piątek, 24 stycznia 2014

Batalia o humanistykę

z cyklu: 'That's how KAMA C's it'

Przywykłam do tego, że gdy wspominam co studiuję to ludzie z politowaniem kiwają głowami. Pamiętam, też jak na którymś wykładzie jeden z profesorów powiedział w prost, ze przed nim siedzi grupa przyszłych bezrobotnych.



Wierzcie mi, nikt nie musi mi przypominać co chwilę, że studia humanistyczne są nieprzyszłościowe. Doskonale sobie zdaję sprawę, że pewnie nie będę zarabiać kokosów, a jeżeli w ogóle znajdę pracę to będzie cud. Jednak czy mam przeprogramować samą siebie i polubić przedmioty ścisłe by być pewniejszą o swoją przyszłość? Nie sądzę. Taka się już urodziłam i nic tego nie zmieni, jednak spychanie ludzi o zainteresowaniach innych niż matematyka czy biologia na dalszy plan nie jest w porządku!

Nie pisałabym tego postu gdyby nie to, że od kilku dni, regularnie, widzę w gazetach artykuły na temat przyszłości kierunków humanistycznych. Właściwie chodzi o brak owej przyszłości. Rozumiem, że teraz studiuje się nie dla siebie a po to by mieć pracę. Wybieramy kierunki przyszłościowe, a takie jak filozofia czy socjologia spychane są do rangi niszowych. Uniwersytety likwidują całe wydziały z wieloletnią tradycję z powodu małej ilości chętnych, a cierpi na tym uczelnia i studenci. Oczywiście podejmowane są jakieś próby ratunku, jak chociażby zmienianie nazw na bardziej nowoczesne i ciekawe, jednak to nie pomoże dopóki nie zmieni się samo podejście społeczeństwa do tego tematu.

Mam dość bronienia słuszności własnego wyboru, dlatego już tego nie robię. Jakby na przekór wszystkim dobrałam sobie drugi kierunek humanistyczny i utwierdzam samą siebie w przekonaniu, że zrobiłam słusznie. Czytając jednak wypowiedzi polityków, a konkretnie Minister Nauki prof. Kolarskiej-Babińskiej, nie mogę siedzieć cicho.
Pani minister stara się ,w rozmowie, którą możemy przeczytać w dzisiejszym "Metro", wytłumaczyć jak ministerstwo będzie sobie radzić w tym "kryzysie". Główny spór toczy się o filozofię. Jak zauważają specjaliści, od kiedy wprowadzono obowiązek płacenia za drugi kierunek studiów, liczba chętnych diametralnie spadła. Jednak batalia toczy się o znacznie więcej. Decyzja ministerstwa w sprawie drugiego płatnego kierunku odbije się na całej humanistyce, a Pani Minister chyba nie widzi w czym tkwi problem. Oczywiście, jako minister nie powie, że nauki humanistyczne nie są ważne, bo tak powiedzieć nie może, jednak mówienie mi, że "trzeba pomyśleć nad wprowadzeniem rozwiązań, które przywrócą humanistyce jej miejsce" i jednoczesne wprowadzanie opłat, wiedząc, że to dzięki podejmowaniu przez studentów dwóch kierunków humanistyka istniała, to jakiś żart. Pomyśleć to trzeba było wcześniej, przeanalizować sprawę głębiej, a nie wbrew studentom, pracownikom i samym uczelniom kazać nam płacić. Nagle to na barki studentów zrzuca się utrzymanie kierunków, a dodatkowo każe się im płacić za każdy dodatkowy przedmiot, egzamin, kartkę wydruku, zaświadczenie i jeszcze wszyscy się dziwią, że nie ma chętnych... Idea bezpłatnej edukacji legła w gruzach. Ja oczywiście wiem, że jest ciężko i wszystko kosztuje, ale osobiście jestem w takiej sytuacji, że widząc za co mam płacić krew mnie zalewa, ale oczywiście wiedziałam na co się piszę. Uczelnie wymyślają nowe przedmioty, wciskają nam niepotrzebne fakultety, nie związane ze specjalizacją i trzymają na stanowiskach profesorów, których data użyteczności dawno wygasła i nie nadążają za postępem.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że teraz ministerstwo rozważa słuszność własnych decyzji widząc co się dzieje. Oczywiście nikomu nie zwróci się pieniędzy gdy decyzja ta będzie cofnięta. Prawo nie działa wstecz. Jest to jednak kolejny problem z "wprowadzimy-zobaczymy, a pomyślimy za jakiś czas".

