poniedziałek, 22 lipca 2013

Keep Calm And Geek On

Kiedyś, gdy oglądałam The Big Bang Theory, był to dla mnie po prostu serial o dziwakach żyjący w jeszcze dziwniejszym świecie gier komputerowych, nauki i komiksów. Połowy aluzji nie rozumiałam, a tym samym nie potrafiłam docenić samego serialu. Jakiś miesiąc temu, oglądając jeden z odcinków, doznałam szoku odkrywając, że od pewnego czasu posługuje się tym samym językiem i niemal każdy żart i nawiązanie potrafię w mig wychwycić. Stało się, zostałam geekiem. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę.



Już od powiedzmy... roku zauważyłam postępującą u mnie chorobę, objawiającą się niepohamowaną potrzeba zgłębiania tajników szeroko rozumianej popkultury. Tak wiec sukcesywnie wgłębiałam się w temat, by w końcu dojść do wniosku, że mam z nią więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. 

Moje geekowstwo ma wiele objawów, do których nie będę się tu przyznawać, ale sam fakt, że jednym z moich podróżniczych celów jest Comic-Con (w którejkolwiek części świata) chyba mówi sam przez się, a fakt, że niemal każdy panel by mi odpowiadał, skłania mnie do wytoczenia stwierdzenia, że jest ze mną coś nie tak. 
I się do tego głośno przyznaję! Wezwijcie pogotowie!

Jednak do pewnego momentu uważałam, że do osoby pokroju Sheldona mi jeszcze daleko. Wszystko się zmieniło w pewien majowy wieczór. Kiedy data premiery filmu W ciemność. Star Trek zbliżała się wielkimi krokami, a wiedziałam, że muszę zobaczyć Benedicta Cumberbatcha w roli prawdziwego czarnego charakteru, zrozumiałam (w czym pomogła mi Ania), że bez zagłębienia się w Universum Star Treka nie da rady. 

I teraz pragnę zaznaczyć, że jest to produkcja, która w moim odczuciu sięgnęła szczytów nerdowstwa, a której nigdy nie miałam zamiaru oglądać.

W każdym razie... wiedząc, że na obejrzenie wszystkich filmów i seriali nie starczy nam życia, a również nie chcąc tego robić (bo patrz wyżej: nie chciałyśmy popadać w Sheldonizm) postanowiłyśmy ograniczyć się tylko do nowego filmu z 2009 roku.



Cóż mogę napisać... I'm Spocked. Nie jest to kino najwyższych lotów, jednak co mnie najbardziej zaskoczyło, to to, że twórcom udało się stworzyć film na miarę XXI wieku. W zgrabny i ciekawy sposób przedstawili historię tak, by kompletny laik (jak ja) mógł wszystko przetrawić i połapać się kto, jak i dlaczego. Od samego początku akcja nabiera tępa, które jest sukcesywnie podtrzymywane. Każdemu z bohaterów dano się wykazać by widz nie skupiał uwagi tylko na Kirku czy Spocku. Humor, bardzo dobre efekty specjalne i nieprzytłaczająca fabuła sprawiają, ze całość jest po prostu idealna rozrywką po ciężkim dniu. Nie wymaga zaangażowania. Przypomina nieco te wszystkie produkcje o superbohaterach (więc jeżeli się wam podobają to ten film tez powinien) jednak nie traci na swej specyficznej oryginalności co uważam za plus.Nie niesie ze sobą sztucznego, tak lubianego w Ameryce dennego przesłania. Kończy się tak, że wiesz, że to nie koniec, a co więcej, jeżeli lubisz takie kino, z niecierpliwością czekasz na więcej. 

W cieność. Star Trek. (2013)



Druga część jest czymś co mogę nazwać, według moich standardów, dobrym kinem. Według mnie to przykład na to, jak sequel pobija swojego poprzednika. W ciemność dostarcza jeszcze większych wrażeń. Poprzeczka idzie do góry. Wszystko to co było plusem pierwszej części zostaje poprawione. Akcja- wartka i wciągająca, dialogi- zabawne i błyskotliwe, efekty specjalne- zapierające dech w piersi i 3D (którego osobiście nie znoszę)- mające swoje pełne usprawiedliwienie. Wisienką na torcie jest jednak obsada, która nie zmieniona, aktorsko jest jakby lepsza, lepiej odnajduje się w swoich rolach chyba całkowicie rozumiejąc o co chodzi. Relacja jaką tworzą Pine i Quinto jest niesamowita (chociaż scena ze szybą to lekka przesada:))
Nie oszukujmy się jednak, na  ten film poszłam z jednego powodu. Benedict Cumberbatch jest stworzony do grania dupków. Swoim powalającym głosem, z tym wspaniałym akcentem i przeszywającymi oczami mógłby być panem tego świata. Wiedząc, że pewnie nie skończy najlepiej stając an przeciw Kirka i Spocka Cumberbatch wykorzystuje każdą sekundę na ekranie. To już chyba domena Brytyjczyków, którzy przejęli (i chwała Bogu) ciemną stronę mocy i są masowo obsadzani w rolach czarnych charakterów. Zresztą nie tylko nich, zaważywszy na nowego Supermana i Spider-Mana. Czyżby Amerykanie nie dawali rady?... 

No cóż, podsumowując, w momencie wkroczenia w to odległe jeszcze niedawno universum, zrozumiałam, że chyba postawiłam kropkę nad i w moim nerdowstwie.
Może to i obciach, ale jakoś mi z tym dobrze, mając pełną świadomość, że mam podobnych ludzi koło siebie, utwierdziłam się w przekonaniu, że bycie geekiem to nic wstydliwego.



