Challenges: movies

Nigdy nie wierzyłam w moc noworocznych postanowień. Nie pale, nie chcę schudnąć, słodyczy nie mam zamiaru ograniczać. Zresztą nawet jeżeli coś sobie obiecywałam, to po dwóch tygodniach wszystko wracało do normy. Widocznie moje postanowienia były źle kierunkowane.
W tym roku mam dwa, które wiem, że zrealizuje.
Pierwsze dotyczy Goodreads- 40 książek w rok. Nie jest to wielkie wyzwanie, ale studiując dwa kierunki mam czas ograniczony do minimum. "Sesja" już mi się zaczyna (powiedzmy), więc i tak moje sześć książek to niezły wynik, chociaż nie jestem z niego dumna.  
Drugie postanowienie, które dzielę z Anią G. to 11 filmów w kinie w tym roku. 11 bo 10 to za mało. Wliczam w to tylko filmy, które obejrzymy razem, pomijam Off Plus Camerę z oczywistych powodów. 

Kończąc wstępne wyjaśnienia przechodzę do recenzji filmów, które już widziałyśmy. Wynik? 5/11 więc jesteśmy na dobrej drodze by challenge zakończyć jeszcze w tej połowie roku.

Kamerdyner/ The Butler (2013)



Film widziałam dwa miesiące temu i nie będzie to żadna recenzja, a jedynie krótka zachęta. Kamerdyner to historia kamerdynera w Białym Domu, który przez trzydzieści lat służył 8 prezydentom. Nie jest to film ekstremalnie porywający, a w kategorii filmów o czarnoskórych służących nie jest czymś nowym. Lee Daniels stworzył jednak film, który w bardzo ciekawy sposób, od innej perspektywy pokazuje nam historię Stanów Zjednoczonych. Losy czarnoskórych mieszkańców USA były już wałkowane na milion sposobów o czym wspominałam przy recenzji Niewolnika. 12 years a Slave i przyznam, że ten aspekt w filmie najmniej mnie interesował. Kamerdyner okazał się inspiracją dla mojej pracy magisterskiej. Jeżeli chcecie poznać Prezydentów USA oraz nastroje ludzi z tym zwiazane to gorąco polecam. A jeżeli nie sama historia to powinna was zachęcić obsada. Forest Whitaker w roli kamerdynera, Oprah Winfrey jako jego żona oraz: John Cusack, Jane Fonda, Cuba Gooding Jr., Terrence Howard, Lenny Kravitz, James Marsden, Alex Pettyfer, Alan Rickman, Robin Williams, Yaya Alafia. A poza tym piękne zdjęcia Andrew Dunna. Nawet jeżeli odczuwacie, tak jak ja, zmęczenie tematyką, to Kamerdynera polecam ze względu na te kilka elementów które wymieniłam.


Only Lovers Left Alive/ Tylko kochankowie przeżyją (2013)




Jeżeli istnieją motyw, którego absolutnie wszyscy maja dość to są to wampiry. Boom na krwiopijców wprawdzie osłabł, ale nie zmienia to faktu, że jest nadal bardzo popularny. Wielu, i słusznie, uważa, że Zmierzch wywrócił wizerunek Draculi do góry nogami i niewiele da się zrobić, by filmy o tej tematyce dało się ogląda. W sumie nie ważne kogo by się zaangażowało słowo "wampir" wystarczy by nie iść do kina.
Jednak gdy rolę w takim filmie przyjmuje Tilda Swinton i Tom Hiddleston a za reżyserię bierze się, uchodzący za ekscentryka i intelektualistę (czego nie jestem w stanie skomentować) Jim Jarmusch to możemy być pewni, że film będzie inny niż wszystkie.
Only Lovers Left Alive (OLLA) to opowieść o miłości Adama i Ewy, którzy mimo, że żyją z dala od siebie, nieprzerwanie dążą się gorącym uczuciem, które trwa od wieków. Jednak świat coraz bardziej podupada, ze względu na zanieczyszczenia, również ludzka krew nie jest taka jak kiedyś. On, świetny muzyk popada w depresję i kupuje pistolet z drewnianą kulą, a ona rzuca wszystko by być z nim. 
Film jest melancholijną opowieścią o miłości. Nie jest to coś dla fanów paranormalnych, krwistych thrillerów i oczywistych, sztandarowych romansów. OLLA ciągnie się przy akompaniamencie powolnej, hipnotyzującej muzyce. Sceneria upadającego Detroit, oraz długie ujęcia są niczym odzwierciedlenie życia bohaterów. Dla niektórych nuda, dla mnie piękno. Offowy klimat z miłością w tle i to jaką miłością. Adama i Ewę łączy uczucie o którym wielu z nas może pomarzyć, to coś wręcz surrealistycznego, a jednocześnie najprawdziwszego. Jeżeli chodzi o wampiry, to fakt, krew jest ważnym elementem, ale nie determinantem, a samo jej picie przypomina bardziej celebrę niż scenę z rzeźni. 
OLLA podobało mi się pod każdym względem. Zarówno ta nuda i klimat, kapitalna muzyka i zdjęcia. Niesamowita scenografia i charakteryzacja. Kapitalna gra aktorska. Tilda ze swoja niesamowitą urodą jest stworzona do takich ról, a jej gry aktorskiej nie godna jestem oceniać, a Tom ... Hiddleston w moim odczuciu to jeden z najlepszych aktorów pokolenia, i pomijając wszelkie inne aspekty "poza aktorskie", jest absolutnie moim ulubionym.
W pozostałych rolach John Hurt, Mia Wasikowska i (wspomniany na specjalne życzenie Ani) Anton Yelchin.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

