środa, 31 grudnia 2014

Podsumowanie

Wszystkim teraz pewnie w głowie już dzisiejszy wieczór. Prasujecie garnitury, siedzicie u fryzjera, lub przeglądacie programy telewizyjne, zastanawiając się czy na wieczór wybrać Sylwester z Dwójka czy jednak z Polsatem. Bez względu na to jednak jakie macie plany, każdy robi sobie w głowie małe podsumowanie mijającego roku. Co dobrego, co złego nas spotkało. Co warto zapamiętać, a co najlepiej wyrzucić z pamięci. 

Rok 2014 nie był jakoś bardzo wyjątkowy. Był rokiem spokojnym, czasami leniwym, czasami niezwykle pracowitym. Jednego jestem pewna- minął za szybko. Wielu rzeczy nie udało mi się zrealizować. Były jednak takie momenty, które zupełnie nieoczekiwanie pojawiały się i sprawiały, że momentami moje życie było niezwykle intensywne.


Jeżeli dobrze wszystko policzyłam byłam w tym roku 40 razy w kinie. Pobiłam tym samym mój rekord. 



Przeczytałam znacznie mniej książek niż planowałam.

Ale udało mi się skończyć pierwszy rok podwójnej magisterki z sukcesami i zacząć drugi-ostatni z całkiem niezłymi prognozami.



Rok 2014 zapamiętam jako rok poważnych planów na przyszłość i chociaż prawie żadne z nich nie dotyczą tej "poważnej" strony mojego życia, są to plany, które za wszelką cenę chcę zrealizować.


Jeżeli wszystko pójdzie tak jak planuję 2015 nie będzie zwyczajny. Ba! z pewnością będzie przełomowy. Mam nadzieję, że przełomowy w pozytywnym znaczeniu.

Nie robię postanowień, robię plany. Wytyczam sobie punkty, zaznaczam daty w kalendarzu. Koniec życia na pół gwizdka. 

Do boju!

A wszystkim tym, którzy to czytają życzę tego samego co sobie. Niech 2015 będzie






czwartek, 27 listopada 2014

BookNerd Challenge: Matthew Quick x2


Po raz pierwszy zetknęłam się z Matthew Quickiem na początku roku gdy czytałam Poradnik pozytywnego myślenia. Na dwie kolejne trafiłam na Targach Książki i zachwyciły mnie okładki, które są po prostu piękne, a jako esteta oceniam książki po okładce. Jednak obie te pozycje to znacznie więcej. Matthew Quick wyrasta na mojego mistrza żonglowania emocjami. Każdy z jego bohaterów zmaga się z poważnymi problemami, jednak Quick radzi jak myśleć pozytywnie. W jego książkach można wyczuć promyki nadziei, bo chociaż opisywane historie można zaliczyć do tych beznadziejnych, nie możemy zapomnieć, że nadzieja umiera ostatnia. 

Literatura young-adult króluje na półkach księgarni. Może to seksistowskie co powiem, ale każda książka jaką czytałam napisaną przez kobietę nie dostarczyła mi tak cennych przeżyć jak te kilka książek napisanych m.in przez Johna Greena czy Matthew Quicka. Autorki książek dla młodzieży zbyt fantazjują, chcą na siłę stworzyć silne bohaterki, które na kilku stronach przeżywają coś niewyobrażalnego i fantastycznego. Przystojni rycerze na białych koniach, walka ze złem i przemiana bohaterka od szaraka do herosa. Te same utarte schematy, miliony czytelników, tak dużo naciąganych wartości.
Jak chcecie czegoś więcej, czegoś obdartego z patetyzmu, czegoś skonstruowanego inteligentnie i przemyślanie sięgajcie po męskich autorów. Nie chcę powiedzieć, że kobiety nie potrafią pisać, ale osobiście jestem na takim etapie życia, że mniej fantazji, a więcej prawdy ujmuje mnie jako czytelnika.



Prawie jak gwiazda rocka to książka dla nieco młodszych, ale myślę, że jednak dorosłych czytelników, chociaż chyba każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Opowiada o losach przebojowej Amber Appleton, która w bardzo ponurej rzeczywistości doszukuje się promyków słońca. Nazywana przez otoczenie Księżniczką Nadziei jest tym czym każdy chciałby chyba być.

Razem z matką i psem B3 mieszkają w Żółtku- szkolnym autobusie. Mimo dość tragicznej sytuacji w jakiej się znalazła nie traci optymizmu. Należy do Federacji Fantastycznych Fanatyków Franksa i ma najwspanialszych chłopaków pod słońcem. Po szkole uczy angielskiego Chrystusowe Diwy z Korei oraz wdaje się w potyczki słowne z Joan Sędziwą podczas środowych odwiedzin w Domu Starców.

Amber jest prawie jak gwiazda rocka. Jest jej wszędzie pełno, potrafi postawić na swoim, mówi to co myśli, robi co chce i wszyscy ją kochają. Bez kitu!

Książka Quicka z początku wydaje się kolejną, banalnie napisaną historyjka o nastolatce z problemami, jednak szybko owo złudzenie znika. Quick tak konstruuje książkę, że swoją lekkością zaskakuje. Nie nadużywa słów. Bez kitu! Nie stara się dopowiadać tego co czytelnik i tak czuje. Nie mydli nam oczu smętnymi opisami. Na tyle udało mu się wczuć w rolę nastolatki, że opisana historia nie wydaje się sztuczna, a wręcz jest nadspodziewanie realna.

Stojąc na przystanku w pochmurne listopadowe popołudnie, gdy ręce mi zamarzały, nogi dygotały , nie mogłam się od niej oderwać. Niejednokrotnie wybuchałam śmiechem zwracając na siebie uwagę. Quick zaraża optymizmem, ma całkiem dobre poczucie humoru i potrafi konstruować wartką akcję opartą na prostych założeniach.

Książka nie jest jednak tak słoneczna jak jej okładka, bez dramatyzmu i zwrotów akcji byłoby nudno. I tu również nie raz dostaniemy w twarz, ale czy nie jest tak, że po każdym dniu następuje następny w którym wszystko może wyglądać inaczej? Bez kitu! Naprawdę!

To książka o wierze w nadchodzące jutro, o przyjaźni, zaufaniu, nadziei gdy świat dookoła się sypie.

A na koniec zostawię was z haiku autorstwa Amber Księżniczki Nadziei Appleton

Pies nie zapomni
Ucałować cię przed snem
Nawet gdy cuchniesz







Wybacz mi Leonardzie jest tym rodzajem lektury, która niczym wiertło powoli przebija się przez warstwy naszej skóry i jak już dotrze do serca, rozrywa je na milion kawałków. 

Leonard Peacock właśnie skończył 18 lat i postanowił świętować swoje urodziny w sposób niezwykły. Z tej okazji przygotował prezenty dla przyjaciół, zgolił długie blond włosy i zapakował do plecaka pistolet... Leonard ma misternie ułożony plan, to jego największe dzieło, które ma pomóc mu w rozliczeniu się z życiem, problemami i ludźmi którzy go otaczają. 

Dla niego wszystko jest albo dobre albo złe. Widzi świat w czarno-białych barwach. Leonard ma dość udawania, dość grania pozorami. Chce to wszystko naprawić. Wystarczy pociągnąć za spust.

