środa, 25 września 2013

After reading: "Służące"

O książce Służące zrobiło się głośno, gdy do kin trafił film z Emmą Stone i Violą Davis w rolach głównych. Swoją drogą bardzo dobry film, który z perspektywy książki, jest bardzo dobrą, chociaż nie idealną ekranizacją.


"Dwudziestotrzyletnia Skeeter właśnie powróciła do domu po ukończeniu studiów. Ma wyższe wykształcenie, jest jednak rok 1962, a Skeeter mieszak w Missisipi. Jej matka nie spocznie, dopóki na palcu córki nie zobaczy obrączki. W zwykłych okolicznościach Skeeter szukałaby pociechy u ukochanej służącej  Constantine, która ją wychowała, ale Constantine znika i nikt nie chce wyjawić Skeeter.
Aibileen to czarna służąca, mądra i godna szacunku. Wychowuje już siedemnaste białe dziecko, ale doświadcza wewnętrznej przemiany po śmierci syna, który zginął, wykonujac ciężką fizyczną pracę, w nieodpowiednich warunkach. Jest ogromnie oddana dziewczynce, którą się opiekuje, choć wie, że prędzej czy później dojdzie zapewne do bolesnego rozstania.
Minny, najlepsza przyjaciółka Aibileen, to niska, tęga i chyba najbardziej pyskata kobieta w stanie Missisipi. Umie gotować jak nikt na świecie, ale nie jest w stanie trzymać języka za zębami, więc straciła kolejną pracę. Minny w końcu udaje się znaleźć zajęcie u kobiety spoza miasta, która nie miała okazji poznać jej reputacji. Nowa szefowa Minny ma jednak własne sekrety."*
Postanawiają połączyć siły i napisać książkę, po wydaniu której całe Missisipi może ulec zmianie.

Zawsze, czytając książki, mam kilka kryteriów jej oceniania. 
Po pierwsze tempo w jakim się ją czyta. Bym mogła cokolwiek przeczytać, muszę wpaść w rytm. Musi mnie wciągnąć już po kilku stronach, bym jej nie odłożyła, inaczej zwyczajnie się nudzę. Służące nie zaczynają się od wielkiego "bum!", autorka powoli i umiejętnie rozbudza naszą ciekawość. W momencie przekroczenia połowy książki, rośnie ona tak bardzo, że resztę pochłania się w oka mgnieniu. 
Po drugie pomysł, czy fabuła. Przeczytać coś oryginalnego jest łatwiejsze, niż coś takiego obejrzeć. Jednak pisarze również popadają w rutynę. Służące z pewnością są dalekie od schematów. Historia jest świeża i poruszająca, a do tego niezwykle ciekawa. Temat segregacji rasowej jest mi nieznany. Jeżeli chodzi o służbę czarnoskórych u białych, na myśl przychodzi nam głównie Mammy z Przeminęło z wiatrem, ale, jak w Służących jest wyraźnie zaznaczone, Margaret Michell pokazuje Mammy jako oddaną i kochana służącą, jednak nikt nie wie co ona czuła, nikt nie pokazał jak wygląda świat jej oczami. Służące stanowią więc całkowite przeciwieństwo. Poznać życie w Missisipi w latach 60. z punktu widzenia służby jest nie tyle ciekawe, co wręcz zajmujące i do tego stopnia, że zaczynasz wsiąkać w akcję (która problematyką niejednokrotnie doprowadza do szału)- to fantastyczne!
Po trzecie styl. Jeżeli jest koszmarny, nawet najlepszy pomysł się nie obroni. Gdy książka jest napisana przez analfabetę, widać to po pierwszych zdaniach. Często też można rozpoznać, że dany tytuł jest pierwszym w karierze autora. Służące to debiut Kathryn Stockett i w żadnym zdaniu, nawet w podziękowaniach, nie da się tego wyczuć. Styl autorki jest świetny, przemyślany. Najciekawszym zabiegiem jakim się posłużyła jest prowadzenie narracji z 4 perspektyw. Historię opowiadają trzy kobiety, każda mówi swoim własnym językiem. Skeeter jest wykształconą, absolwentką collegu, Aibileen to prosta ale inteligentna kobieta, natomiast jej przyjaciółka Minny to pyskata, rezolutna mistrzyni wypieków. Wszystkie te cechy możemy wywnioskować z samego sposobu narracji i języka. Ponadto autorka wprowadza również trzecioosobową narrację w czasie teraźniejszym. Jest to jeden z najciekawszych zabiegów literackich, tego typu, z jakimi miałam do czynienia. Do tego niezwykle umiejętnie zastosowany.
Następnie bohaterowie. Bohaterowie Stockett są prawdziwi, poruszający. Ich życiorysy to pasmo wzlotów i upadków, śmiechu i płaczu. Wszyscy są świetnie napisani, nawet te wstrętne wypacykowane białe paniusie tworzące pozory swojej wspaniałości, a główne bohaterki to odważne i zdeterminowane kobiety, które zwalczają wszelkie przeciwności.