Z dedykacją dla Ani- mojego geekowego wspólnika, która od miesiąca ponaglała mnie bym publicznie przyznała się, że widziałam Star Treka.
  

poniedziałek, 15 lipca 2013

Studiaaaaaaaaaaa

Nie wiem czy to dlatego, że ostatnio pisanie było dla mnie nieprzyjemnym obowiązkiem, ze względu na licencjat, czy moje lenistwo dało za wygraną, ale kompletnie straciłam zapał dla tego bloga. Pisanie tylko o filmach wydaje mi się trochę bezcelowe, bo po pierwsze- możecie sobie o nich poczytać na filmwebie, a po drugie w moim zamierzeniu nie miał być to blog filmowy. Dlatego też opisywanie każdego filmu jaki zobaczyłam odkładałam, aż zrozumiałam, że nikomu się tego już nie chce czytać.

Dziś poczułam jednak, że wypada, głównie dla samej siebie, zamieścić coś, by mieć choć trochę mniejsze wyrzuty sumienia i całkowicie nie odwyknąć od pisania. Wątpię czy na studiach będę miała ku temu wiele okazji, bo jak będzie to wyglądało tak jak do tej pory to nie napiszę nic.

No właśnie, studia. Przez 3 lata studiowania polonistyki  napisałam (oprócz licencjatu rzecz jasna) kilka pseudo felietonów, których pewnie i tak nikt nie przeczytał i jedną pracę zaliczeniową która na 100% nie została przeczytana. Zabawne, ale chyba na każdym innym kierunku pisze się więcej niż u nas. Przez te 3 lata student polonistyki może całkowicie zapomnieć jak tworzy się prosty teks i tylko dzięki pracom dyplomowym nadal potrafi otworzyć Worda. 

Na studiach nauczyłam się kilku rzeczy. Przede wszystkim wiem, że w ciągu tygodnia jestem w stanie ogarnąć, w sposób zadowalający, kilkadziesiąt lektur i ich opracowań. Wiem, że przed egzaminem z literatury na 100% zostanę zapytana z jedynej lektury, której a) nie zdążyłam przeczytać b) nie było opracowania (a przez nie rozumiemy te nakazane z góry, stworzone przez teoretyków literatury, które mają większe znaczenie niż sama lektura) c) nie było żadnego egzemplarza w bibliotece i d) nie ma tej pozycji nigdzie. Wiem, że gramatyka jest jedną z moich najmocniejszych stron (bez względu na język) i wiem, że historyczna to najgorszy przedmiot jaki można było wymyślić. 
Przez 2,5 roku nie będziesz się uczył poprawnych form wyrazów, co jak się odmienia, ale każą ci chodzić na zajęcia z podstaw komunikacji społecznej których najważniejszym punktem będzie to, czy koszulki treserów z Trebor-tim  (jak również flagi Niemiec) są pomarańczowe, złote czy żółte. Może wydasz z grupą "gazetę" z własnymi artykułami, ale najważniejszą rzeczą jaką wyniesiesz z zajęć to fakt, że miałaś do czynienia z Miszczem Ortogrfii (;)). Bez względu na to jak bardzo się starasz i dużo czasu poświęcasz jakiemuś zadaniowi i tak znajdzie się ktoś, kto robiąc to na "odwal się" i niesamodzielnie dostanie wyższy stopień niż ty. Nie ma co liczyć na administrację, bo na każdej uczelni leży ona i kwiczy mając w dupie studentów i ich prawa. Studiując musisz być przygotowanym na wszystko, na każdy dziwny pomysł uczelni i musisz nauczyć się go ignorować bo inaczej po miesiącu ześwirujesz. Nie warto przywiązywać się za wcześnie do ludzi, ani ich od razu skreślać. Wszystkie kontakty rodzą się powoli. Może nie spotkałam tu przyjaciela od serca, ale poznałem osoby z którymi studiowanie było o wiele prostsze. Wiem, że mam coś do powiedzenia, że mam własne poglądy. Już nie obchodzi mnie to co myślą inni o mnie. Znam siebie lepiej niż kiedykolwiek. Mój zasób zainteresowań rośnie. 
Czy 3 lata temu napisałabym pracę o superbohaterach nie będąc do końca pewną, że jestem z niej w stanie wyciągnąć coś wartościowego? Nie sądzę. Pewnie wybrałabym jakiś łatwy, niewymagający i bezpieczny temat, zamiast czegoś co mnie na prawdę interesuje. Zmieniłam się. Bardzo się zmieniłam.

Wiem, że wybrałam specjalizację w 100% słusznie i nie żałuję wyboru.  Czy teraz ponownie bym go dokonała?  Myślę, że tak. Czy czegoś mnie nauczono? Jasne. Jednak większości rzeczy nauczyłam się sama. Powolutku dochodząc do tego kim jestem, wiem, że ostatnie 3 lata przewartościowały całkowicie mój światopogląd. Idąc do liceum byłam nikim, powoli kształtowałam swój pogląd na świat i moje w nim miejsce. Będąc teraz tu gdzie jestem, może nie wiem czego chcę, może mam zbyt wiele marzeń, zbyt wiele pomysłów, ale z pewnością wiem, że nie chcę być tym kim byłam. Wiem, że dobrze jest jak jest.

Kończę pewien rozdział.
Dziękuję.
Kropka.