Quick bawi się emocjami, dawkuje nam wiadomości bardzo ostrożnie. Przez długi czas nie znamy motywów które kierują Leonardem, a gdy już się wszystkiego dowiadujemy, czujemy się jakby ktoś uderzył nas w brzuch. Piszą co problemach, o dylematach, Quick zawsze jednak zachowuje pewien optymizm, potrafi tak pisać o tragediach, że mimo bólu i buntu wiemy że wszystko ma swoją przyczynę.

Leonarda poznajemy poprzez jego czyny. To jakim jest, jakim był i jakim pragnie być. To książka dla każdego, który choć raz poczuł, że nie pasuje do otaczającego go świata, dla tych co czuli się choć raz niezrozumiali, niesłyszani. 

To za co cenię Quicka to sposób konstruowania opowieści. Tak jak pisałam wyżej, nie nadużywa on słów, potrafi opowiadać milcząc.  Umiejętnie konstruuje zdania, przekazując w nich bogatą i mądrą treść.

Okładka jest myląca, Wybacz mi Leonardzie nie jest delikatną pastelową opowieścią dla młodzieży. To ten rodzaj lektury, który w pewnym momencie ściska czytelnika ta mocno, że nie może się on oderwać od lektury.




sobota, 15 listopada 2014

BookNerd Challenge: Nasze szczęśliwe dni

W tym roku kupiłam sporo ksiażek, a jeszcze więcej czasu spędziłam na ich poszukiwaniach.
W całym tym procesie nauczyłam się kilku rzeczy, ale najważniejszą z nich jest moc nazwiska Nicholasa Sparksa. Osobiście, co z lekkim wstydem przyznaję, nie czytałam nic jego autorstwa, ale tak jak pewnie większość z was widziałam film Pamiętnik.
Nie trudno zauważyć, że wiele historii opiera się własnie na podobnym schemacie co ów Pamiętnik i tak też się dzieje w przypadku książki Julie Kibler Nasze szczęśliwe dni.


Schemat wygląda tak: Lata II wojny światowe, USA. Mamy młodą dziewczynę z dobrego, bogatego domu, której matka robi wszystko by wydać ją  za mąż. Mamy też biednego chłopaka, który pod żadnym względem nie jest idealnym kandydatem na męża, ale to nie przeszkadza by między tą dwójką zrodziło się uczucie. 

Jednak na tym podobieństwo do Pamiętnika się kończy. Problem Isabelle i Roberta nie opiera się tylko na różnicy klasowej. W ich przypadku o owej różnicy nawet się nie myśli. Robert jest czarnoskórym synem służącej, a w latach trzydziestych XX wieku takie związki były zakazane. Isabelle jednak na przekór wszystkiemu chce walczyć o miłość swojego życia.

Historia opowiadana jest z perspektywy czasu. Po wielu latach Isabelle powraca w rodzinne strony wyjawiając podczas podróży swoje sekrety Dorrie, która sama zmaga się z wieloma problemami.

Książka jest podróżą w czasie, podróżą przez nie tak krystaliczną historię USA. To opowieść o miłości i przyjaźni. Jednak nie jest to typowe romansidło. Chociaż nie zostałam porwana cenię tę książkę, za przemycenie tematów trudnych i ciągle bolesnych. Rozprawia się z problemem rasizmu, równości, tolerancji. Pokazuje, że mimo upływu lat, które poznajemy dzięki opowieści Dorrie, ludzi nadal dzielą mury wznoszone na przeświadczeniach, że kolor skóry lub grubość portfela świadczą o naszej wartości.

Napis na okładce mówi, że jest to książka idealna dla fanów Służących Kathryn Stockett i Pamiętnika Sparksa. I rzeczywiście tym ta książka jest. Jest zbitką dwóch historii tworzących całość. Jednak nie jest kopią a czymś nowym, ciekawym. Jeżeli więc czytaliście obie powieści, to ta pozycja może was zaciekawić, chociaż osobiście nie zostałam powalona bardzo się cieszę, że jednak po nią sięgnęłam. Uroniłam łzę, uśmiechnęłam się nie raz i nie raz pokręciłam głową z oburzeniem, a taka żywa reakcje jest najlepszym recenzentem.




Moja skala BookNerd Challange





wtorek, 11 listopada 2014

Interstellar

We współczesnym kinie widzieliśmy chyba wszystko. Powtarzające się schematy zaczęły być bardzo męczące i zaskoczenie czymś widza jest chyba niemożliwe. Christopherowi Nolanowi to się udało. W Incepcji przewrócił nasz tok myślenia do góry nogami, zabawił się naszym umysłem w sposób, w jaki nikt dawno nie postępował. Opadające szczęki zbieramy z podłogi do dziś, a analizom i próbom zrozumienia fabuły nie ma końca. Do tej pory, większość osób, które film widziała nie jest pewna, czy widziała to, co widzieć powinna. Tym też filmem Nolan zaskarbił sobie uznanie widzów, którzy już od czasów jego Batmana, szturmem będą biec na każdy kolejny film sygnowany jego nazwiskiem.


Fabuła Interstellar opiera się na dawno już przestudiowanych w Hollywood chwytach, a ostatnio bardzo chętnie wykorzystanych. 
Ziemię czeka zagłada, niechlubny koniec zbliża się wielkimi krokami. Ludzie umierają z głodu. Wątpliwa przyszłość nie jest szyta złotymi nićmi. Grupa śmiałków, którzy nadal mają nadzieję postanawia działać. Wiedząc, że Ziemi nie da się uratować postanawiają wyruszyć na poszukiwania innego Świata, w którym ludzkość mogłaby zamieszkać. W międzygalaktyczną podróż, która będzie wymagała nie tylko poświęcenia życia, które miało się na Ziemi, ale również pokonanie niewyobrażalnych trudności, wysyła się grupę, której najważniejszymi jedynym celem jest ratunek całej ludzkości. Przekraczają międzygalaktyczną przestrzeń i walcząc czasem załoga wyrusza w podróż w nieznane.

Nie zaliczam siebie do grona tych niesamowicie inteligentnych osób, które oglądając film analizują jego fabułę i oczekują logicznych wyjaśnień. Dla mnie kino ma być oderwaniem od rzeczywistości.  Interstellar tym jest. Nolan przenosi nas w światy, których żadne z nas oglądać nie będzie. Pokazuje to co niewyobrażalne dla ludzkiego rozumu. Oglądając tyle filmów o tematyce kosmicznej (?) może nam się wydawać, że widzieliśmy wszystko, ale okazuje się, że jednak się mylimy. Nolan tworzy swoje obrazy w oparciu o logiczne wytłumaczenia, opiera scenariusz na naukowych wyjaśnieniach, jednak, i chwała mu za to, nie rezygnuje z filmowej fantazji. Nie tworzy dokumentu na temat czarnych dziur i podróży międzyplanetarnej. Tworzy widowisko światła, dźwięku, koloru. Tworzy coś niewyobrażalnego w sposób dla siebie charakterystyczny. Oglądając film Nolana mam wrażenie, że chce on zachować choć troszkę dawnej magii kina i nawet w tak surrealistycznej dla nas scenerii jaka jest kosmos, można wyczuć nienarzucającą się pracę grafików komputerowych. (nie wiem czy jestem zrozumiana w tym temacie...)

