środa, 9 kwietnia 2014

Kamienie na szaniec

Częstotliwością ukazywania się postów w tym tygodniu pragnę uciszyć mój wewnętrzny głosik, który gania mnie za lenistwo.
Tym razem lekko spóźniona recenzja Kamieni na szaniec. Spóźniona, bo tę pisałam na zajęcia. Niczego nie zmieniałam, taka otrzymał Profesor i już ja mu czytałam (wszelkie prawa zastrzeżone). Dlatego też recenzja ta jest inna niż wszystkie, może bardziej wyważona, ale w 100% jest odzwierciadleniem moich odczuć. Całkowity subiektywizm.

Recenzję zamieszczam dlatego, że na temat filmu toczy się ciągle dyskusja, a i może ktoś z was zdecyduje się jeszcze wybrać do kina :) Nie ględzę dalej, czytajcie :)



Robert Gliński już nie raz udowodnił, że nie boi się podejmowania tematów trudnych i kontrowersyjnych, dlatego jako reżyser Kamieni na szaniec – powieści, która kształtowała charaktery młodych ludzi i miała być dowodem waleczności i patriotyzmu Szarych Szeregów – mógł budzić wątpliwość. Gliński jednak z odwagą podjął się wyzwania i stworzył film, koło którego nie można przejść obojętnie. Kamienie na szaniec to nowoczesne kino akcji dostosowane do naszych czasów, ale również wzruszająca opowieść o przyjaźni, młodości i poświęceniu.
Alfred Hitchcock powiedział: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” i tę zasadę stosuje również Gliński. Przy akompaniamencie rockowej muzyki „Rudy” i „Zośka” wykonują akcje małego sabotażu. Stopniowo poznajemy bohaterów, a wojna, która toczy się w tle, przypomina trochę dziecinną zabawę do momentu gdy „Rudy” zostaje pojmany przez Gestapo. W tym momencie życie harcerzy wywraca się do góry nogami, muszą stawić czoła brutalnej rzeczywistości i zaniechać romantycznych wizji walki, sięgając po broń i porzucając dotychczasowe życie. Z chłopców stają się mężczyznami
Film nie jest wiernym przedstawieniem książki Aleksandra Kamińskiego. Jest nowocześniejszą wersją opowieści, dostosowaną do współczesnej widowni, zbudowaną jakby na nowo. Robert Gliński odrzuca patos na rzecz prawdziwości. Młodzież, która obecnie tak bardzo różni się od swoich rówieśników sprzed lat, nie potrzebuje dumnych, nieskazitelnych wzorców, a raczej bohaterów dnia codziennego, podobnych do nich. Tacy też są „Alek”, „Rudy”, „Zośka”. Cały zabieg nie udałby się bez młodych i utalentowanych aktorów, w ich grze widać było sumienne przygotowanie i zrozumienie postaci. Marcel Sabat, który doskonale wcielił się w postać „Zośki”,  swoją pracę magisterską oparł na przygotowaniach do roli.  Karol Górski, czyli filmowy „Heniek", spisywał emocje jakie mu towarzyszyły na planie, dzięki czemu powstał niezwykły pamiętnik z pracy przy filmie. 


Na tle wszystkich bohaterów wyróżnia się jednak Tomasz Ziętek. Jako „Rudy” musiał pokazać najwięcej emocji: od porywczego i tryskającego życiem chłopaka do ofiary okrutnych tortur. W obu rolach wypadł doskonale, a scena przesłuchania to chyba najmocniejszy punkt filmu.
W tłumie harcerzy znika natomiast „Alek” w którego wcielił się Kamil Szeptycki. Postać ta, która w powieści odegrała znaczną rolę, tu ograniczona jest do kilku scen, dlatego widz, który nie zna pierwowzoru, najprawdopodobniej nie zwróci na nią szczególnej uwagi.
Na drugim planie mamy plejadę doświadczonych aktorów, którzy tworzą tło, nie pozostając w cieniu. Wolfgang Boos, czyli Rottenführer Ewald Lange, stworzył kreację, którą można porównać z rolą Ralpha Fiennesa z Listy Shindlera – bezwzględny i zły w każdym calu, a przy tym perfekcyjny.
Tworząc tak znakomite postacie, szkoda, że mniejszą uwagę poświecono rolom kobiecym. Stanowią nie tyle drugi plan, co często niepotrzebną dekorację, a ich rola nie wnosi nic do przebiegu akcji, przez co wydają się po prostu zbędne.
Do współpracy przy filmie zaproszono znakomitego operatora Pawła Edelmana, który niejednokrotnie udowodnił jak tworzy się piękne, perfekcyjne zdjęcia. Jego kunszt widoczny jest również w tym filmie. Sceny walki pełne są dynamizmu i szybkiej pracy kamery, dzięki czemu nastrój i dramatyzm sytuacji staje się jeszcze bardziej klarowny. Sceny, którym towarzyszy znakomita muzyka, są tak skonstruowane, że często nie da się oderwać wzroku od ekranu.
Wojna to temat, który bardzo chętnie poruszany jest zarówno w polskim kinie, jak i w telewizji. Jest to motyw bardzo wdzięczny dla filmowców. Pozwala na stworzenie dramatycznych obrazów oraz na prowadzenie wartkiej i emocjonującej akcji, jednak ich nieodłącznym celem jest kreowanie herosów i budzenie ducha patriotyzmu. Kamienie na szaniec robią to w sposób bardzo nowoczesny. Film kierowany jest przede wszystkim do młodego widza, który wychowuje się w wolnym, demokratycznym kraju, a jakakolwiek forma walki jest mu obca. Dla takiego człowieka patriotyczne i dumne slogany mogą być niezrozumiałe. Doskonale rozumieją to twórcy filmu. Bohaterowie kierują się racjonalnymi pobudkami. Ich nastroje są widoczne i klarowne. Unowocześnieni, pełni życia i determinacji, mogą stać się autorytetami. Film, odbiegając od pierwowzoru, nadal niesie to samo przesłanie: walczyć do końca, kochać najmocniej, wierzyć bezgranicznie.
Kamienie na szaniec obronią się przed krytyką. Bardzo optymistycznie przyjęty przez młode pokolenie, jest filmem na miarę naszych czasów i możemy tylko dziękować, że  młodzież ma możliwość poznania tej historii i wzruszenia się, nawet jeżeli starsi widzowie wyjdą z kina z pewnym niedosytem.


Może Kamienie na szaniec Glińskiego są lekko hipsterskie i wymuskane, a z książką i historią nie mają wiele wspólnego, ale cieszę się, że reżyser nie chciał się przypodobać wszystkim i zrobił to po swojemu.

I przyznam, że ta dyskusja i kontrowersje wokół filmu mnie niezmiernie cieszą. To znaczy, że film nie jest nijaki. A oceniać go, każdy z was powinien sam.



Nie wyrażam zgody na przetwarzanie tej recenzji w jakichkolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody.

1 komentarz:

  1. Cóż tu dużo mówić, świetnie napisana recenzja - i teraz to już naprawdę muszę to zobaczyć :D

    OdpowiedzUsuń