poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Off Plus Camera- ostatnie starcie

Ostatni post odnośnie tegorocznej edycji festiwalu. Ostatnie recenzje i ostatnie rekomendacje. Krótkie podsumowanie i parę wspomnień. Wszystko to czym warto się podzielić i skomentować.
I znów tytuł=link. 




Film w gwiazdorskiej obsadzie (Ryan Gosling, Eva Mendes, Bradley Cooper) który tym właśnie wyróżniał się spośród innych festiwalowych propozycji. Bardzo ciekawa produkcja, która nie raz budzi zaskoczenie. (w pewnym momencie siedziałam nawet z rozdziawioną buzią). Interesujący scenariusz, dobrzy aktorzy i nic na siłę. Ogólnie bardzo pozytywnie.




Dokument, który w bardzo plastyczny i przytłaczający sposób pokazuje upadek miasta, które miało być potęgą. Wiedziałam czego mogę się spodziewać i nie zawiodłam się. Film uzmysławia nam katastrofalne oblicze kryzysu  tak dobitnie, że po seansie zaczynasz zastanawiać się nad własną przyszłością.




Produkcja która była o niczym, nudna i dziwna. Jednak z drugiej strony bardzo realistycznie ukazuje ona monotonie życzia ludzkiego  i taką prawdziwość, której normalnie nie widzimy na ekranie. Bez kataklizmów, zwrotów akcji i wybuchów. Zadziwiająco zwyczajna, przeciętna niemiecka produkcja.




Film który niezwykle miło mnie zaskoczył. Zabawny, niedłużący się, zaskakujący. W rolach głównych dwóch świetnych aktorów: Al Pacino i Christopher Walken, którzy zaskakująco tryskają energią i poczuciem humoru grając dwóch podstarzałych gangsterów. Nie boją się żartować z wieku, schorzeń i samych siebie. Świetny film na poprawę nastroju z epizodyczna rolą Weroniki Rosati :)




Ok. Ten film to jedno WTF?! Siedząc w kinie kompletnie nie łapałam fabuły, chciałam wyjść, ale to co działo się na ekranie powodowało u mnie skurcz mięśni i wprost nie mogłam się doczekać odkrycia jak to wszystko się potoczy. Eksperymentalny, innowacyjny i bardzo oryginalny. Myślałam nawet, że może wygrać Konkurs Główny i chyba by mnie to nie zdziwiło. Ja osobiście chyba niczego podobnego nie widziałam.




Piękny polski film o trzech mężczyznach, trzech pokoleniach i wzajemnych relacjach. Film o miłości i wsparciu. Niezwykła muzyka, bardzo dobre zdjęcia i świetna obsada. Nie brak dobrego humoru, ale również momentów, w  których łza się w oku zakręci. Po prostu świetne wyważenie. 




W zasadzie nie mam dużo do powiedzenia. Według mnie to po prostu dobry film, dobrze zagrany i ładnie opakowany. Jednak nic zaskakującego i wyróżniającego się. Warto zobaczyć, ot tak dla przyjemności.




Kolejny film z doborową obsadą opowiadający o kryzysie ekonomicznym, który w wyjątkowy sposób dotknął Stany Zjednoczone. Film ten w podobny sposób jak Detropia pokazuje potworne oblicze kryzysu, jednak w większym stopniu ukazuje tragedię tych co mieli wszystko i nagle nie posiadają nic. Ignorowałam ten problem, bo sama go tak nie odczuwam, ale ten film pokazuje, że nawet ci co wożą się Porsche i grają w golfa w jednej chwili spadają na dno i nie mogą się od niego odbić. "W Firmie" to taka produkcja, która łączy w sobie elementy komercyjne, ale nie jest nachalna, a prosta i dosadna. Bardzo dobra.