Jeżeli chodzi o samo naukowe podejście do fabuły,wydaje mi się, że nikt nie chciał tu niczego na siłę mieszać. Film jest czytelny (przynajmniej jeżeli już koniecznie chcemy go porównywać w tej kwestii z Incepcją), a założenia fabularne dość klarowne. To za co ja cenię cały zabieg, to właśnie ten brak nadmiernego patosu i zawikłań, które w trwającym w prawie 3 godzinnym filmie mogłyby być nużące. Oczywiście cała teoria czasu jest dla mnie tak samo niezrozumiała jak przed seansem i film nic w tej kwestii nie zmienił, ale też tego nie oczekiwałam.

Tak "czas", to on na równi z pojęciem "grawitacji" jest głównym bohaterem opowieści. Bawiąc się z widzem film zmusza do analizy całej koncepcji tego gdzie i kiedy jesteśmy. Mimo wielu niedociągnięć i nadużyć mam wrażenie, że sama koncepcja jest polem do kolejnych analiz i przemyśleń, ale chyba głównie do własnych poszukiwań. Osobiście nie mam zamiaru w nic takiego się bawić. Nolan udowodnił mi tylko, że to co już wiem o czasie jest niepodważalną prawdą



i rzucając znanymi pojęciami, stworzył iluzję inteligentnego i naukowego wywodu. Wydaje mi się, że tym samym wielu z nas zapomina, że to tylko film, a nie naukowy eksperyment.

Przechodząc do bardziej przyziemnych elementów, muszę przyznać, że na tym polu nie odczuwam najmniejszego zawodu. Wciskanie Matthew McConaughey wszędzie gdzie się da i mianowanie go kandydatem do Oscara za każdy film jaki popełni troszkę męczy, jednak muszę przyznać że niemal w każdej roli jest bardzo przekonujący. 

Kapitalne zdjęcia i efekty na najwyższym poziomie stanowią tło, które staje się bohaterem. Jak wcześniej wspomniałam nie odczułam tu przepychu i wciskania w ekran tego co niepotrzebne. Dla mnie kosmos Interstellar jest niesamowity i piękny. Jest bardziej realny niż być powinien i niż się tego spodziewałam. Cieszę się, że nie mogę tego porównać do innych wszechświatów jakie widziałam w kinie. Czuję, że nie muszę tego robić i sama nie jestem pewna jak to uzasadnić. Zdjęcia pieszczą moją artystyczną duszę i są czystą przyjemnością dla już nieco przewrażliwionego oka.

Im dłużej siedzę w kinie tym bardziej wyczulam się na element,y na które jeszcze kilka lat temu nie zwracałam najmniejszej uwagi. Chociaż muzykę do filmu stworzył sam Hans Zimmer, którego cenię za każdy projekt, to tu przede wszystkim zwróciłam uwagę na ciszę. Wielkie brawa dla dźwiękowców, którzy dopieścili film w każdej scenie.

Przez te wszystkie ochy i achy może wam się wydawać, że widziałam film wybitny. Nie, Interstellar nie jest arcydziełem. Wiele logicznych i chyba niewytłumaczalnych dla samego Nolana wpadek, chwilowe nużące przeciągnięcia akcji i amerykański patriotyzm kują w oczy. Widząć już jednak trochę filmów i zdając sobie sprawę z motywatorów i oczekiwań publiczności, jak i z założeń popkultury, na te sprawy trochę przymykam oko. Gdy widzę artystyczne cudeńko, logikę odsuwam na bok.

  • Interstellar ma wszystko to co mieć powinien. Obsadę, historię, muzykę, zdjęcia i genialnego reżysera. Oczywiście nie wbija w fotel, nie robi z mózgu papki i nie wykręca nas jak mokrego ręcznika. Jednak czy każdy film Nolana będziemy do końca świata porównywać do Incepcji? Czy z każdego kolejnego filmu będziemy chcieli wyciągnąć niezrozumiałe dla nas naukowe teorie, by przy piwie po seansie udawać, że rozumiemy o czym była mowa?

Zasmucę was- aż tak mądrzy nie jesteśmy.

Tym co mnie najbardziej irytuje u współczesnego kinowego widza jest to, że chce wyglądać na mądrzejszego niż jest. Kino to nie wysoka sztuka, kino ma służyć rozrywce. Kino nie kształci, kino bawi. Jeżeli dowiemy się czegoś nowego to fantastycznie, ale nie zapomnijmy, że siadając w fotelu, w momencie gdy gasną światła i kończą się reklamy jesteśmy przenoszeni w inne wymiary, których nigdy nie ujrzymy.  Współczesne kino to tania rozrywka dla mas i nawet wybitne i poruszające dzieła tego nie zmienią.

Interstellar polecam wszystkim tym, którzy widzą coś więcej poza czubkiem własnego nosa, którzy widzą i oczekują od filmu zarówno intelektualnego wyzwania jak i niebanalnej rozrywki. Tym, którzy potrafią rozebrać film na czynniki pierwsze i docenić każdy jego element, jednocześnie składając to w całość.

czwartek, 30 października 2014

BookNerd Challenge

Od pewnego czasu krążył mi po głowie pewien pomysł.
Uwielbiam czytać książki, rok temu ustawiłam sobie roczny challenge na goodreads, gdzie ustaliłam ile książek chce przeczytać w rok. Bardzo szybko okazało się, że pułap był za wysoki. Rok wcześniej miałam znacznie więcej czasu, w tym godząc 2 kierunki, praktycznie będąc wyłączoną z połowy wakacji, musiałam challenge obniżyć.
Jednak teraz jestem zdeterminowana by podjąć kolejny.
Czy się uda nie wiem, ale mam nadzieję, że ogłaszając go tak oficjalnie przynajmniej się bardziej zmobilizuję.

Moja kupka "Do przeczytania" niezmiennie rośnie, dlatego czas się za nią porządnie zabrać.


bo ostatnio dorzuciłam jeszcze kilka:



Postanowiłam, że raz na dwa tygodnie będę tu zamieszczać recenzję świeżo przeczytanej książek. To znaczy, że będę miała na jej przeczytanie dwa tygodnie. Może to nic wielkiego, ale jakiś początek. 

Nie mam pomysłu na nazwę dla wyzwania (może zostanę przy BookNerd Challenge...), ale będzie się on ukazywał regularnie. To też zmusi mnie do jakiejś systematyczności. 

Tak więc zaczynając od dzisiaj wybieram jedną pozycję i zabieram się za czytanie.

Do zobaczenia za dwa tygodnie :)


środa, 29 października 2014

Witajcie w Gotham!

Październik to dla serialoholika trudny okres. To czas gdy większość seriali powraca po kilkumiesięcznej przerwie. Jest to też okres premier, a jako że pisząc tę notkę, najprawdopodobniej w pewnym momencie przerwę by obejrzeć nowości, podzielę się z wami moimi spostrzeżeniami na temat 3 seriali, które w październiku zagościły w amerykańskiej telewizji, a dzięki wynalazkowi internetu również ta mniej uprzywilejowana europejska (no powiedzmy prawdę- polska) publiczność miała je okazję skosztować.