Pani minister proponuje okrągły stów w sprawie humanistyki. I kogo ona zaprosi? Studentów, profesorów? Obiecuje, ale to mrzonki w które nie uwierzę. Wydaje mi się, że czegokolwiek by nie zrobiono nic nie przywróci wysokiej pozycji humanistyce, jeżeli nie zaczniemy od podstaw. Mówię o samych podstawach. Rozdzielanie studiów wyższych i traktowanie ich jako coś zgoła odmiennego niż szkoły niższego stopnia to błąd. Już na etapie podstawówki człowiek kształtuje samego siebie. To tam odkrywamy kim jesteśmy. Zamiast wprowadzać co roku radykalne zmiany w programach studiów, powinno się przede wszystkim zmienić nasze pojęcie o tych kierunkach. Który gimnazjalista czy licealista powie wam, że kocha język polski i absolutnie marzy o studiowaniu filologii? Problem polega na tym, że przedmioty humanistyczne już na tym etapie są spychane na pobocze, lekceważone, a co najważniejsze prowadzone w sposób wołający o pomstę do nieba. Przestarzały program zabija w ludziach kreatywność i chęć kształtowania i doskonalenia samego siebie, co jest ideą humanistyki. Kultura ogranicza się do wyjścia do muzeum, które kończy się ogólnymi wagarami. Zabija się w nas ciekawość świata. Lektury omawia się w prymitywny sposób zawężając uczniom sposób patrzenia. Nie możesz mówić tego co myślisz, masz się wpasować w klucz, nie ma czegoś takiego jak przyjemność czytania i pisania. Nic dziwnego, że nudna polonistyka zastępowana jest logiczną i poukładaną matematyką.

Ale co takiego może dać mi humanistyka?  Co ja z tego będę miał? Co mi da czytanie książek, przecież nikt mnie nie będzie w przyszłości odpytywał z "Pana Tadeusza"

Problem polega na tym, że ludzie nie rozumieją czym humanistyka tak na prawdę jest. To nie tylko czytanie. W moim przekonaniu (którego nabrałam też stosunkowo niedawno) to poznawanie samego siebie. To nauka o człowieku. Kierunki ścisłe pokazują człowieka jako pewien mechanizm, jako maszynę do określonych celów. Wynalazki wynalazkami, ale prawda jest taka, że to kultura (oczywiście przy całej wspaniałej nauce i postępie) tworzy człowieka, tworzy naszą cywilizację. Doskonali nas. Nie można wywyższać jednej dziedziny i spychać na bok drugiej. Ucząc się historii uczymy się nie tyle przeszłości, co tego jaka może być nasza przyszłość. Mamy wysuwać wnioski i doceniać wysiłek innych. Mamy brać przykład z przodków. Filozofia i socjologia to nic innego jak nauka o człowieku w tej sferze, która odróżnia nas od innych zwierząt. Filologia (mi najbliższa) to kształtowanie przyszłości, co brzmi górnolotnie, ale gdy zastanowimy się nad tym co nas kształtuje to jeszcze raz pokłonię się w stronę języka, literatury i kultury. 

Humanistyka to nie worek bez dna. To ludzie obeznani w wielu dziedzinach, a takich tez potrzebujemy. To ludzie z wieloma zainteresowaniami, ludzie ciągle poszukujący, ludzie tworzący ten poza mechaniczny świat, pozanaukowy. I co najważniejsze, to nie jest tak, że będąc humanistą nie rozumiem biologi, że wybrałam te studia dlatego, że nie umiem liczyć. Jeżeli nie umiesz matematyki to nie czyni cie humanistą. Stajesz się niem kiedy zaczynasz rozumieć samego siebie. Przynajmniej w moim mniemaniu. Humaniści to osoby wszechstronne. To osoby które, ciągle szukają. To kolejna kwestia, którą powinniśmy rozumieć. 