A teraz czas na małe podsumowanie tego co działo się w ostatnich 10 dniach. Widziałam 20 filmów, spędziłam na seansach 1944 minuty = 32h 40min. Niemal nie ściągałam koszulki wolontariusza. Skasowałam setki biletów i widziałam fantastycznych ludzi. John Rhys-Davies skradł moje serce bezpośredniością i kunsztem aktorskim, a ja wykradłam od niego jeden mały podpis. Josh Hartnett okazał się zwyczajnym facetem bez zbędnego gwiazdorzenia. 
Co do wyników konkursów. Konkurs Główny to wielkie zaskoczenie. Cieszę się oczywiście, że zwyciężył polski film ("Obława"), ale były według mnie lepsze. Konkurs Polskich Film Fabularnych  to natomiast kpina i niedorzeczność. Może nie powinnam tego pisać, bo ktoś z Offa to przeczyta i nie dostanę się za rok, ale zwycięstwo "Baby Blues" to chyba błąd, albo jury oglądało inny film. Nie wiem jak mogło to COŚ wygrać z "Imagine" lub "Mój rower" albo z podobno bardzo dobrymi "Miłością" i "Dziewczyną z szafy". Cieszy mnie jednak fakt, że nie docenili największej porażki czyli "Nieulotne"- to zawsze jakaś pociecha.
I jeszcze nagrody aktorskie. Najlepszy aktor czyli Tomasz Schuchardt w sumie mnie nie rusza, bo też uważam, że może mu się należało, ale natomiast wybór aktorki jeszcze bardziej mnie dobił, zaskoczył i wkurzył i nie mam siły już więcej żalić się nad tym jak wielka to pomyłka. (o Magdalenie Berus pisałam tu).

To tyle. Mam nadzieję, że za rok również będzie mi dane oglądać te wszystkie, trochę inne produkcje. W każdym razie bawiłam się świetnie, to niezapomniane 10 dni z których nie żałuję ani chwili. Cieszę się jednak, że wreszcie mam czas na obiad i chwilę oddechu i zebranie myśli..


Dzięki, że to czytacie. Przynajmniej tak sądzę. W każdym razie dziękuję każdemu kto tu zagląda i chociaż rzuci okiem. Podwójne dzięki dla tych co zostawiają jakiś znak swojej bytności. Obiecuję, że nie będę pisać tylko o filmach, ale sami widzicie, że w ostatnim czasie nie miałam wyboru. Jeszcze raz dzięki!


piątek, 19 kwietnia 2013

In the middle of the festival...

Kolejne kilka dni za mną. Kolejne filmy, spotkania, dni pracy. Całkowicie wyautowana z rzeczywistości zamieszczam moje wrażenia po zobaczeniu kolejnych filmów. Bez spoilerów jak wcześniej :) I jak wcześniej- tytuł to link:)

16.04- 18.04

Ombline



Film, który nieraz szokuje, porusza. Zastanawiasz się z jednej strony co z ta dziewczyną jest nie tak, z drugiej mocno jej kibicujesz. Historia, która pokazuje jak dziecko potrafi odmienić życie, całkiem zdezelowane życie, życie bez nadziei. W sumie dobry film, trochę miejscami nudnawy, trochę denerwujący w niektórych momentach. Mimowolnie, podświadomie sprzeciwiamy się temu co widzimy, ale jeżeli taka jest prawda, takie jest życie to nie jedyne co na prawdę możemy zrobić to okazać współczucie i kibicować kobietom jak Ombline.

Sanctuary


Polsko-irlandzka koprodukcja o samotności i miłości. Sama nie wiem jak ocenić ten film. Ciężko jest mi wyrazić swoją opinię. Fil jest dobry, może tak, ale też czasami nudnawy w takim wyspiarskim stylu. Może to wina Jana Frycza grającego w języku angielskim i z tej racji posiadającego pewną sztywność, a możne to fina trochę przytłaczającego i smutnego tematu. Niemniej jednak fil nie zaliczam do polskich porażek jakim było "Baby Blues" czy "Nieulotne".

The End of Love



Teraz będzie słodko jak cukierek. Niesamowity, bardzo ciepły, naturalny i prawdziwy film o mężczyźnie samotnie wychowującym dziecko (i o złotej rybce). Niesamowicie uchwycona relacja rodzicielska. Film o życiu i śmierci, o przemijaniu i zaczynaniu od nowa. Naturalne, uporządkowane i przemyślane. Wspaniała robota Marka Webbera, który niesamowicie wręcz przedstawił nam postać 2-letniego Isaaca, który zachowuje się tak, jakby był aktorem z wieloletnim stażem. Chłopczyk wręcz emanuje słodyczą i kradnie całe show, a tym samym sprawia, że inni aktorzy, także sam Webber, wypadają świetnie. Sam proces powstawania filmu jest niezwykle ciekawy i już to zasługuje na uznanie. Nakręcony zgodnie z scenariuszem, tak iż chyba tylko 3 sceny nie znalazły się w ostatecznej wersji. Isaac to syn reżysera i nie wiedział, ze tata kręci film, dlatego też niesamowite jest to, jak każda scena, każdy dialog chłopca z ojcem idealnie pasuje do fabuły. Wszystko wyszło znakomicie i szkoda tylko, ze film nie walczy o nagrodę publiczności bo z wielką satysfakcją dałabym mu 5. Może to kwestia gustów, ale ja byłam oczarowana. (I w sumie mam nadzieje, że jury Konkursu Głównego również)