Wyszło tak, że każdy z niżej podanych seriali wywodzi się z jednego Uniwersum. Los chce tak, że w momencie kiedy piszę tę notkę inne universum podaje pokaźną listę filmów, które ma zamiar wyprodukować przez najbliższe 6 lat. Ludzie śmieją się, że pierwsze pozostaje w tyle, ale nie zauważają, że stosowana jest tu całkiem inna polityka i osobiście nie lubię tej całej słownej przepychanki. DC i Marvel walczą ze sobą, tak. Marvel włada kinem, tak. Zarabia kokosy, tak. Ale to DC ma najbardziej kasowych bohaterów (którym jest Batman i chyba będę musiała w końcu o tym napisać) i to DC stało się w krótkim czasie królem telewizji. 

Marvel ma swoje niestety słabe Marvel's: Agents of S.H.I.E.L.D. DC natomiast  stworzyło w 3 lata 4 seriale z czego 3 już cieszą się sporym powodzeniem. 


The Flash



Każdy, mam nadzieję, kto ogarnia troszkę tematykę superbohaterską,wie kim jest Flash. Jeżeli oglądaliście TBBT znacie go chociaż z takiej sceny 


Krótko mówiąc, cytując Barry'ego jest to "najszybszy człowiekie na świecie". Okoliczności tego, jak Barry uzyskuje moce są wytłumaczone, dość logicznie (jak na superbohaterskie coś) w pierwszym docinku serialu. Flash przepełniony jest klimatem komiksowym. Czuć, że jest to serial o superbohaterze. Luźny, przyjemny, zabawny. Mamy super zbrodniarzy, pana z policyjną odznaką i zagubionego jeszcze w nowym świecie chłopaka, który stopniowo odkrywa swoje moce. Jest też ładna dziewczyna i Team który śpieszy mu z pomocą.

Jeżeli jednak chcielibyście się zabrać za ten serial sprawa nie jest tak całkiem prosta.



Flash jest spin offem do jednego z największych hitów ostatnich lat telewizji CW - Arrow. Jako wielka fanka Arrow z niecierpliwością, odkąd tylko usłyszałam o planach  produkcyjnych, odliczyłam dni do pierwszego odcinka.
To właśnie w Arrow po raz pierwszy poznajemy Barry'ego Allena i okazuje się on tym typem postaci, której nie da się nie lubić. Zabawny, roztargniony chłopak od razu skrada nasze serce, a jego relacja zarówno z samym Oliverem Queenem jak i Felicity jest wisienką na torcie jego obecności w serialu. 
CW też o tym nie zapomina i obiecuje nie rozdzielać obu produkcji, czego już się trzyma, poprzez pojawianie się bohaterów Arrow (chociaż nie takie częste) w niektórych odcinkach i zapowiedzianym crossoverem w połowie sezonu.

Dlatego właśnie Flasha polecam pod warunkiem, że sięgniecie po cały pakiet. Arrow i Flash trochę się od siebie różnią, ale są z drugiej strony tym na co wszyscy czekaliśmy. CW zaczyna tworzyć swoją ligę bohaterów wskrzeszając postaci zapomniane. DC kojarzy się nam z Batmanem, Supermenem, Wonder Woman i Green Lantern, ale zapomina się o dziesiątkach wspaniałych postaci, które gdzieś zakurzone czekały na ponowne odkrycie. Oprócz Green Arrow, Flasha CW ofiarowuje nam całą masę innych postaci i bardzo często puszcza oczko do uważnego widza. Wspaniałe czarne charaktery z Deathstroke i ... wspominanym (edit. a może nie tylko) Ra's Al Ghulem są tym na co czekałam. Dla mnie jest to często istna uczta i na każdy kolejny odcinek czekam z niecierpliwością. 


Gotham

Produkcja na którą czekałam równie niecierpliwie, a która budziła niestety moje większe obawy. Nigdy nie ukrywałam, kto jest moim ulubionym superbohaterem. 



O Batmanie powstało już tyle filmów, że trudno jest sobie wyobrazić coś, czego się już nie widziało. Jak udowodniła stacja Fox nadal można odcinać kupony od Nietoperza i nie być posądzonym o kalkowanie. 

Gotham to całkiem inna historia. Akcja serialu rozpoczyna się w momencie morderstwa Waynów i skupia na jednej z opok całej historii Batmana- Jimie Gordonie. Nie mamy tu Mrocznego Rycerza, bo Bruce ma kilkanaście lat, jest młodziutkim chłopcem w wyprasowanej starannie przez Alfreda koszuli, Kobieta Kot to zagubiona nastolatka bez miejsca na ziemi. Akcja skupia się na tych starszych. Gordon dopiero poznaje specyfikę Gotham, uczy się jak funkcjonować w tak zepsutym miejscu. Może się wam wydawać, że bez Batmana będziecie się nudzić. Nic bardziej mylnego. Ponownie twórcy zadbali o to  by popieścić fanów. Puszczane co chwila oko, easter eggi, stanowią filar produkcji. Przez ulice Gotham przewijają sie postacie dobrze nam znane z produkcji Burtona czy Nolana. Młodsze, mniej lub bardziej zniszczone. Mamy Pingwina, mamy Trujący Bluszcz, mamy Barbarę Kean (która jest narzeczoną Gordona, a połączenie jej imienia i jego nazwiska coś wam mówić powinno:)) , Zagadkę i całą masę znanych z komiksów i filmów aluzji. 



To co mnie jeszcze w Gotham urzeka to estetyka. Osobiście nadal mam problemy z osadzeniem akcji w czasie, ponieważ z jednej strony mamy kipiący z każdej sceny styl retro, z drugiej kilka nowoczesnych rzeczy, które ów styl burzą. Mnie jednak najbardziej zadowala miasto. U Nolana trochę mi brakowao tej niesamowitej zgnilizny Gotham, którą stworzył Burton. Twórcy serialu estetyką bardziej zmierzają właśnię w stronę burtonowskich produkcji. Patrząc na ekran automatycznie przypomina mi się opis miasta z książek o Batmanie.


Nieliczne latarnie oświetlały handlarzy narkotyków spieszących do dziwek, panienki naśmiewające się z żółtodzioba obskubywanego w trzy karty, narkomanów i lekomanów pokulonych w różnych kontach. Ciągle było jeszcze jasno w salonach tatuażu, teatrzykach seksu i zrujnowanych barach, gdzie brudne okna połyskiwały neonowymi imitacjami dziennego świata. A nad wszystkimi unosiła się z przywalającym uśmiechem Luna, księżyc w pełni, stary symbol szaleństwa. Witajcie w Gotham! Takie było to miasto nocą, pełne zgubionych dusz i ulicznych śmieci, które gdzie indziej chowały się w cieniu albo zmiata do rynsztoków. Ale Gotham było zbyt duże i wymykało się spod jakiejkolwiek kontroli".

Serial wpisuje się w tę estetykę idealnie. 

Również gorąco polecam. 

(Chociażby dla samego Pingwina. Casting przebiegł tak dobrze, że znaleziono faceta, który wygląda jak Pingwin nawet bez charakteryzacji - jak ja nie znoszę faceta!!!! <3 )

Witajcie w Gotham!

Constantine


Kolejny serial z dorobku DC, który, po pierwszym odcinku zapowiada się interesująco. Constantine  jest ekranizacją serii komiksów "Hellblazer" i jest to opowieść o facecie nazwiskiem Constantine, który jest "mistrzem czarnej magii" i walczy z demonami itd.