Służące to poruszająca opowieść o życiu. Wzrusza i szokuje. Kilka razy wybuchałam głośnym śmiechem, albo komentowałam książkę na głos. Jest to powieść jakich nam potrzeba. Może w naszym kraju odbiera się ją tylko jako dobrą beletrystykę, ale idę o zakład, że w USA wywarła spore wrażanie. Opisuje prawdę i z pewnością trafia w czułe punkty tolerancyjnej "równej", amerykańskiej społeczności. Książka pokazuje jak niewiele jest różnic między ludźmi, bez względu na kolor skóry, wyznanie, czy pochodzenie. 

Kathryn Stockett pisze:
" Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: "Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej, niż sądziłam".
i wydaje mi się, że ten fragment nie tylko odnosi się do książki jaką tworzą bohaterki, ale również idealnie do samych Służących. Otwiera oczy na sporo spraw w ciekawy i porywający sposób.
Gorąco polecam!


*Opis zaczerpnięty z okładki :)

niedziela, 15 września 2013

Filmowe rekomendacje na ten tydzień.

Gdy rok temu zakładałam bloga myślałam, że będzie różnie, a dziś? Znów filmowo. Tym razem prezentuje dwa filmy, których oglądanie przysporzyło mi wiele frajdy i które gorąco polecam. Oczywiście wszystko bez spoilerów. Zresztą czy kiedykolwiek było inaczej?

Najpierw zacznę od filmu już kultowego, który od dawna widniał na mojej liście. Wreszcie zebrałam trochę rozrzuconej po kontach motywacji i zabieram się za klasyki. 

Klub winowajców/ The Breakfast Club (1985)



Nie ma dwóch takich samych osób. Często różnice między nami są tak duże, że wydają się nie do pokonania. Wydaje mi się, że najlepiej widać je w śród ludzi młodych, gdzie hierarchia i subkultury są mocno zakorzenione. Szczególnie na szkolnych korytarzach widać te indywidualności, grupki ludzi, które chcę gdzieś przynależeć, kształtując tym samym siebie, ale jednocześnie odrzucając innych. Wielu z nich nie dostrzega, gdyż do tego trzeba stanąć z boku, że tak na prawdę, pod tą warstwą ukształtowaną przez społeczeństwo, jesteśmy tacy sami.

"Klub winowajców" opowiada o piątce uczniów liceum, którzy za karę muszą spędzić sobotę w szkole. Różnią się od siebie wszystkim. Andy (Emilio Estevez) to sportowiec, członek drużyny zapaśniczej, pretendent do stypendium. Brian (Anthony Michael Hall) to jego całkowite przeciwieństwo, typowy kujon, piątkowicz, cichy i nieśmiały. Claire (Molly Ringwald) to królowa balu, dziewczyna z dobrego domu, bogata, ładna, popularna. Przy niej Allison (Ally Sheedy) wygląda koszmarnie, a do tego jest dziwaczką i samotnikiem, czasami wprowadzając w osłupienie otoczenie. Jakby tego było mało dołącza do nich John (Judd Nelson), który za nic ma sobie zasady i panujący porządek. Nie znają się, są sobie obojętni, z początku nieufni, zaczynają się wręcz kłócić, jednak w raz z upływającym czasem rozumieją, że jedynym sposobem na przetrwanie tych kilku godzin jest rozmowa dzięki której zaczynają siebie poznawać.