Smashed


Kolejna pozycja walcząca w Konkursie Głównym. Film o nałogach i próbie walki. W sumie dobry film, ale jednak coś mi tu nie zgrzytało  Nie wiem czy to, że niejeden film o nałogach widziałam i problem Kate mnie nie szokował i jakoś bardzo nie ruszał, czy to, że po obejrzeniu kilkunastu filmów w ostatnich dniach mój gust zaczyna świrować. W każdym razie problem Kate nie jest błahy, w filmie nie pokazane jest jak paskudnie wygląda życie podczas picia, Kate była szczęśliwa, a kiedy odstawiła butelkę wszystko zaczęło się w jej życiu zmieniać. To jest ta innowacja. Nie ma słodzenia. Nie jest łatwo. Trzeba mieć wsparcie. Wprost mówi sie o tym, że picie sprawia przyjemność, ale niesie też konsekwencje i świat nie jest rzeczywisty.


Zachęcam do chodzenia do kina. To nie żadna reklama. Idźcie do samsunga i wygrajcie bilet, szukajcie wejściówek na stronach lub po prostu wydajcie te kilkanaście złotych. Zobaczenie takich filmów na dużym ekranie to sama przyjemność. Piszę tu by was zachęcić.  Odwidźcie mnie. Czekam w Mikro:) 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Off Plus Camera: pierwsze starcie




Za mną już 4 dni festiwalu. Statystyki? W kinie jako wolontariusz spędziłam ok 13 godzin, widziałam 8 filmów, zjadłam 2 kanapki, skasowałam ponad 100 biletów. Festiwal to nieustanna bieganina, zero wolnego czasu, trochę szarganych nerwów i dużo dobrej zabawy.
Dziś będzie o filmach, które udało mi się zobaczyć. Krótko, bez spoilerów, ale za to bardzo subiektywnie.
Tytuły filmów to linki do stron Offu na których są opisane.

12.04- 15.04




Jeżeli macie pod ręką przewodnik festiwalowy,  to od razu zastrzegam, że opis filmu jest bardzo mylący, nieadekwatny do rzeczywistości i może kogoś zniechęcić. To nie żadna fantastyka, ani dramat, a przezabawna, ciepła komedia. Julie Delpy stworzyła ciepłą rodzinna historię. Wartka akcja, dużo jedzenia i kilka butelek czerwonego wina sprawiają, że historia łatwo i nienachalnie dociera do widza. Dowcipne dialogi, zabawne sytuacje, a przede wszystkim w uroczy sposób pokazane rodzinne relacje sprawiają, że film dociera do każdego i wywołuje, choć na chwilę, uśmiech na naszych twarzach.




Film Andrzeja Jakimowskiego zaliczam do najlepszych jakie było mi dane zobaczyć na festiwalu do tej pory. Niezwykła opowieść o ludziach, którzy nie widząc poznają świat przez inne zmysły. Jakimowski wprowadza nas do pięknej Portugalii i pokazuje ją od innej strony- przez dotyk, dźwięk, a przede wszystkim przez wyobraźnię. To właśnie ona sprawia, że to co niewidzialne, staje się bliższe, że podopieczni ośrodka mogą poznać świat i go zrozumieć. Film o  przezwyciężaniu trudności, samego siebie, sile woli i miłości, dopieszczony pięknymi zdjęciami. 