Cóż po obejrzeniu jednego na razie odcinka, moja reakcja wyglądała mniej więcej tak:




i nie dlatego, ze nie wiedziałam "na co patrze". To było takie raczej pozytywne "WTF?".

Ciężko stwierdzić co przyniosą następne odcinki. Serial jednak ma kilka zalet, które skłonią mnie do dalszego oglądania.Główny bohater jest charyzmatyczny,  ma poczucie humoru, jest tajemniczy i do końca nie wiesz kim tak an prawdę jest. Do tego ten akcent <3
Poza tym posłużono się tu, tak się nam* przynajmniej wydaje, zabiegiem filmowania, który miał nawiązywać do samego komiksu. Klatki niczym okienkowe komiksy, sposób kamerowania i zwolnione tępo pozwalają na, tak jakby, wyszczególnienie komiksowych sekwencji.

Na razie jestem zaintrygowana, a lubię to uczucie. Spróbujcie sami ocenić, może NBC trafi w wasze gusta.






*nam- Ani i Anicie z którymi dzielnie skreślam z listy wszystkie seriale i filmy

sobota, 25 października 2014

Uzależnienia...

Uzależnienie jak podaje Słownik Języka Polskiego to „stan silnego przyzwyczajenia powodujący czyjąś zależność od jakiejś osoby lub rzeczy, np. narkotyków lub alkoholu”. Od żadnej z tych rzeczy uzależniona z pewnością nie jestem, co nie zmienia faktu, że są w moim życiu rzeczy, bez których ciężko byłoby mi egzystować. Gdy zaczęłam się nad nimi zastanawiać, zrozumiałam, że z niektórymi niżej wymienionymi mam pewien problem i choć może nie podchodzą pod leczenie, z pewnością ich brak wywołałby u mnie jakieś zaburzenie.

Tak więc przedstawiam wam krótka listę moich uzależnień, które na chwilę obecną w pewien sposób mnie nawet charakteryzują, a z pewnością (co najważniejsze) sprawiają mi ogromną przyjemność.

Rozejrzałam się po pokoju, najbliższym otoczeniu i o to co odkryłam:

Książki

Tymi nieprzeczytanymi pozycjami mogę się teraz pochwalić- 
ładnie czekają aż przyjdzie ich kolej.

Jeden z najprzyjemniejszych grzeszków na liście. Uwielbiam kupować książki, mieć je na półce, wąchać i czytać. Kolejność wcale nie jest przypadkowa. Gdy zerkniecie na moją, niedużą, półkę możecie zauważyć kilkanaście nieczytanych pozycji. Problem nie polega na tym, że lubię mieć a nie czytać, ale na tym, że za każdym razem jak mam ochotę coś przeczytać albo mi ktoś coś pożyczy, albo sama się udaję do biblioteki i zapominam o pozycjach w domu. Nie mam czasu na czytanie co wieczór, albo od razu po zakupie. Często też kupuję hurtowo korzystając z licznych obniżek i na 3 kupione pozycje jedna zawsze jest przeczytane. Jednak w tym czasie zdarza mi się kupić kolejną...  Niczego oczywiście nie żałuję i ciągle sobie powtarzam, że robię odwyk od kupowania dopóki nie przeczytam wszystkiego, ale niestety na razie mi nie wychodzi. To moje pierwsze uzależnienie.



Kolor granatowy

Na pytanie jaki kolor najbardziej lubię nigdy nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie. Jednak zajrzałam do szafy i wiem jaki kolor najbardziej lubią moje oczy:



Mam całą szafę granatowych rzeczy, chodząc po sklepach najpierw sięgam po granatowe ciuchy by za chwilę sobie uświadomić, że 10 koszulka czy bluza w tym kolorze może być przesadą.



Flaga Brytyjska

Moją miłość do Wielkiej Brytanii trudno jest przeoczyć...

I regret nothing...Yep...

Przez wiele lat czysto platoniczny związek objawiał się nadmiernym i całkowicie niepotrzebnym kupowaniem przedmiotów z motywem Londynu i brytyjskiej flagi. Począwszy od pudełek, obrazków po ubrania, kubki i zeszyty. Myślałam, że kiedy wreszcie tam pojadę coś się zmieni... nic z tego :)



Filmy i seriale

Ci co czytają tego bloga pewnie zauważyli, że ponad połowa postów dotyczy filmów i serial. 

lista moich postów- te z gwiazdką są na wiadomy temat...

Na pytanie kim chciałabym być w przyszłości na pewno odpowiedziałabym- kimś, kto ma do czynienia z kinem. Gdybym miała wykonywać jedną czynność do końca życia, byłoby to oglądanie filmów i seriali. Uwielbiam kino, wydaję na nie najwięcej pieniędzy. Mogłabym nie jeść, nie kupować ubrań i ksiażek, gdybym miała wybierać to, albo bilety do kina.
A gdybym miała wam udowodnić na przykładzie mojego otoczenia, dlaczego zaliczam to do uzależnienie... popatrzcie chociażby na moje drzwi:







Uwielbiam każde z moich uzależnień i wiem, że mam ich jeszcze kilka. Tonę notatników, zeszytów w których prowadzę najróżniejsze notatki. Uwielbiam robić listy wszystkiego. Koszulki z nerdowymi nadrukami (które ostatnio zaczynają być głównym elementem mojej szafy). 


To cała ja, to to co mnie charakteryzuję.
Każde z tych uzależnień jest tak samo przyjemne jak i mam nadzieję nieszkodliwe. 
Uzależniania mają sprawiać przyjemność, a te moje są jedną z najprzyjemniejszych elementów życia. 






piątek, 3 października 2014

I hejt Kraków

Oczywiście nie nienawidzę Krakowa. Właściwie to uwielbiam to miasto, ale dziś rano nienawidziłam tego miejsca najbardziej na świecie.

Dziś zostałam hejteram.

Dwa dni temu media z wielkim oburzeniem komentowały astronomiczne korki i gigantyczne opóźnienie, zwalając winę  na MPK i ich brak ogarnięcia faktu, ze rok akademicki się zaczął. MPK oburzało się na tych co się oburzali, a spóźnienie nienawidzili wszystkich wymienionych wcześniej.

Jadąc dziś na uczelnię przeszłam chyba przez wszystkie możliwe fazy hejtu. 

1- włączyła mi się jak tylko przeszłam przez próg. Pogoda o tej porze roku jest straszna i tak dołująca, że z nerwem ruszyłam na przystanek gdzie oczywiście byłam za wcześnie.

2- na autobus bo jechał za wolno, stanowczo za wolno. Było duszno, ludzie się pchali i głośno komentowali to jak jest ciasno.

3- na władze miasta za kompletne nieogarnięcie Alei. Jeden z strategicznych punktów miasta zawsze jest zatłoczony do granic możliwości.  Problem mają nie tylko kierowcy ale i piesi.

Jednak przez godzinę 10 minut jazdy odcinka który, łącznie ze staniem na przystanku, pokonuje się w 25-30 min, człowiek zaczyna rozumieć gdzie jest pies pogrzebany.

Wszystkiemu winni są ludzie. Gdyby każdy z kierowców, który wsiadł dzisiaj do samochodu zachował choć trochę przyzwoitości i posiadał jakąkolwiek kulturę jazdy wszystko szło by znacznie szybciej.

