przestać kochać i podziwiać. Inne produkcje tego nie potrafią.
Brytyjskie seriale cechują się właśnie tym dopracowaniem, tą nienatarczywością. Każdy cechuje się znakomitą obsadą, która pracuje na wysokim poziomie. Tu nie ma trudnych tematów i nikt nie boi się pokazać świata jakim jest. Weźmy chociażby serial Skins, który jest może szokujący i może pokazuje wielu z nas nieznany świat, ale z pewnością wydaje się bliższy nam niż 90210, w którym w nastolatków wcielają się trzydziestoletni aktorzy, którzy nie mogli znaleźć pracy nigdzie indziej. Próby przeniesienia Skinsów na grunt amerykański wyglądały jak tania komedia i wołały o pomstę do nieba. Na szczęście rzeczywistość po raz kolejny pokazała, że to co gdzieś jest sukcesem w innym miejscu okaże się tylko pośmiewiskiem dla twórców.
Poza tym każda produkcja kostiumowa stworzona przez Brytyjczyków wydaje się niemal artystycznym dziełem i ich wizytówką na świecie. Weźmy takie Downton Abbey czy Gre o Tron. Wiem, że ostatni tytuł  jest współpracą brytyjsko-amerykańską, ale czy to nie właśnie piękne krajobrazy Wielkiej Brytanii, aktorzy i ich akcent dają największego uroku produkcji? 
To niesamowite jak te wszystkie tytuły różnią się od innych i jak głęboko zapadają w serca fanów. Nie umiem określić dlaczego tak wysoko je cenię, dlaczego przez ich pryzmat oceniam inne. Dlaczego produkcje zza oceanu wydają mi się mniej wartościowe (ale nie gorsze i nie niedobre), dlaczego każdy serial z flagą UK porusza mnie bardziej? Może dla tego, że oni serio wiedzą jak się powinno pracować i są w tym kapitalni.

Dlaczego to piszę? W sobotę widziałam nowy odcinek Pamiętników wampirów- serialu, który uważałam niegdyś za rewelację. Dzień później miałam przyjemność obejrzeć nowego Doctora i Grę o tron i różnice biły po oczach. Dlatego (skoro nie ma nowych odcinków Jak poznałem waszą matkę i Teorii wielkiego podrywu- jedynych amerykańskich seriali jakie sprawiają mi jeszcze czystą przyjemność) sięgnęłam po nowy  serial Broadchurch z Davidem Tennantem i po jednym odcinku znów stwierdziłam, że pisząc to mam rację: Brytyjczycy rządzą!

A wy co o tym myślicie? Też widzicie jakieś różnice?

5 komentarzy:

  1. Bardzo się wkurzyłam, Mozilla mnie zraziła i zmieniłam przeglądarkę. Teraz dla blogowych wojaży, wpadam przez Chrome. Więc może tym razem mi komentarza nie zje.

    Choć oczywiście, jestem już na tyle zrażona, że nie rozpiszę się na dwa metry.

    Wszyscy wiedzą, że ja pałam niekontrolowaną miłością do prawie wszystkiego co Brytyjskie, choć nie zawsze tak było. Zaczęło się (jak i wszystko inne) od Harry'ego Pottera. W liceum miałam przerwę i mimo, że jawił się Muse, to więcej wchłaniałam serialowego American English (do dziś mi od tego Amerykanizmy zostały, a na pierwszym roku nauczyciel od fonetyki mnie się pytał, czy przypadkiem w USA nie mieszkałam ;O). Studia zmieniły wszystko. Teraz wręcz unikam Amerykańskie seriale. W tych, które oglądam od dawna zrobiłam sobie przerwę (pomijając 'How I Met Your Mother', bo to jest cudowne, śmieszne i krótkie). Wnioski mam dokładnie takie same jak ty. Ameryka nie umywa się do brytyjskich produkcji.

    Przede wszystkim, uwielbiam brytyjski przedrostek mini. Mini-series są najlepszym wynalazkiem na świecie. Powstaje ich na pęczki, różnorodnie, a i wszystkie są przy tym absolutnie cudowne.