Sally Potter prezentuje nam kulisy pokazu mody w niekonwencjonalny i zaskakujący sposób. Składa się on z wywiadów które pracownicy domu mody udzielają studentowi reżyserii. Michelangelo sprawia, że otwierają się przed nim i zwierzają, a w tle słychać odgłosy pokazów i kulis świata mody, oraz tragedii jaka ma się wydarzyć. Wszyscy patrzą wprost w kamerę, są tylko oni i ... my. To nam mówią o wszystkim i to przed nami zdradzają samych siebie. Ciekawa zabawa z formą może jednak nużyć, a te 98 min to jednak trochę za wiele. W filmie jednak wzięli udział znakomici aktorzy- to wręcz plejada znanych twarzy, które mamy okazję zobaczyć naprawdę z bliska m.in. Judi Dench, Jude Law, Dianne Wiest, Steve Buscemi, Lily Cole. Film wart obejrzenia, ale nie wydania pieniędzy- niestety.




Ten film to kolejny twór Katarzyny Rosłaniec, który kompletnie mnie nie rusza i nie przekonuje. Uważam, ze to pusta historia o skrajnie nieodpowiedzialnych bachorach, które uważają siebie za dorosłych. Nie chwytam o co reżyserce chodzi i co chce nam przekazać. Nie żałuję, że film widziałam tylko dlatego, że jako wolontariusz nie płaciłam za bilet. Najsłabszym punktem jest dziewczyna wcielająca się w główną bohaterkę. Kompletnie bez wyrazu, sztuczna i skrajnie irytująca, psująca odbiór. Kompletna porażka. Jedynym wytłumaczeniem dla pani Rosłaniec byłoby odczytanie filmu jako karykatury, ironii , jednak w moim odczuciu jej brak i film jest bardzo średni  nie warto na niego marnować czasu. 




Dobry film, z świetną obsadą, jednak oceniałam go trochę przez pryzmat "Róży" i w tym zestawieniu wypada blado. Kapitalny Marcin Dorociński sprawia jednak, że film nadal trzyma poziom i jest wart polecenia. Świetna scenografia, zdjęcia i kostiumy. Ciekawy pomysł na ukazanie fabuły, przeplatającej się czasowo akcji. Poruszający jednak temat, który bliski jest nam- Polakom, może nie dotrzeć do zagranicznego jury Konkursu Głównego- poczekajmy do soboty i trzymajmy kciuki.




Film który mnie bardzo miło zaskoczył. Nieprzeciętna, ale prosta historia. Film w reżyserii Leny Dunham zapełnił całą salę kina Mikro i chyba wszyscy byli zadowoleni. Zabawny i wciągający. Amerykański, ale nie "amerykański", taki który na prawdę warto zobaczyć. Świetny scenariusz i kapitalny klimat. Polecam, bardzo polecam i nie mam nic do dodania.





Najgorszy z filmów jakie widziałam na festiwalu. Bez fabuły. Bezsensu. Porażka i tyle. Nie polecam. Nie wiem o czym był ten film. Wiem jednak, że Magdalena Berus ponownie dała pokaz swojego "talentu aktorskiego" i ponownie utwierdziła mnie w przekonaniu, ze dorównuje Kryśce Stewart.  Gierszał również się nie popisał. Każdy wątek jakby przypadkowy, bez jakiegokolwiek rozwinięcia. Latanie bez gaci i stanika miało chyba być szokujące, ale po tym co widzieliśmy w "Bejbi blues" tak właśnie robi się w Polsce karierę jak nie ma się talentu. Film bez wyrazu, zmarnowane pieniądze. Nie kupiłabym na to biletu. Nie wiem co myśleli twórcy, ale wg mnie powinni zastanowić się nad tym filmem o harakiri, a nam powinno oszczędzić to niepotrzebnych rozczarowań. 

W sumie tak teraz myślę, ze może to była metafora. Może ten krakowski szkieletor miał coś symbolizowac- szkielet ich miłości, rozpad związku, rozkład psychiki człowieka... Głębokie...



Film dobry i ciekawy, ale nie jestem w stanie opisać o czym był bo poszłam nie na film, ale dla czegoś innego. Dwa słowa: Tom Hiddleston. Genialny jak zawsze. Świetna obsada. Może trochę flegmatyczny, ale niezły. Najpiękniejsze filmowanie dymu papierosowego jakie widziałam. 




Zapraszam do kin :D

sobota, 13 kwietnia 2013

Kapitanie, mój kapitanie....