W ten oto sposób każdy wpycha się na skrzyżowanie na czerwonym, ma opóźniona reakcję, nikt nikogo nie przepuszcza. Jeden na drugiego trąbi, nikt nie jedzie, Kraków stoi. Miasto nie robi nic by usprawnić ruch. Bus passy zapychane sa przez taksówki i motocyklistów. Autobusy nie mają pierwszeństwa. Sygnalizacja świeci się jak na dyskotece, nie ma płynności, nie ma reguł, tylko chamstwo i złość.
Każdy chce być pierwszy, nikt nie dojedzie na czas.

Gdy spóźniłam się 40 min na zajęcia byłam zła jak osa. Gotowa na rzucanie przekleństwami na prawo i lewo. Teraz mi już przeszło, co nie zmienia faktu, że mamy poważny problem- z nami samymi. Egoiści do granic możliwości, gdzie trochę kultury i pokory to słaby punkt i każdy silniejszy może nas zdeptać jak mrówkę. 

Miasto to dżungla, a ludzie to dzikie zwierzęta, które bez skrupułów walczą o byt. 

Są takie dni gdy nienawidzę wszystkiego i wszystkich.

To był taki dzień.

piątek, 12 września 2014

10 książek, które wywarły na mnie największy wpływ.

Challange czy łańcuszek. Jak zwał tak zwał.

Po słynnym Ice Bucket Challange (które było fajne dopóki robili to celebryci i kasa szła strumieniami) nastała moda na mniej istotne Challange. Nominowanie wszystkich do wszystkiego, to forma rozrywki społeczności internetowej. Piwny challange, zdjęcia z dzieciństwa challange, złote myśli challange...

O ile do Piwnego Challangu nikt mnie nie nominował i się z tego powodu nie smucę, to gdy zobaczyłam Challenge Książkowy pomyślałam, że to jest coś co mogłabym zrobić...

Ale nominacji nie dostawałam. Moi znajomi albo nie czytają książek, albo nie przekazują sobie łańcuszków, pomyślałam.

Wtedy w głowie zaświtała mi pewna myśl, że sama mogę siebie nominować. Nie chciałam jednak podejmować tego na feacebooku, wiec cieszę się że mam To miejsce. Oczywiście nie mogłam się zebrać, ale dzięki uprzejmości szanownej koleżanki Karoliny zostałam nominowana i oto jestem. 

Karolino: 

Ale żeby nie było tak kolorowo-facebookowo, mój challenge trochę zmodyfikuję. 
Już dawno miałam robić rekonesans mojej półki z książkami. Nie jest pokaźna, ale zawiera większość najważniejszych dla mnie tytułów.

Mój challange więc nazwę:

"10 książek z mojej biblioteczki, które wywarły na mnie największy wpływ"

1. 



Harry Potter całkowicie zmienił moje życie. Dzięki tej serii nauczyłam się czytać. Nie faktycznie czytać, co czytać dla przyjemności. Rowling zawdzięczam swoją miłość do książek. Poza tym, to nie zapomniane 10 lat mojego życia, wyczekiwania na każdą kolejną część, na filmy. Coś czego już nigdy nie doświadczę. Wstawanie rano, spieszenie do księgarni, przekręcenie pierwszej strony by po kilku godzinach przekręcić ostatnią...


2.


Moja ulubiona książka, którą czytam co roku, od kilku dobrych lat. Jest to historia, która w pewien sposób miała też wpływ na mój sposób myślenia. Trafiłam na nią w idealnym czasie i pomimo upływu lat wydaje mi się ciągle tak samo aktualna i pasująca do mnie. Z całej serii to ta, wydaje mi się perfekcyjna i taka... moja. 


3.


Mieliście kiedyś tak, że czytając książkę siedzieliście zalani łzami, drżącymi rękami przewracaliście strony, a po ostatniej poczuliście mieszankę pustki, szczęścia i ulgi? Ta pozycja wywołała we mnie pewnego rodzaju katharsis i otworzyła mi oczy. Nauczyłam się więcej niż z podręczników do historii. Poznałam piękną opowieść, która głęboko wdarła się w moje serce.


4


Tolkien jest niewątpliwym geniuszem. Nie tylko napisał książki, ale stworzył krainy, światy, które tak surrealistyczne, w jego powieściach, były bardziej realne niż świat za oknem. Kto raz trafi do Śródziemia, nie może z niego uciec. Każda kolejna książka wydaje się czerpać z Tolkienowskiej skrzynki z fantastycznymi pomysłami. Niedościgniony geniusz, niezaprzeczalny wzór.


5.


Ta książka to straszna, ale całkiem realna wizja dziejów. Orwell napisał coś tak abstrakcyjnego, a zarazem tak aktualnego i rzeczywistego, że z fikcji możemy wyciągnąć wskazówki do realnego życia. To tytuł obowiązkowy, absolutne "must read". To genialny koszmar fikcyjnej przyszłości, jakże proroczy dla naszej codzienności.


6.


Są książki, które będą wiekopomnymi dziełami literackimi i takie które po prostu wkradną się do naszego serca i dla nas samych staną się niezwykle cenne. David Nicholls ogrzał moje serce, sprawiając mi tą lekturą przyjemność. Niezwykle lekka, ciepła historia miłosna. Coś czego często nam potrzeba by oderwać się od szarej codzienności. Ta książka bezustannie wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

7.




Wreszcie polski autor. Gombrowicz to szaleniec, który napisał niezrozumiałą książkę, którą trawię do tej pory. To fikcja, która przekracza jakiekolwiek normy racjonalnego rozumowania. Genialna pozycja, która bezustannie do mnie wraca. Lektura którą ciągle rozumie się na nowo i ciągle tak samo nie rozumie się Gombrowicza. Fantastyczne, surrealistyczne niezrozumienie.


8.


O tej pozycji pisałam już wcześniej. Biorąc ją do ręki nigdy nie przypuszczałam, że  będzie to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Nie jest to wybitne dzieło literackie, jednak gdy zastanowię się co dla mnie znaczy, okazuje się niezwykle ważna. Jako filolog doceniam ją za stylistykę, język, lekkość i pomysł. Coś co dostarczy nie tylko przyjemności w poznawaniu historii, ale również przyjemności estetycznej. 


9.


Są książki wybitne, są książki słabe, są też książki legendy. Do tej kategorii zaliczam tę pozycję. To tytuł, który zawsze będzie widniał na liście "Książek które trzeba przeczytać przed śmiercią". Ponownie dziwna pozycja, która ma w sobie coś tak surrealistycznego, że aż fascynującego.


10. 

Każdy felieton Clarksona jest jak małe dzieło literackie. To z jaką łatwością, humorem, ironią i pazurem opisuje rzeczywistość, jest dla mnie wzorem dziennikarstwa. Tak Clarkson jest moim wzorem do naśladowania. Nawet jeżeli pisze o samochodach... och nie, dzięki temu Panu samochody są fascynujące!




Jednak jest wiele fantastycznych książek, których tu nie wymienię, wiele fantastycznych autorów, których nie mam w swojej kolekcji. Wiele pozycji, które wywarły na mnie większy wpływ, niż niektóre z tych 10 powyżej. 

Najważniejsze jednak w tej całej zabawie jest to, że każdy zastanowi się nad tym, co przeczytał, nad tym ile czyta i jak. 
Możemy czytać miliony książek, ale mogą one nie mieć znaczenia, jeżeli pośród nich nie znajdzie się chociaż jedna, która będzie coś znaczyć.