 


Jeżeli chodzi o sequele to w przypadku filmów o superbohaterach są one nieuniknione. Marvel od kilku lat berdzo konsekwentnie tworzy swoje Universum, a każdy kolejny film jest powiązany z poprzednim. Dzięki temu mamy pewność, że przynajmniej raz w roku obejrzymy coś ich produkcji. O ile w przypadku Iron Mana mam wrażenie, że kolejne części nie dorównywały pierwszej, o tyle już w  drugiej części Thora widać było poprawę. Konsekwencje wyciągnięto również w przypadku Kapitana Ameryki.  
Pierwsza część rozgrywała się w okresie II wojny światowej i opowiadała o początkach najbardziej amerykańskiego superbohatera w dziejach. Latający w obcisłym kombinezonie w barwy narodowe Kapitan nie był tak spektakularny jak Tony Stark, a ten nieszczęsny amerykański patriotyzm kłuł w oczy. Czegoś mu brakowało. 
Zimowy żołnierz czerpie wszystko co najlepsze z poprzednich filmów Marvela. Inteligentna i bardzo zawiła fabuła (która w kontekście całej historii Universum jest jeszcze bardziej skomplikowana), akcja, intryga, polityka. 
Jeżeli orientujecie się w całej, trochę już skomplikowanej machinie, oglądaliście poprzednie filmy czy serial, to widząc problematykę tego filmu zrozumiecie, że twórcy (kolokwialnie mówiąc) pojechali po bandzie.
Akcja filmu oczywiście ma miejsce po wydarzeniach z Avengers, ba z Thora 2. Nad całą Agencją S.H.I.E.L.D wisi potworne zagrożenie (i w cale nie przesadzam), a nasz bohater będzie musiał stoczyć walę z bodaj najtrudniejszym przeciwnikiem- tytułowym Zimowym Żołnierzem (który całkowicie skradł moje serce).
To co w całym filmie jest najlepsze, to właśnie świadomość, z którą uważny widz ciągle musi walczyć, że cała ta intryga nieuchronnie wywróci świat Avengersów do góry nogami. 
Zimowy Żołnierz to jeszcze lepszy scenariusz, efekty specjalne. To umiejętnie skonstruowana historia. A przede wszystkim zachowanie balansu między filmem na wskroś komiksowym, kiczowatym i nierealnym, a konwencją politycznego thrillera. Braciom Ruso udało się stworzyć film, który pokochają zarówno fani komiksów jak i osoby, który ten gatunek omijają z daleka. 

Chcę jeszcze dodać, ponieważ dobrze wiecie jak związana jestem z tematyką superbohatera, że to co obserwuję przy okazji filmów, a także serialu Marvels: Agent's of S.H.I.E.L.D budzi mój wielki podziw i szacunek dla samego Marvela. To co tworzą i to jak niezwykle umiejętnie i konsekwentnie trzymają się planów, utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że biorą sprawę bardzo na poważnie. Serial jest tak wpasowany w strukturę filmów, że aby zrozumieć przebieg akcji, nie tyle musisz być na bieżąco ze wszystkim, ale jeszcze musisz oglądać to chronologicznie i z uwagą. (czyli musisz iść do kina w określonym czasie, a nowy odcinek serialu oglądać nie wtedy kiedy ty tego chcesz, a kiedy chcą tego producenci) Wszystko łączy się na zasadzie ogniw łańcucha i działa jak w zegarku. Szkoda, że DC zauważyło to tak późno i zdążyło odsprzedać prawa komu popadnie. Może Arrow i Flash będzie początkiem kolejnej rewolucji.  


Pozostałe dwa filmy jakie obejrzałyśmy to American Hustle i Kamienie na szaniec. O nich pisałam wcześniej, jak ktoś nie czytał to tytuły stanowią hiperłącze. 

I oczywiście namawiam was do chodzenia do kina. Laptop i marne głośniki nigdy nie zastąpią dużego ekranu i klimatu sali kinowej. Kompletnie nie rozumiem jak może to stanowić jakąś alternatywę.
A gdybyście nie mieli z kim iść... wiecie do kogoś się zwrócić.

Komentarze