Obejrzałam wiele filmów o i dla młodzieży  Przewertowano w nich chyba wszystkie rodzaje problemów, pokazano wszystkie grupki  rodzaje ludzi. Nikt jednak tak dobrze jak John Hughes nie wszedł w kręgi młodych ludzi rozumiejąc ich, ich psychikę, a co najważniejsze stając po ich stronie, tworząc najważniejszymi postaciami, budując naszą do nich sympatię tak umiejętnie i nienachalnie jak to tylko możliwe. Okraszona świetnymi dialogami, kapitalną muzyką i bardzo dobra grą aktorską opowieść, która często bawi, ale i daje do myślenia. Ilość emocji jaka jest nam przekazywana jest naprawdę imponująca. Każdy może znaleźć w bohaterach cząstkę siebie. Zastanowić się nad własnym życiem, nad tym czy ludzie których postrzegamy w określony sposób nie są inni niż nam się wydaje.

"Klub winowajców" to jeden z tych kultowych filmów z lat 80. który każdy z nas widzieć powinien. To film dla każdego bez względu na wiek, poglądy, charakter.


Mała Miss/ Little Miss Sunshine (2006)


Kolejny z filmów "must see". 
"Mała miss" to film o rodzinie. Niezwykłej rodzinie, trochę dysfunkcyjnej, trochę dziwnej, ale kochającej się, a to właśnie ta miłość trzyma ich razem. Głowa rodziny to doradca życiowy Richard (Greg Kinnear), który uważa, że nigdy nie wolno się poddać i należy dążyć do perfekcji. Jego żona (Toni Collette) właśnie odbiera ze szpitala brata (Steve Carell), który niedawno próbował się zabić. Od tej pory będzie mieszkał w pokoju z siostrzeńcem (Paul Dano), który złożył śluby milczenia i nie złamie ich dopóki nie zostanie pilotem. Najmłodsza Olive (Abigail Breslin) to grubiutka, urocza dziewczynka w olbrzymich okularach, której największym marzeniem jest udział w konkursie piękności i oczywiście wygrana. Mała trenuje pod bacznym okiem dziadka (Alan Arkin), którego wyrzucono z domu spokojnej starości za narkotyki. Pewnego dnia cała rodzina rusza w pełną przygód i zwrotów podróż, której zwieńczeniem ma być konkurs Little Miss Sunshine. 

"Mała Miss" to jeden z tych filmów podczas oglądania których uśmiech niemal nieodłącznie gości nam na twarzy. To przezabawna komedia o rodzinnie, która jednoczy się w dążeniu do celu. Mimo iż temat wydaje się banalny, w "Małej Miss" nie ma nic z banalność. W swojej komediowej otoczce porusza przecież problematykę oswajania się z tym kim się jest. Mała Olive nie należy do piękności, boryka się z wyglądem, staje do konkursu u boku wypacykowanych, wymalowanych, wyćwiczonych lalek posyłanych na konkursy przez niewyżyte matki. Film porusza kwestię akceptacji, tolerancji i normalności w świecie, który jej nie potrzebuje. Każdy w tej rodzinie potrzebuje zrozumienia. Twórcy właśnie to próbują od nas pozyskać. 
"Mała Miss" to świetne aktorstwo, scenariusz, zdjęcia i przede wszystkim muzyka, która jest zwieńczeniem dzieła. 

To film, który wywołuje uśmiech. To przyjemne kino, w którym dowcip jest na pierwszym miejscu, a pod którym skrywa się kilka ważnych kwestii, które kształtują tę rodzinę. Każdy dramat, każdy problem, każde potknięcie przyjmowane jest na klatę, z uśmiechem w taki sposób, że chcemy być częścią tej dziwnej rodziny. W końcu zawsze chodzi o miłość.