Nie ważne co czytają inni, co innym się podoba. Ja wyznaję zasadę, że jeżeli coś mnie poruszy (w jakikolwiek sposób) to jeżeli inni uważają to za marne czytadło, dla mnie będzie zawsze na honorowym miejscu w mojej biblioteczce i nie mam się czego wstydzić.

(A żadna z wyżej wymienionych pozycji nie jest marnym czytadłem, tak dla jasności)

środa, 3 września 2014

Po miesiącu w Niemczech

Obiecałam sobie, że będę pisać częściej, a że mój pobyt w Niemczech dobiega końca, oto jestem z kolejną notką.



Ronda

Wiem wiem, dziwnie zaczynać od ronda, ale... one są tu wszędzie. Zwykła krzyżówka? Nie, postawmy sobie rondo! 
W Niemczech są 2 rodzaje rond.
Duże (takie wieeeeeeeeeelkie) zarośnięte i wyglądające jak góry, przez co nie widzisz drugiej strony.
Małe z dziwnymi rzeźbami na środku, jak jakaś metalowa konstelacja czy podobizny... czegoś co było czerwone lub niebieskie.

Drogi

Niemieckie drogi to legenda, to już jakiś wyznacznik poziomu. Wszyscy wiemy, że niemieckie autostrady to marzenie każdego polskiego kierowcy, które nigdy się nie ziści. Nie dość, że bez ograniczeń, to jeszcze płynie się po nich bez żadnych przeszkód. No chyba, że trafią się jakieś roboty drogowe, ale wtedy ograniczenie spada do 60k/h więc i tak przyzwoicie. Jednak to co w Niemczech uderza najbardziej, to niesłychanie wysoka kultura jazdy. Nawet jeżeli dożyjemy czasów kiedy równie szybko będziemy mogli sunąć na polskich drogach, będziemy mieć równie fajne samochody, to i tak wszyscy zginiemy. Polacy nie potrafią jeździć po autostradach, a Niemcy owszem. To widać na pierwszy rzut oka. Wolny lewy pas, przepuszczanie, płynność, przestrzeganie przepisów. Tylko pozazdrościć. 

Samochody

Niemcy mają chyba dwa rodzaje samochodów - na co dzień i od święta i oczywiście większość wygląda tak jakby dopiero wyjechała z salonu. Nic w sumie dziwnego, niemieckie marki chyba są całkiem dobre, więc dlaczego nie korzystać. Poza tym można zauważyć całą masę samochodów szpanerskich, takich kolekcjonerskich cacek, które u nas widzimy na wymyślnych zlotach. Niemcy kochają samochody, zresztą tak jak pół świata kocha ich samochody.

Piłka nożna

Nie mówiłam, nie mówię i nie będę mówiła po niemiecku, ale nazwiska piłkarzy niemieckich znam. Gdy przez cały dzień w pracy słuchało się niemieckiego radia, to jeżeli już nie leciał ten utwór, musieliśmy słuchać rozmów niemieckich radiowców, wiadomości itd. I wierzcie mi, niemieccy piłkarze byli wymieniani tak często jak Putin. 
Poza tym dobrze znać również polskich piłkarzy. Oczywiście spodziewałam się, że wiedza o tym jak wygląda i gdzie gra Lewandowski może się przydać, ale z doświadczenia powiem wam, że jak kojarzycie Podolskiego to nawet lepiej.

Ulice i domy

Niemcy to pedanci jeżeli chodzi o ich własne otoczenie. Podkreślam własne, bo strefa publiczna to inny temat. Zadbane budynki, skoszone trawniki, zero śmieci na ulicach. Po prostu porządek, aż mdli. Naprawdę zaczynam tęsknić za Polską niedoskonałością. Niemcy sa troszkę pod tym względem nudni. Oczywiście w sumie byłam zachwycona tymi starymi, wypielęgnowanymi budynkami, ale czasami miałam wrażenie, że tak jak samochody, to jest trochę na pokaz.  Bez życia...

Nawóz

Najpierw poczujesz Niemcy, później je zobaczysz. Nie rozumiem dlaczego i kto to wymyślił. Niemcy śmierdzą. Przez cały czas czujesz się jak na jakiejś dalekiej wsi, a przecież jestem w Augsburgu. Nawóz zionie wszędzie i nie wiadomo skąd. Natura pełną parą, a nikomu to nie przeszkadza.

Prawo

Z Niemcami nie pogadasz. Wszystko to wielka papierologia. Nawet jeżeli spędzasz tu kilka tygodni lepiej być zameldowanym. Trzeba mieć na wszystko papier, nosić dokumenty wszędzie ze sobą, podpisywać, skreślać itd. To państwo prawa i chyba m.in. przez to Niemcy wydają się tacy ułożeni. W takim Londynie wszyscy przechodzą na czerwonym świetle i w dupie mają przepisy. Tutaj nawet na zielonym zastanawiałam się czy powinnam. Takie dziwne uczucie i obawa przed nieprzestrzeganiem prawa w Niemczech.

Piractwo

Pochodzę z kraju piractwem płynącym. Gdybym np. korzystała z torrentów (bo nie mówię, że to robię) Niemcy okazałyby się bardzo problematycznym państwem. Prawo zabrania piracenia nawet dla własnego użytku, więc wszelakie tego typu czynności wiążą się z olbrzymią karą i pewnie wtargnięciem tajnych służb do domu.
Poza tym na youtube nie działa połowa filmików i to tych z legalnych, oficjalnych chaneli typu vevo. Myślałam, że w Polsce mamy z tym problem, Niemcy mają gorzej.

Rowery

Są tu tak częstym środkiem transportu jak samochód. W niedzielne popołudnia widuje się całe rodziny na wycieczkach rowerowych. Staruszkowie tak jeżdżą do sklepu, inni do pracy. Jednego nie mogę zrozumieć- dlaczego nikt rowerów nie zamyka, nie przypina, nie chowa. Wolne stoją przy ulicy i nikt na to nie zwraca uwagi... oprócz turystów.

Sklepy

W małych sklepikach gdzie masz do czynienia tylko ze sprzedawcą, a nie półkami nie bywałam, bo jedyną rzeczą którą mogłabym kupić są pieczarki. Ale czy to mały sklepik czy duży supermarket prawo jest takie, że po 20 od poniedziałku do soboty zakupów nie zrobisz. Sklepy otwiera się 6 razy w tygodniu o 8 rano, w niedzielę wszystko jest pozamykane. Z jednej strony podziwiam, że to przeszło i że Niemcy nie mają nic przeciwko, z drugiej to troszkę problematyczne dla tych co pracują od 7 do 20 i jedyny wolny termin to niedziela.... 

Pfand

Genialna sprawa. Niemcy rozwiązali problem nadmiaru plastikowych butelek i puszek poprzez wprowadzenie czegoś w rodzaju zwrotnego podatku. Polega to na tym, że do każdej butelki/puszki naliczane jest 25 centów. Jeżeli oddasz nienaruszoną, pustą butelkę, wszystko ci się zwraca, nie jesteś biedniejszy. Możecie pomyśleć, że w sumie bez sensu, bo nikt nie zarabia, ale pomyślcie ile razy znaleźliście walającą się po ziemi butelkę. Każdy by segregował śmieci. Genialne.