Wierze w potęgę słowa. Wierzę w piękno słowa napisanego. Wiem, że można odczuwać świat inaczej.
Nikt mnie tego nie nauczył, musiałam sama odkrywać. To nie było proste. O ile łatwiej byłoby gdyby na naszej drodze pojawił się nauczyciel, który potrafiłby wszczepić w nas pasję życia, pokazał jak "żyć by być władcą  a nie niewolnikiem", "Tańczyć, klaskać, zachwycać się, krzyczeć, skakać, dążyć, unosić się!". Czyż nie byłoby to cudowne?

"Stowarzyszenie Umarłych Poetów"


"Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie.
Chciałem żyć pełnią życia i wyssać z niego całą kwintesencję.
Wykorzenić wszystko co nie jest życiem,
bym w chwili śmierci nie odkrył... że nie żyłem."



Jeden z najbardziej poruszających, chwytających za serce, inspirujących filmów jakie widziałam. Od wielu lat wracam do niego, by pozazdrościć, wzruszyć się i przekonać, że jeszcze w swoim życiu nie spotkałam Johna Keatinga.

Ekscentryczny profesor John Keating wnosi w szacowne mury ekskluzywnej uczelni ducha poezji, miłości życia i samodzielnego myślenia. Zainspirowani przez niego chłopcy odnawiają Stowarzyszenie Umarłych Poetów - sekretny związek, w którym odkrywają piękno zapomnianych utworów, a także prawo do marzeń, wolności i buntu.

Stowarzyszenie Umarłych Poetów to obowiązkowy film, obok którego nikt nie przejdzie obojętnie. Nawet teraz, pisząc to, wywołuje u mnie silne emocje i chwyta za serce, duszę. Nie, nie jest to rzewna opowiastka o chłopcach z prywatnej szkoły czytających poezję. To film o magii poezji, o przyjaźni, miłości, pasji i wierze w swoje czyny, przekonania. O walce o swoje. John Kaeting pokazuje im piękny świat, świat którego nie znali. Odkrywa przed nimi nowe możliwości. Stawia wyzwania. Każe siebie nazwać "Kapitanem", bo wie, ze tym dla nich będzie. Sprawia, ze nie lubiąc poezji uwierzymy, ze "nie czytamy poezji dlatego, że jest ładna. Czytamy ją, bo należymy do gatunku ludzkiego, a człowiek ma uczucia. Medycyna, prawo, finanse czy technika to wspaniałe dziedziny, ale żyjemy dla poezji, piękna, miłości."

Film, który poruszy każdego i  który każdy powinien zobaczyć. Choć na chwilę wejść w tą, jakże nam bliską rzeczywistość i zobaczyć, jakby wyglądała gdyby opiekował się nami pasjonata, człowiek na właściwym miejscu. Który spowodowałby, ze gotowi bylibyśmy sprzeciwić się normom, stanąć z wysoko podniesioną głową i krzyczeć "Kapitanie, mój kapitanie!"







środa, 10 kwietnia 2013

Dla zabicia czasu, odreagowania i chwili wytchnienia...

... czyli gadka-szmatka i nic konstruktywnego.

Dobrze, powiedzmy sobie szczerze: teraz mam najbardziej sfiksowany okres w mojej studenckiej karierze. Pisanie pracy licencjackiej to jakiś koszmar. Wiem, wiem mam zajebisty temat i to czysta przyjemność, ale jak do tej pory udało mi się napisać tylko słów kilka o Niczym.... znaczy o Nietzschem... i to była katastrofa. Parafrazowanie filozofii to koszmar, dlatego jak wstawiłam kropkę na końcu podrozdziału, byłam szczęśliwa. 
Tak napisanie tej jednej strony- bo wbrew pozorom filozofia Nietzschego jest bardzo uboga w nadczłowieka, zajęło mi 2 dni. Dwa długie dni, z których połowa i tak była wykorzystywana na "nie pisanie".
To "niepisanie" to najprzyjemniejsza część pisania. Gdy człowiek odkrywa nowe seriale, zaczyna interesować się mnóstwem rzeczy, tak odległych od właściwego tematu. 
Zaprawdę powiadam Wam, szczęśliwi ci, co jeszcze nie wiedzą czym są prace naukowe. Te kilkadziesiąt stron, które mają mi nadać tytuł naukowy...phi- licencjat...to skaranie boskie, odtwórcza praca, nic nie wnoszący do nauki stek słów. 
I wiecie, ta wizja , że gdy ktoś to przeczyta dostaniesz wyrok za plagiat...
Przypis tu, przypis tam i cytacik.
Zresztą, powinnam mieć już chyba połowę napisaną i powinnam być na finiszu, ale jak? I wiem, że się nie posunę w pisaniu jeszcze przez pewien czas. I nie pytajcie mnie ile mam stron, ile rozdziałów. Wiedzcie, że "za mało".
Dobija mnie to.
Z drugiej strony kolejne kilkanaście dni będzie w moim grafiku wypełnione kinem, wolontariatem. Off Plus Camera jeszcze bardziej mnie odciągnie od nauki. Wiem, ze będę do tył i to mnie dobija. Z drugiej strony... wreszcie coś się dzieje i ogromnie się cieszę i już nie mogę się doczekać. Wreszcie będę mieć materiał na bloga, zobaczę kilka filmów i wykorzystam każdy dzień właściwie. I to jest fantastyczne.
Wiecie co, tak sobie myślę, że może nie panikuję wystarczająco i nie mam tak dużego samozaparcia jak inni. Ktoś pomyśli "puknij się ty w głowę i weź do nauki", ale powiem wam coś: nadal czuję, że tak ma być i będzie dobrze.

