czwartek, 29 sierpnia 2013

Od przeciętniaka do celebryty

(ten "artykuł" czy "felieton"- jak zwał tak zwał, pisałam do naszej gazetki na zajęcia z Mistrzem Ortografii, nie wiem czy mu się spodobał, bo w zasadzie to nic nie mówił, albo ja go nie słuchałam, ale jak ktoś chce to mam wersję papierową, bo jednak został "opublikowany")

Nie tak dawno pojęcie celebryty było nam nieznane. Jeżeli ktoś grał w filmie, teatrze czy serialu był aktorem. Jeżeli ktoś pojawiał się na przyjęciach musiał być kimś ważnym, powszechnie szanowanym. Wiedzieliśmy, że z takiej osoby można brać przykład, że taka osoba ciężko pracowała na swój wizerunek. Mieliśmy artystów, aktorów, piosenkarzy z prawdziwego zdarzenia. Utalentowani i szanowani mogli reprezentować nasz kraj na światowej arenie. Mogliśmy być dumni. Niestety ja tego nie pamiętam. Byłam za mała, a teraz się wszystko pochrzaniło.



Żyjemy w bardzo dziwnych czasach.  Z jednej strony mamy ekspansję artystów, wszechstronnie utalentowanych geniuszy, z drugiej strony poziom kultury staje się coraz bardziej nijaki. Gdzie tkwi przyczyna?

Żyjemy w czasach gdy wmawiany jest nam slogan: "Nic nie stoi na przeszkodzie by osiągnąć sukces". Każdy może go osiągnąć. Tak... każdy przeciętny Kowalski. A jeszcze kilka lat temu elitę stanowili ludzie pokroju Picassa, Hemingwaya, Miłosza. Ludzie, którzy zmieniali sposób myślenia o świecie, którzy tworzyli ten świat, kreowali poglądy, byli autorytetami.

Dzisiaj jest inaczej. W świecie gdzie nasze spojrzenie na świat kreują wszechobecne media’ takie postacie by się zwyczajnie nie odnalazły. By osiągnąć sukces w dzisiejszym świecie nie potrzebujemy wiele. Prawda jest taka, że wystarczy znaleźć sobie dobrego agenta. Możemy również związać się z kimś sławnym, a później nieśmiało stwierdzić w jakimś wywiadzie, że zawsze chciało się występować na scenie. Płyta gwarantowana. Jeżeli jednak nie mamy dość pieniędzy by ktoś za nas wykreował nasz wizerunek możemy wystąpić w jakimś talent show, których mamy pod dostatkiem. Nie ważne czy śpiewasz, tańczysz, masz aktorski talent- telewizja da ci to, czego potrzebujesz. Pamiętaj jednak o żelaznej zasadzie: liczy się to, jak duży szum wokół siebie zrobisz. Obojętne co o tobie mówią- najważniejsze by mówili. Tak, więc jeżeli masz jakąś smutną historię z przeszłości, w szkole cię dręczono, byłeś brzydkim kaczątkiem, a cały świat rzucał ci kłody pod nogi, ale mimo wszystko robienie szumu wokół siebie ci nie przeszkadza- już możesz się ustawiać na starcie w biegu o koronę. 


W schematy te wpisują się nasi kochani, wszędobylscy celebryci. Gwiazdki, które wzięły się znikąd, pokazują się na salonach, ale tak właściwie nie wiemy skąd są i czym się zajmują. Są znane z tego, że są  znane. Ich wątpliwy talent schodzi na drugi plan. W większości są piękni, mają cięty język, lubią się pokazywać i nie maja nic przeciwko robieniu zdjęć, nawet w najbardziej intymnych sytuacjach. Promują kiełbasy, frytki, szampony do włosów. Każdy chce się pokazać. Każdy uważa się za gwiazdę. Każdy spełnia marzenie. Żaden nie ma nic do zaoferowania, ale mimo wszystko stanowią pewnego rodzaju współczesne autorytety. Wzór dla tych którzy marzą o sławie. Wiedzą, że nie trwa ona wiecznie, ale zawsze można się przekwalifikować.

I tak w naszym świecie roi się od ludzi renesansu. Utalentowanych śpiewających aktorów, pląsających po parkiecie, którzy wykorzystując swój talent pisarski wydają książki o diecie cud. Jak się do tego wszystkiego ustosunkować? Jak coś osiągnąć? Jak zostać zapamiętanym w dzisiejszych czasach?