Ministerstwo liczy na to, że zmiany uda im się wprowadzić już w przyszłym roku. To za wcześnie. Nie zmienimy mentalności ludzi pstryknięciem palców. Nie zmienimy programów, które będą pewnie bardziej utopijne niż realne. Trzeba myśleć bardziej przyszłościowo, a nam humanistom dać się rozwijać, pozwolić dojść do głosu. Rany wysłuchujcie tego co mamy do powiedzenia! 

I czy serio zawsze chodzi o pieniądze?

Doskonalenie siebie i nauka już się nie liczy?

Bo wydaje mi się, że dziś "nauka" traktowana tylko jako "wkuwanie i uczenie" a "nauka" to przede wszystkim "poznanie". Przynajmniej dla mnie.



A tymczasem wracam do nauki. To już moja trzecia notka w czasie sesji (która się jeszcze naprawdę nie zaczęła) z czego tę jedna tylko udało mi się dokończyć. W środku zaliczeniowego zawirowania tracę wszelką kreatywność. Za wszystkie błędy przepraszam, ale 1) krwawi mi mózg 2) blogger nie współpracuje.  Czego by to człowiek nie dał by móc cieszyć się zdanymi egzaminami i nie mysleć o nadchodzących :D

środa, 8 stycznia 2014

Spełnione marzenia! (cz. II)

Nie bez przyczyny poprzedni post przerwałam tam gdzie przerwałam. Londyn ma dwa wymiary. Dla nas. Nasza wycieczka też poniekąd składała się z dwóch części. 



Dzień 4.
Przed przyjazdem do Londynu zastanawiałyśmy się czy w ogóle będziemy korzystać z metra. Oczywiście, to wielka wygoda, ale z drugiej strony spory wydatek. Nie da się jednak przejechać na drugi koniec Londynu nie korzystając z metra i nie tracąc godzin. I jak się okazało korzystałyśmy z niego niemal codziennie, ale w tym szczególnym dniu było ono nam nie zbędne.

Who Shop był na drugim końcu świata, a absolutnie nie mogłyśmy sobie go odpuścić. Nie wstydzę się przyznać, ze jestem olbrzymim nerdem. A odwiedzanie Londynu bez kontaktu z kultowym serialem od 50 lat zakorzenionym w ich kulturze byłoby bez sensu. Tak więc pojechałyśmy do sklepu w którym było absolutnie wszystko, począwszy od naturalnych rozmiarów (z zewnątrz) TARDIS, oraz takie większe w środku w którym było muzeum, poprzez niesamowite gadżety, skończywszy na ekspedientce o imieniu Amy. Byłyśmy tam na dzień przed emisją specjalnego, rocznicowego odcinka, wiec były też tam kamery i dziennikarze i przeprowadzali wywiady z fanami. Na szczęście dorwali jakiś kolesi z Danii przebranych za Doctora. 



Gdybyście nas tam widzieli. To tak jak wchodzenie do sklepu z cukierkami. Niestety chociaż chciałyśmy nie udało nam się wynieść połowy sklepu- 10kg walizki to był nasz największy problem.


Niestety pewnie większość z was nie zrozumie genialności tego miejsca, ale absolutnie było fantastyczne!


Kolejny przystanek to King's Cross. Myślę, że w kontekście naszego pierwszego przystanku nie trudno domyślić się dlaczego się tam udałyśmy. Kolejka do wózka na peronie  9 i 3/4 była spora, a chyba to co mnie najmocniej uderzyło, był fakt, że średnia wieku wynosiła, na oko, jakieś 20 lat. Każdy mógł wybrać szalik i zrobić sobie zdjęcie. Niestety już w samym Hogwarcie aparaty nie działały dlatego nie mamy zdjęć, sorry :)


Zaraz obok jest sklep z pamiątkami...




Wtedy pożałowałyśmy, że nie mamy czasu na studio Warner Bros...

Poza tym King's Cross jest za duże jak dla mnie. Jak się tam ludzie odnajdują nie mam pojęcia. Podobnie zresztą w British Library (tyyyyyyle ksiażków!)

Stamtąd udałyśmy się na Baker Street do muzeum Sherlocka Holmesa, które było Najlepszym Muzeum W Jakim Chyba Byłam!


Na Baker Street wszystko jest na miejscu. Jest Muzeum, jest Sklep i jest Kawiarnia Pani Hudson.