Więc przestańcie już wszyscy narzekać! Otwieramy okna, wychodzimy na spacer, a w międzyczasie zahaczamy o kino Mikro by Kama mogła was przywitać i zaprosić na seans :D 

See You Soon!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Brytyjskie seriale rządzą!

Jestem serialoholikiem, ale bardzo wybrednym. Lubię coś zaczynać, ale nie lubię gdy okazuje się to szmirą i nie potrafię się do tego przekonać. Tak niestety bardzo często jest z amerykańskimi serialami. Wiele z niech powstaje na "jedno kopyto". Te same schematy, przewidywalne wątki, płytkość i niedorzeczność. Niestety wiele seriali, które wydają się dobre są przeciągane na silę i po jakimś czasie się wypalają. Pieniądze niszczą wszystko. 
Kiedyś miałam listę, długą listę ulubionych pozycji. Mogłam nimi zapełnić cały tydzień, a i tak ledwo wystarczało mi czasu. 90% z nich było tworami amerykańskich telewizji. Z czasem jednak odkryłam, że produkcje te po pewnym czasie zaczynały być nużące i zaczynałam je od siebie oddalać. Seriale o ogromnym potencjale po paru seriach stały się tylko przyzwyczajeniem. Szkoda, bo kiedyś byłam im szczerze oddana. Zastanawiam się, dlaczego jest tak, że to właśnie produkcje zza oceanu potrafią mnie tak znużyć, potrafią mi się znudzić i mnie nie ruszają. Niestety często producenci patrzą tylko na kasę, a nie na jakość. Wiele seriali ucierpiało ponieważ ciągnie się je w nieskończoność. Mogę tu przywołać rewelacyjny, moim zdaniem, Ostry dyżur, który był kręcony przez kilkanaście sezonów, a niestety już po kilku się totalnie wypalił. Gotowe na wszystko, Chirurdzy, Lost może nie traciły swego potencjału,  ale po 4-5 sezonie zaczynały się nużyć. Niektóre już po pierwszym sezonie straciły swoją świeżość (Skazany na Śmierć, Glee) a inne były kończone za wcześnie. To oczywiście nie jest tak, że nie powstają tam superprodukcje i oczywiście jest ich mnóstwo i można wybierać i totalnie się zatracić, ale w pewnym momencie odkryłam, że ja szukam czegoś innego i to produkcje z innego kraju dostarczają mi tego, co mogę nazwać rozrywką na wysokim poziomie.