Nie pozostaje nam nic innego jak wziąć udział w Mam Talent, zostać modelką, napisać książkę i wkroczyć na czerwony dywan niczym gwiazda filmowa. Takie są realia- takie jest życie. Powodzenia.


A na koniec utwór, który chyba najlepiej wpasuje się w ten post:


Queen+ Paul Rodgers 'C-lebrity'


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Filmowo

Ostatnio oglądam mało filmów. Skupiłam się na serialach. Pochłaniają wiele czasu, ale muszę przyznać, że Dexter słusznie plasowany jest na wysokich miejscach serialowego rankingu. Ale wracając do filmów:

Dwunastu gniewnych ludzi (1957)


Już nieraz przekonałam się, że rekomendacje filmowe mojej mamy trafiają w moje gusta. Nieczęsto oglądam stare filmy. Nie dlatego, że ich nie lubię, ale bardzo trudno jest je dostać. Dwunastu gniewnych ludzi już raz oglądałam, jednak widziałam wersję nową i niewiele z niej pamiętałam, więc pewnie nie była tak dobra. Natomiast o wersji z 1957 słyszałam same dobre opinie. 
Powstało wiele filmów o sądownictwie, o trudnych sprawach, ale zazwyczaj były one pokazane z perspektywy sędziów czy adwokatów (jak chociażby genialny Czas zabijania -gorąco polecam). Jednak niezwykle rzadko możemy wejść do sali obrad ławy przysięgłych. Podpatrzeć jak dwanaście, wypełniających obywatelski obowiązek osób, decyduje o losie innego człowieka.

Jest duszny dzień, na krześle siedzi wystraszony młody człowiek. Jest oskarżony o morderstwo. Już wygłoszono mowy końcowe. Teraz należy wydać wyrok. W pokoju obrad dwanaście osób postanawia zagłosować. Chce jak najszybciej wrócić do domu. Podnoszą ręce. Jedenaście głosów- winny, jeden- niewinny. Jak to? Przecież dowody wskazują, na niego. To oczywiste, że chłopak zabił! 
A może jednak nie?
Prawo mówi jasno: wyrok musi być jednomyślny. I tu rozpętuje się zażarta dyskusja, która ma na celu przekonanie tego jednego, że nie warto się spierać, jednak on uważa, że warto się nad tym zastanowić.

Możecie się zastanawiać co w tym takiego ciekawego, jednak muszę przyznać, że dawno nie oglądałam filmu, który tak zaprzątnąłby moim umysłem. Przez 90 min siedziałam spięta, nie chciałam odrywać się ani na minutę, byłam pod takim wrażeniem, że nie przeszkadzało mi, że akcja dzieje się w jednym miejscu, że nie ma zaskakujących zwrotów, że wszystko zamyka się w kręgu tych dwunastu osób. 
Film jest klasykiem ukazującym kunszt aktorski (w jednej z ról kapitalny Henry Fonda), wielkość starego kina, to "coś" czego tak bardzo potrzeba współczesnej kinematografii a czego nie potrafię określić. Jak dla mnie "rewelacja"


What Maisie Knew (2012)


Widziałam już tyle filmów o nieudanych związkach, walkach o dziecko, że trudno jest obejrzeć coś nowego, oryginalnego. Dziś jednak mi się udało, trafiłam na film bardzo w moim guście, chociaż filmweb dawał mu tylko 63%.

Opowiada on o siedmioletniej Maisie, która znajduje się w samym środku bitwy o prawa rodzicielskie pomiędzy jej mamą, starzejącą się gwiazdą rocka (Julianne Moore), a jej ojcem, sławnym handlarzem dziełami sztuki (Steve Coogan). Oboje są tak bardzo skupieni na własnych karierach, że dobro dziewczynki spada na drugi plan. W ramach zemsty związują się z ludźmi, którzy dostrzegają w Maisie to czego oni sami nie widzą.