Ketchup z carry

Po prostu pyszności. Już zaopatrzyłam się w buteleczkę. Niemcy chyba uwielbiają różne sosy, u nich grill to co więcej niż kiełbacha i karkówka. To cała masa słoiczków (jak ogórki w miodzie). Oni jedzą może nie tak dużo ale z pewnością ciekawiej.

Czekolada

W Niemczech nie ma takiego pojęcia jak podróbka czekolady. Nawet ta najtańsza z Lidla za kilka centów jest prawdziwie smaczna. To państwo czekolady, wszystko ma czekoladę. O ile na półkach sklepowych zauważyłam niedobór różnorodności w np sosach do spagetti, przekąskach, chlebach, to czekolady jest mnóstwo. Do smarowania, w tabliczkach. Wszystko czego dusza zapragnie i podniebienie.

Niemcy

To bardzo uprzejmy naród. Wszyscy się sobie kłaniają i się do siebie uśmiechają. Jak komuś potrzebna jest pomoc (czy to potrąconemu kotkowi, czy słabnącemu człowiekowi) zatrzymują się i śpieszą z pomocą. Jak wyżej pisałam przestrzegają prawa, dbają o własne, domowe otoczenie, jeżdżą w kaskach na rowerach. 
Z drugiej strony wydają się surowi, w miejscach pracy nie sprzątają po sobie, o ile to nie wchodzi w zakres ich obowiązków. Są raczej mniej pracowici niż Polacy. Noszą dziwne fryzury i co mnie bardzo irytowało nie mówią po angielsku (zrozumiem jeżeli nie jest mowa o sklepach w centrum dużego miasta).



Mój pobyt w Niemczech nie był wakacjami marzeń. Wracam wykończona fizycznie, trochę psychicznie, z pełniejszym portfelem. Jednak mimo często sporej tryturacji będę Niemcy wspominać z uśmiechem. Dzięki mojemu towarzystwu było całkiem miło. Język niemiecki nie był tak irytujący jak myślałam. Bawaria to przepiękny region. Dużo zieleni i spokoju. W sumie (gdyby nie ten język) mogłaby mieć taką chatkę w alpach, jeść tosty z czekoladą na śniadanie (bo z herbatą tu są problemy), zarabiać po niemiecku i paść osiołki.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Krótki poradnik "Jak Być Polakiem"

Polska- kraj położony nad Wisłą. 
Gdzieś tak pośrodku Europy
dla nas bliżej zachodu, 
dla wszystkich innych na wschodzie... 

W sumie ciężko to jednoznacznie stwierdzić, bo Rosja ciągle ma problemy ze zdefiniowaniem do którego kontynentu właściwie należy....

Graniczymy z 7 państwami (albo 6... 5, bo nie wiem co z tą Ukrainą i Rosją się dzieje) 


a przez większą część naszej historii mieliśmy zdrowo... przerąbane. Ale teraz jest lepiej bo wszyscy na świcie nas kochają...

No może oprócz Rosji....

i Davida Camerona...



Ale czy zastanawialiście się jak być prawdziwym Polakiem?

1 Pamiętaj, że absolutnie naszym narodowym daniem jest bigos:

(czyt. kapusta z resztkami mięsa, których nikt nie chciał, a którą każda gospodyni przyrządza inaczej)

pierogi ruskie

(bo nazwa taka polska)

i zdrowo wysmażony schabowy

(z ziemniakami i kapustą kiszoną ofc)

co w sumie już mnie wyklucza z polskości... te pierogi... eh

#kuchniaPolskatatkazdrowa

Jeżeli chodzi o inne narodowe skarby, to naszym narodowym sportem jest piłka nożna i absolutnie każdy Polak zna się na niej wyśmienicie... a na pewno lepiej niż piłkarze, sztab szkoleniowy i cała reszta...



o czym oczywiście świadczą rankingi:


Bo żaden inny sport nie wzbudza większych emocji i nie przysparza większych sukcesów
.
.
.

3. Absolutnie, pod żadnym pozorem nie ściągaj skarpetek w lecie... never... ever... 

Wtedy cię nikt na wakacjach nie pozna! To jak orzeł... biały... w koronie...na piersi...


4. Pamiętaj: "Polski język, trudny język" i zawsze, ale to absolutnie zawsze- mówi się "wziąść, włanczać, poszłem" - nie zważaj na to czego cię uczyli w szkole, teoria a praktyka to nie to samo!



A jak już coś tam umiesz to UWAGA- z dumą możesz poszczycić się znajomością (chociaż minimalną)  najtrudniejszego języka świata! (co podkreślaj na każdym  kroku!)

Tak- 1 miejsce (albo pierwsza trójka, w zależności od rankingu) uwzględniając czas potrzebny na naukę, wymowę, gramatykę i strukturę zdań...

7 przypadków, 3 rodzaje (albo 5) mnóstwo wyjątków, trudna wymowa, frazeologizmy, dialekty...

Mówiąc niepoprawnie i tak jesteś wielki!

5. Prawdziwy Polak piraci... jesteśmy jak kapitan wielkiego okrętu światowego piracenia. Jak Neo z Matrixa! Ściągamy wszystko jak idzie i nie wydajemy złotówki na legalne wersje. Nawet grosika! Polak nie płaci!!!


Jak ta akcja z ACTA- to my obaliliśmy, koniec kropka- Polska miszczem internetu...
czy jakoś tak....


6. A co do obalania różnych spraw, to chociaż wysadzić sejmu się nie dało...



i sukcesywnie jesteśmy robieni w balona...

to kilka rzeczy jednak nam się udało, a każdy Polak (a już na pewno w kontaktach z Niemcami) pamięta o Grunwaldzie 


7. Zostając jeszcze chwilkę przy polityce:
Każdy Polak zna się na niej tak samo jak na piłce nożnej, a rodzinne spotkanie nie może odbyć się bez dobrej debaty, bo absolutnie każdy wie jak pomóc państwu.


8. Wódka...
Pod żadnym pozorem nie mów w miejscu publicznym, że jej nie lubisz. Pamiętaj- to Polacy wynaleźli wódkę!
Koniec...
Kropka...

Wódka=Polska, tak samo jak kiełbasa, bigos, ruskie, schabowy i Lewandowski (albo Podolski jak rozmawiasz z Bośniakiem).

Wódka jest dobra bez względu na wszystko (no chyba że jest ciepła) i nigdy nie daj po sobie znać, że jest inaczej. 




9. Niezaprzeczalną cechą każdego Polaka jest narzekanie:

na pogodę
na służbę zdrowia
na rząd
na sejm
na podatki
na pracę
na brak pracy
na drogi
na sport
na ludzi
na ceny
na transport
na samopoczucie
na życie
na powietrze
.
.
.



10. Są w Polsce rzeczy/osoby nietykalne: Papież, Chopin, Wiedźmin, Miś Uszatek, Bogusław Linda, Jerzy Stuhr, Czterej Pancerni, Skłodowska, Małysz, Grunwald, Powstanie Warszawskie, bigos, schabowy... 

Nie można na nie powiedzieć złego słowa...




No chyba że jesteś Polakiem... 

ponieważ


Historia już to pokazała #Grunwald #ACTA #foranaInteriaiOnet