Nie jestem pewna ile produkcji z Wielkiej Brytanii obejrzałam, nie umiem ich wyliczyć i z pewnością wiele z nich pominę, ale każda z nich ma w sobie coś takiego, co utwierdza mnie w przekonaniu, że liczy się jakość i  efekt końcowy. 
Moim najukochańszym serialem jest Doctor Who, w którym zakochałam się już od drugiego odcinka nowych serii. Najdłużej nadawany serial sci-fi o podróżniku w czasie chwycił mnie za serce. Z łatwością trafiłam do grona zagorzałych fanów i trwam wiernie czekając na kolejne odcinki. Jak to jest, że serial tak długo goszczący na antenie daje radę? Doctor Who posiada to, co każdy serial mieć powinien: wartką akcję, przemyślane epizody, świetną obsadę, ekipę i brytyjski, dobry humor. Nie ma przesady, nie ma udawania, a każda niedoróbka jest traktowana z przymrożeniem oka. Wokół serialu oczywiście istnieje cała komercyjna sieć, ale jest ona przekazywana z pewnym brytyjskim spokojem i nie bije po oczach przytłaczając fana. Wszystko jest znakomicie wysmakowane. Najwspanialsze jest jednak to jak łatwo można zarazić kogoś Doctorem, jak szybko rozprzestrzenia się ta "choroba", jak wierni sa fani, jak ciężko przestać to lubić i na to czekać.
Inną sprawą jest to, że w UK potrafią stworzyć serial składający się z 8 odcinków i jest on nieraz lepszy niż 21-odcinkowe, amerykańskie produkcje. Najlepszym dowodem na to jest Sherlock: fenomenalny, genialny, niezrównany i uwielbiany przez wszystkich, którzy mieli okazję zobaczyć. Nie da się opisać w słowach niesamowitości tej produkcji. Absolutnie każdy powinien ją zobaczyć. Kwintesencja brytyjskości i dzieła sir Conan Doyle'a, ukazana w 1,5h odcinkach zachwyca i powala. Nic więc dziwnego, że serial ma ogromny fandom na całym świecie. Nic więc dziwnego, ze w USA powstaje amerykańska wersja detektywa z Baker Street... Nic więc dziwnego, że ciężko dorównać brytyjskiej wersji. W trzech odcinkach potrafiono zrobić tyle ile ciężko osiągnąć niejednemu w standardowych 22. Potrafimy czekać na koleje trzy epizody dwa lata, narzekać ale nie przestać kochać i podziwiać. Inne produkcje tego nie potrafią.
Brytyjskie seriale cechują się właśnie tym dopracowaniem, tą nienatarczywością. Każdy cechuje się znakomitą obsadą, która pracuje na wysokim poziomie. Tu nie ma trudnych tematów i nikt nie boi się pokazać świata jakim jest. Weźmy chociażby serial Skins, który jest może szokujący i może pokazuje wielu z nas nieznany świat, ale z pewnością wydaje się bliższy nam niż 90210, w którym w nastolatków wcielają się trzydziestoletni aktorzy, którzy nie mogli znaleźć pracy nigdzie indziej. Próby przeniesienia Skinsów na grunt amerykański wyglądały jak tania komedia i wołały o pomstę do nieba. Na szczęście rzeczywistość po raz kolejny pokazała, że to co gdzieś jest sukcesem w innym miejscu okaże się tylko pośmiewiskiem dla twórców.
Poza tym każda produkcja kostiumowa stworzona przez Brytyjczyków wydaje się niemal artystycznym dziełem i ich wizytówką na świecie. Weźmy takie Downton Abbey czy Gre o Tron. Wiem, że ostatni tytuł  jest współpracą brytyjsko-amerykańską, ale czy to nie właśnie piękne krajobrazy Wielkiej Brytanii, aktorzy i ich akcent dają największego uroku produkcji? 
To niesamowite jak te wszystkie tytuły różnią się od innych i jak głęboko zapadają w serca fanów. Nie umiem określić dlaczego tak wysoko je cenię, dlaczego przez ich pryzmat oceniam inne. Dlaczego produkcje zza oceanu wydają mi się mniej wartościowe (ale nie gorsze i nie niedobre), dlaczego każdy serial z flagą UK porusza mnie bardziej? Może dla tego, że oni serio wiedzą jak się powinno pracować i są w tym kapitalni.

Dlaczego to piszę? W sobotę widziałam nowy odcinek Pamiętników wampirów- serialu, który uważałam niegdyś za rewelację. Dzień później miałam przyjemność obejrzeć nowego Doctora i Grę o tron i różnice biły po oczach. Dlatego (skoro nie ma nowych odcinków Jak poznałem waszą matkę i Teorii wielkiego podrywu- jedynych amerykańskich seriali jakie sprawiają mi jeszcze czystą przyjemność) sięgnęłam po nowy  serial Broadchurch z Davidem Tennantem i po jednym odcinku znów stwierdziłam, że pisząc to mam rację: Brytyjczycy rządzą!

A wy co o tym myślicie? Też widzicie jakieś różnice?