Gdyby ktoś organizował konkurs na najbardziej egoistycznych rodziców w filmie, to ja zgłosiłabym rodziców Maisie. Przez cały film zastanawiasz się czym ta mała, urocza dziewczyna zasłużyła sobie na tak skrajnie nieodpowiedzialnych opiekunów. Oczywiście oboje ją kochają, to widać, ale żadne nie chce tak do końca podjąć odpowiedzialności. Film jest opowieścią o Maisie. To ona jest najważniejsza i to jej uczucia i jej świat starano się nam ukazać. Małą Onate Aprile można pokochać od razu. Mimo swych kilku lat zagrała tak przekonująco i tak urokliwie, że najchętniej sami zajęlibyśmy się małą Maisie. Na szczęście w jej życiu pojawia się dwoje ludzi, którzy też to dostrzegają. Alexander Skarsgård i Joanna Vanderham idealnie wpasowali się w swoje role. Byli ludzcy, uroczy, ujmujący, nawiązali z małą wspaniały kontakt co czuło się od początku. 
What Maisie Knew to poruszając opowieść, piękna ale smutna. Jednak poprawiła mi humor, wiem, ze to dziwne w przypadku dramatu, jednak jest to film tak przyjemnie operujący naszymi emocjami, że z czystym sumieniem mogę go wam polecić. 

wtorek, 6 sierpnia 2013

Pytanie na które szukam odpowiedzi.

Zawieranie znajomości to jedno z podstawowych, jak nie najważniejszych umiejętności, którą każdy z nas powinien nabyć, by normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jednak aby dobrze się do tego zabrać, najpierw powinniśmy nauczyć się sztuki konwersacji. Niby nic w tym trudnego, jednak nawiązanie rozmowy oraz jej utrzymanie to sztuka, której nie wszyscy umiemy podołać. 

Nie będę tu wymieniała żadnych błędów, ani podawała jakiegoś instruktarzu. W zasadzie chcę się skupić na samym początku klasycznej rozmowy. Na tym co wydaje mi się niezwykle śmieszne i z czym nie umiem sobie zazwyczaj poradzić.

Gdy spotykam kogoś, nie ważne czy się z nim widziałam wczoraj czy kilka miesięcy temu, Zazwyczaj zaraz po przywitaniu (nie mając ani chwili oddechu) zapada ten, jakże dla mnie niezręczny, moment, kiedy to mój rozmówca pyta "Jak tam?". Jest to pytanie przeze mnie znienawidzone. Dlaczego?

Bo jest bez sensu.

Wydaje mi się, że to niczego z sobą nie niesie. W 80% przypadków nie skłoni nas do dłuższej rozmowy, bo zazwyczaj nie obchodzi nas co u tej drugiej osoby słychać bo wiemy, że nie usłyszymy prawdy. To co nas najbardziej interesuje wynika zazwyczaj z dłuższej pogawędki, albo ta druga osoba zwyczajnie nie chce się tym z nami dzielić. Więc czy nie można choć trochę tego ułatwić i zapytać o coś więcej? 
Dokładając kilka wyrazów typu "Jak tam wakacje?" albo "Jak tam studia?" sprawiamy że konwersacja nie jest już tak sztuczna i wymuszona. 
Zresztą nasza mechaniczna odpowiedź "dobrze" też jest bez sensu.

Nie lubię takich rozmów, bo wprowadzają u mnie dysonans. Czuję się po nich niezręcznie zdając sobie sprawę, że w zasadzie ludzie są dla mnie po prostu uprzejmi. Nie wiem dlaczego mam akurat tak z tym krótkim i niewinnym pytaniem, ale jego niewinność uświadamia mi jak bardzo skupieni jesteśmy na sobie, a nie na innych.


Nie chcę by wyszło, że się czegoś czepiam. W zasadzie chodzi mi o niedorzeczność tego zwrotu. Polskie "Jak tam?" mimo wszystko różni się od angielskiego "How are you?" ,na które też w idiotyczny sposób, nawet gdy tak nie jest, musimy odpowiedzieć "Fine". Od naszego polskiego zwrotu wymagało się czegoś więcej, albo się wymaga, a zostało zbanalizowane, tak jak nasze relacje. Często ograniczone do internetu czy telefonów, wzbogacone o nieczęste spotkania face to face, uległy zbanalizowaniu. Przykre ale prawdziwe.



A najgorsze jest to, że każdy kto to przeczyta, pewnie będzie właśnie tak rozpoczynał każdą rozmowę ze mną... Przygotujcie się, że nie dostaniecie niczego poza standardowym "dobrze". Znieczuliłam się na społeczeństwo i nie łamię konwenansów.