Na koniec bardzo chciałabym podziękować Ani G. i zadedykować jej tę notkę, którą tak topornie pisałam i nie mogłam skończyć. Dzięki za to, że gdy pisałam byś mi nie przeszkadzała ty na złość odciągałaś mnie od pracy powodując, że pisałam to 2 razy dłużej.

niedziela, 1 września 2013

Generation Kill

Na to, co teraz dzieje się na Bliskim Wschodzie nie ma jakichkolwiek racjonalnych wytłumaczeń i nie jestem w stanie powiedzieć o co właściwie chodzi. Opowiadanie się po którejś stronie w sprawie Syrii, też przekracza możliwości mojego rozumowania. Broń chemiczna? Srsly? I niby dlaczego Amerykanie mają decydujący głos?

Żyjemy w kraju gdzie największym zagrożeniem jest chyba kryzys i polityka. Nie grożą nam żadne ataki, bo żaden z krajów świata nie bierze nas na poważnie. 
USA to jednak inna sprawa. Oni lubują się w recytowaniu Deklaracji Niepodległości, śpiewaniu hymnów i wieszaniu flagi narodowej przed domem. USA przechodzi kryzys ekonomiczny, inwazję grubych ludzi i karierę Miley Cyrus. Jednak wątpię by coś oprócz tego im realnie zagrażało. Oni jednak myślą inaczej, dlatego jak samoloty uderzyły w World Trade Center wypowiedzieli wojnę terroryzmowi i postanowili rozwalić pół Wschodu w poszukiwaniu kilku skurczysynów mających czelność decydować o losie ludzkim. Chwalebne, ale już krótko po tym zaczęto się zastanawiać czy nie ma to jakiegoś drugiego dna, bo przypadkowo tereny na których toczy się wojna są obfite w ropę. W każdym razie od dawna rząd USA rozsyła swoich ludzi po świeci i pokazuje jaki to jest wielki i potężny. 

Dość przypadkowo, nie zważając na to co dzieje się obecnie w Syrii, trafiłam na serial , który pokazuje to co działo się w 2003 roku w Iraku, kiedy to wojska amerykańskie i brytyjskie wkraczają do tego kraju by pozbyć się Sadama.


Generation Kill to 7-odcinkowy serial produkcji HBO na podstawie książki Evana Wrighta, który towarzyszył elitarnemu i specjalnie przeszkolonemu Pierwszemu Batalionowi Zwiadowczemu Korpusu Piechoty Morskiej, który miał za zadanie wprowadzić amerykańską armię do Iraku. Serial ukazuje 40 dni od momentu stacjonowania batalionu w Kuwejcie, aż po przekroczenie granic Bagdadu. 

Wydawać się może, że HBO stworzyło kolejny, piękny obrazek wspaniałej amerykańskiej armii, która niesie pokój. Cóż, nic bardziej mylnego. Generation Kill już od samego początku obdziera tę całą wojnę ze sztucznego napuszenia i patriotyzmu. Ukazuje współczesny wymiar wojny. Zamiast powiewającej flagi i śpiewania hymnu, mamy paczki Skittlesów, Pizza Hut i śpiewane przez żołnierzy piosenki Avril Lavinge. Koniec z pokazywaniem tej wojny jako czegoś, co ma uchronić amerykański naród przed atakami ze Wschodu. Serial trochę tę wojnę wyśmiewa i pokazuje jak bardzo te 'ideały' głoszone przez władze żołnierze mają gdzieś. Dowodem jest scena w której otrzymują oni listy od dzieci dziękujących za poświęcenie. Serial też pokazuje nieudolność władz, zamiatanie wszystkiego pod dywan, braki w wyposażeniu. Jest to też przekrój żołnierzy, w którym nie zabrakło wszędzie widzącego zagrożenie kapitana, kaprala, który przyjechał tu tylko po to by postrzelać, innego, który chce sprzedać film dla Foxa. 

Oglądając ten serial od razu nasuwa mi się wypowiedz Jacka Braciaka na temat filmu, z tym, że to co tu jest pokazane nie jest genialnym zabiegiem, a prawdą, którą trzeba poznać.

Dodając do tego spory budżet, markę HBO, świetną obsadę, kapitalne dialogi i fakt, że jest tylko 7 godzinnych odcinków, to wychodzi nam rewelacyjny serial, który mogę polecić każdemu.


Drogie panie, myślicie, że to nie dla was? Cóż dodam od siebie, że jest na kim oko zawiesić, więc każdy znajdzie coś dla siebie :)