Pan sprzedający bilety jest bardzo elegancki i zwraca się do ciebie per "Madam". Przy wejściu stoi albo Sherlock, albo jak w naszym wypadku Lestrade. A w środku... w środku mamy wszystko, począwszy od mebli po pióra do pisania, szkła, fajki, wizytówki skończywszy na woskowych figurach z opowiadań. I wszystko można dotknąć. 


Na zakończenie dnia odwiedziłyśmy świątecznie przystrojone Coven Garden, zjadłyśmy Fish&Chips i poszłyśmy oglądać portrety w National Portrait Gallery.



Dzień 5.
Wybierając się do British Musemu najlepiej mieć na to cały dzień. Spędziłyśmy tam 3 godziny- nie widziałyśmy połowy :)




Kiedy moja współtowarzyszka podróży przepadła na 3 godziny w Queen's Theatre oglądając "Les Misérables" i wylewając morze łez  ja odkryłam miejsce które dosłownie mnie zaszokowało.


Wchodząc do Krainy M&Ms nagle masz ponownie 5 lat i ekscytujesz się wszystkim z dziecięcą fantazją. Przechodząc tamtędy najpierw poczułam zapach czekolady i idąc tym tropem trafiłam do krainy kolorów i zarazem największego sklepu z jednym rodzajem jedzenia jaki chyba powstał. 






Przyznam się jednak, że najważniejszym punktem tego dnia było dla mnie zobaczenie tego miejsca: 



Znacie mnie, wiecie dlaczego...


Ale, że już był czas by zgłosić się po Anię i sprowadzić ją na ziemię, to spędziłyśmy jeszcze godzinę pod Queen's czekąjąc na autografy.


Ania się nie obrazi jak sie pochwalę- w końcu się poświęcałam:) 


Też mam zdjęcie z Carrie- dziewczyna jest świetna :)


I mamy też Piccadilly Circus, chociaż było za ciemno i za ciasno by coś więcej zobaczyć:



Dzień 6.
Dzień szósty to powrót... 
Smuteczek...


Ale też możliwość powiedzenia "SPEŁNIŁYŚMY MARZENIE!"




Te sześć dni to najlepsze dni mojego życia i niezapomniane chwile. Może komuś wydać się to dziwne, wiecie to tylko jedno z miast Europy. Pewnie niektórzy z was tam byli. No cóż, Londyn dla mnie nie jest, nie będzie nigdy zwykłym miastem. Londyn jest niesamowity. Uwielbiam to miasto i jeszcze bardziej o nim marzę odkąd go troszeczkę poznałam.

I nadal nie mogę w to uwierzyć. Wiecie nie potrafię się tym tak ekscytować, jak myślałam, ze będę. Dla mnie to jest trochę nadal surrealistyczne przeżycie. Dopiero jak patrzę na te zdjęcia, jak sobie przypominam te chwile... łza się w oku kręci.

Najlepsze wspomnienie zeszłego roku?
Londyn

Pod jakim hasłem zapamiętam 2013?
Londyn














sobota, 4 stycznia 2014

Spełnione marzenia! (cz. I)

Grudzień to miesiąc życzeń. Życzenia składane są na każdym kroku i w niemal każdej sytuacji. Od wielu lat, czy to z okazji świąt, nowego roku, urodzin, życzono mi jednego: "Londynu". Z uśmiechem, potulnie kiwałam głową odpowiadając "Mam nadzieję", a w myślałam "taaa, jasne, już widzę że się uda".

Nie pamiętam jak dawno temu owo marzenia zakwitło w moich myślach. Bez wątpienia duży wpływa na to miał Harry Potter, ale nie jestem pewna jak bardzo i czy to właśnie od tego się zaczęło. Widzicie, to było tak dawno, że nie jestem sobie w stanie przypomnieć. W moim pokoju pełno jest zdjęć, obrazków, motywów związanych z Londynem. Ekscytowałam się każdym durnym gadżetem w sklepie. Oglądałam każdy film z wypiekami na twarzy widząc Big Bena.
Gdy coraz częściej widziałam zdjęcia znajomych z Londynu zalewała mnie krew, że każdy może się zebrać i jechać, bo Londyn jest fajny, a ja, która dokładnie wiedziałam po co tam mam jechać nie zebrałam się i nadal tkwię tu gdzie jestem.

Gdy ktoś spełnia twoje marzenie to boli najbardziej.

