Keep Calm And Geek On

Kiedyś, gdy oglądałam The Big Bang Theory, był to dla mnie po prostu serial o dziwakach żyjący w jeszcze dziwniejszym świecie gier komputerowych, nauki i komiksów. Połowy aluzji nie rozumiałam, a tym samym nie potrafiłam docenić samego serialu. Jakiś miesiąc temu, oglądając jeden z odcinków, doznałam szoku odkrywając, że od pewnego czasu posługuje się tym samym językiem i niemal każdy żart i nawiązanie potrafię w mig wychwycić. Stało się, zostałam geekiem. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę.



Już od powiedzmy... roku zauważyłam postępującą u mnie chorobę, objawiającą się niepohamowaną potrzeba zgłębiania tajników szeroko rozumianej popkultury. Tak wiec sukcesywnie wgłębiałam się w temat, by w końcu dojść do wniosku, że mam z nią więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. 

Moje geekowstwo ma wiele objawów, do których nie będę się tu przyznawać, ale sam fakt, że jednym z moich podróżniczych celów jest Comic-Con (w którejkolwiek części świata) chyba mówi sam przez się, a fakt, że niemal każdy panel by mi odpowiadał, skłania mnie do wytoczenia stwierdzenia, że jest ze mną coś nie tak. 
I się do tego głośno przyznaję! Wezwijcie pogotowie!

Jednak do pewnego momentu uważałam, że do osoby pokroju Sheldona mi jeszcze daleko. Wszystko się zmieniło w pewien majowy wieczór. Kiedy data premiery filmu W ciemność. Star Trek zbliżała się wielkimi krokami, a wiedziałam, że muszę zobaczyć Benedicta Cumberbatcha w roli prawdziwego czarnego charakteru, zrozumiałam (w czym pomogła mi Ania), że bez zagłębienia się w Universum Star Treka nie da rady. 

I teraz pragnę zaznaczyć, że jest to produkcja, która w moim odczuciu sięgnęła szczytów nerdowstwa, a której nigdy nie miałam zamiaru oglądać.

W każdym razie... wiedząc, że na obejrzenie wszystkich filmów i seriali nie starczy nam życia, a również nie chcąc tego robić (bo patrz wyżej: nie chciałyśmy popadać w Sheldonizm) postanowiłyśmy ograniczyć się tylko do nowego filmu z 2009 roku.



Cóż mogę napisać... I'm Spocked. Nie jest to kino najwyższych lotów, jednak co mnie najbardziej zaskoczyło, to to, że twórcom udało się stworzyć film na miarę XXI wieku. W zgrabny i ciekawy sposób przedstawili historię tak, by kompletny laik (jak ja) mógł wszystko przetrawić i połapać się kto, jak i dlaczego. Od samego początku akcja nabiera tępa, które jest sukcesywnie podtrzymywane. Każdemu z bohaterów dano się wykazać by widz nie skupiał uwagi tylko na Kirku czy Spocku. Humor, bardzo dobre efekty specjalne i nieprzytłaczająca fabuła sprawiają, ze całość jest po prostu idealna rozrywką po ciężkim dniu. Nie wymaga zaangażowania. Przypomina nieco te wszystkie produkcje o superbohaterach (więc jeżeli się wam podobają to ten film tez powinien) jednak nie traci na swej specyficznej oryginalności co uważam za plus.Nie niesie ze sobą sztucznego, tak lubianego w Ameryce dennego przesłania. Kończy się tak, że wiesz, że to nie koniec, a co więcej, jeżeli lubisz takie kino, z niecierpliwością czekasz na więcej. 

W cieność. Star Trek. (2013)



Druga część jest czymś co mogę nazwać, według moich standardów, dobrym kinem. Według mnie to przykład na to, jak sequel pobija swojego poprzednika. W ciemność dostarcza jeszcze większych wrażeń. Poprzeczka idzie do góry. Wszystko to co było plusem pierwszej części zostaje poprawione. Akcja- wartka i wciągająca, dialogi- zabawne i błyskotliwe, efekty specjalne- zapierające dech w piersi i 3D (którego osobiście nie znoszę)- mające swoje pełne usprawiedliwienie. Wisienką na torcie jest jednak obsada, która nie zmieniona, aktorsko jest jakby lepsza, lepiej odnajduje się w swoich rolach chyba całkowicie rozumiejąc o co chodzi. Relacja jaką tworzą Pine i Quinto jest niesamowita (chociaż scena ze szybą to lekka przesada:))
Nie oszukujmy się jednak, na  ten film poszłam z jednego powodu. Benedict Cumberbatch jest stworzony do grania dupków. Swoim powalającym głosem, z tym wspaniałym akcentem i przeszywającymi oczami mógłby być panem tego świata. Wiedząc, że pewnie nie skończy najlepiej stając an przeciw Kirka i Spocka Cumberbatch wykorzystuje każdą sekundę na ekranie. To już chyba domena Brytyjczyków, którzy przejęli (i chwała Bogu) ciemną stronę mocy i są masowo obsadzani w rolach czarnych charakterów. Zresztą nie tylko nich, zaważywszy na nowego Supermana i Spider-Mana. Czyżby Amerykanie nie dawali rady?... 

No cóż, podsumowując, w momencie wkroczenia w to odległe jeszcze niedawno universum, zrozumiałam, że chyba postawiłam kropkę nad i w moim nerdowstwie.
Może to i obciach, ale jakoś mi z tym dobrze, mając pełną świadomość, że mam podobnych ludzi koło siebie, utwierdziłam się w przekonaniu, że bycie geekiem to nic wstydliwego.



Z dedykacją dla Ani- mojego geekowego wspólnika, która od miesiąca ponaglała mnie bym publicznie przyznała się, że widziałam Star Treka.
  

Komentarze

Prześlij komentarz