    Zgadzam się, że Brytyjczycy nie boją się pokazać rzeczy takimi jakie są, czasami może nawet w tym przesadzają, ale ja osobiście cenie to sobie znacznie bardziej niż rozpowiadanie wszędzie wkoło jakie to wyzwolone ma się społeczeństwo, podczas gdy w telewizji nie umie się pokazać sceny seksu, bo przecież pościel z gołą babą to zbyt duża obraza majestatu wyzwolonych ludzi. Poza Skinsami odważnie jest też w Secret Diary of a Call Girl (wciągnęłam to w dwa dni) i Lip Service (choć to już akurat mniej polecam - nie ogląda się źle, ale lesbijskie tematy mnie jednak średnio jarają... poza tym ściągnęłam dla akcentu z Glasgow i jestem nieco zawiedziona w tej kwestii;p).

    Wiesz, Brytyjskie seriale trafiają mój gust. Szczególnie w tematach sci-fi i dramatów.

    Torchwood - ja wiem, że to dziwne, mocniejsze i trzeci sezon tak ryje spojrzenie na Jacka, że ja już cały rok się zastanawiam czy go lubię czy go nienawidzę... ale gra warta świeczki, jak się ma słabość do Doktorowych efektów i sci-fi.

    Black Mirror - ostatnio mi to polecił... twitterowy znajomy. Połknęłam tylko jeden sezon (działa jak Sherlock - trzy odcinki na sezon, tylko krótsze i fabularnie ze sobą niezwiązane) i najbardziej podobał mi się trzeci odcinek. Ale kurczę pieczone - mocne, dobre sci-fi przemieszane z porządnym dramatem. Plus te dystopijne zapędy... <3

    This is England - film o tym samym tytule też dobry i warty polecenia, ale serial, moim skromnym zdaniem, pobił go na głowę. To trochę jak Skinski wersja hard (czyt. Skins + trainspotting). Mocny, dobry dramat. Odcinków niewiele i tylko dwa sezony. Ale fabuła miodzio.

    Produkcje z udziałem Davida chyba sobie odpuszczę...? Single Father chyba już widziałaś, Broadchurch oglądasz, o Casanovie wiesz, Balckpool pewnie też już ogarnęłaś, Spies of Warswaw, bla bla... True Love warte świeczki, 6 króciutkich odcinków które sprawiły, że moim marzeniem jest w któreś wakacje odwiedzić Margate... :)

    Z Beniem i apropo kostiumowych - try 'Parade's End'. Mistrz 3456789654 podbródków i trochę się wlecze fabuła, ale wiesz... Brytyjskie.

    Ale o ile dramaty, sci-fi i historyczne British uwielbiam, to trochę mam dystans do komediowych i sitcomów. Choć mój dystans się trochę zmniejsza odkąd oglądam After You've Gone (a już prawie kończę...;p) :D

    Dobry jest też podobno Misfits, ale to ocenię jak sama zobaczę :)

    Oh Kama, świat byłby chujowy bez Brytoli :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O wiem, jeszcze Lightfields oglądałam ostatnio! 5 odcinków, takie trochę paranormalne, ale subtelnie. Trochę mnie zawiódł koniec, ale super się oglądało, więc też polecam ;)

      PS. Nie rób posta o Brytyjskich filmach i dramatach bo się nie ogarnę z komentarzem ;p

      Usuń
    2. Oooo... dzięki za pomysł :D

      Co do komedii tooni mają bardzo specyficzne poczucie humoru i albo ich pokochasz albo zaczniesz wyywac od debili. Pamiętam, ze taki serial "Co ludzie powiedzą?" mnie bawił, Fortysomething (z Hugh Laurie i Benedictem) to niby komedia, ale nie jest to serial najwyższych lotów. Poza tym widziałąm sporo innych, ale jak byłam młodsza to ich nie doceniłam, teraz wspominam je inaczej :D

      Usuń
  2. witam blogową sąsiadkę (i wspólniczkę w polonistycznych bojach i przebojach) :) i przesyłam spóźnione życzenia z okazji roczka.
    bardzo ciekawe wpisy - tak trzymać. a piszę akurat pod tym postem, bo chciałabym wrzucić coś swojego na brytyjskoserialowy temat - widzę, że coraz więcej ludzi mentalnie (tzn. serialowo) emigruje już nie za ocean, a w bliższe i bardziej swojskie klimaty :).
    http://pakalska.blogspot.com/2013/09/serialowo-ameryka-vs-brytania.html
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkie dzięki za odwiedziny i komentarz. A co do tych emigracji, jeżeli masz do wyboru genialne zagraniczne produkcje, albo przeciętna polskie to nie ma o czym mówić. Zresztą w dobie internetu nie ma granic. Pozdrawiam.

      Usuń