Szala przebrała miarę gdy Ana tam pojechała. Spełniając swoje marzenie, które wryło się w jej myśli tak mocno jak u mnie, dała mi porządnego kopniaka i postanowiłam działać.


Razem z Anią (osobą bez której, wiem, żeby się to nie udało) postanowiłyśmy położyć wszystko na jedną kartę. Rozpoczęłyśmy poszukiwania. W sierpniu w jednej chwili kupiłyśmy bilety na samolot na listopad, znalazłyśmy nocleg u znajomych i zakreśliłyśmy datę w kalendarzu. 19 listopada. Odliczałam dni, a im było ich mniej tym bardziej się stresowałyśmy. Jeden dzień do odlotu to było już istne szaleństwo.


Dzień 1.
Czekając w hali odlotów, widząc tych wszystkich wyluzowanych ludzi, ręce mi się trzęsły. Mój pierwszy lot, pierwsze samodzielne, w 100% samodzielnie zaplanowane "wakacje" w obcym kraju. Do momentu zapięcia pasów nie wierzyłam, ale gdy samolot zaczął kołować, wiedziałam, że jestem bliżej Londynu niż kiedykolwiek.

 

 Polska z lotu ptaka jest piękna, ale...

Anglia jeszcze piękniejsza.

W pierwszym dniu miałyśmy proste zadanie. Dotrzeć do Londynu i zaplanować kolejny dzień. Nie było czasu na zwiedzania, a że mieszkałyśmy w 6 strefie założyłyśmy, że będzie mało czasu na cokolwiek. Miałyśmy rację :)
Jednak już sam jazda autobusem była przygodą.




Dzień 2.
Jak inaczej można rozpocząć wizytę w Wielkiej Brytanii nie wstępując na herbatkę do Królowej? Oczywiście nie miałyśmy na co liczyć, a szkoda, bo Londyn przywitał nas iście londyńską pogodą, co było wielkim pechem zważywszy na to, że dzień wcześniej miałyśmy bezchmurne niebo... olbrzymi pech, ale nic nam nie było strasznym. Zmiana warty przebiegała bez zakłóceń do momentu gdy z sekundy na sekundę pogoda uległa załamaniu i mieliśmy gradobicie z grzmotami. Takie rzeczy w listopadzie to chyba tylko tam. Woda płynęła strumieniem ulicą, więc Buckingham Palace nie wyglądał jakoś bardzo zjawiskowo, chociaż i tak był fantastyczny!



Pogoda była straszna, Londyn cudowny. Nie było się gdzie schować, więc dzielnie kroczyłyśmy dalej. Pierwsze spojrzenie na Big Ben i kolejny dowód, że tam jesteśmy. Co nas jednak najbardziej zaskoczyło? Pogoda w UK jest tak zmienna, że nie nadążasz za tym co się właściwie dzieje. Po godzinie było fantastycznie i tak już pozostało.




Londyn nocą...

Londyn nocą dane nam było oglądać codziennie. Zdjęcia są jakie widać... ale Londyn nocą jest piękny. Nie mogło być inaczej, prawda?


Dzień 3.
Jeden dzień miał być naszą największą wyprawą. Nie marnowałyśmy pieniędzy na przejażdżki metrem, bo na mapie wszystko było blisko. Rzeczywiście wszystko było blisko. Gdyby nie to, że nienawidziłam wtedy swoich nowych butów pewnie kilometry jakie przeszłyśmy nie robiłyby na mnie wrażenia. Postanowiłyśmy, że musimy odhaczyć z listy absolutnie najważniejsze miejsca z przewodników więc podzieliłyśmy Londyn na swoje własne strefy. Tym razem zwiedzałyśmy tę wschodnią część na naszej mapy z Katedrą Św. Pawła, Tower i wszystkimi ważnymi mostami.



Zrezygnowałyśmy z wejścia do Tower, bo to spory wydatek, a dzień wcześniej również sporo przeznaczyłyśmy na Westminster Abbey (które, czego wcześniej nie napisałam, było absolutne fantastyczne i robiło olbrzymie wrażenie. I nawet mieli audio-przewodnik po polsku!)

Widok Tower z zewnątrz też jednak robi spore wrażenie i Tower Bridge w tle to już wisienka na torcie. Stałyśmy tam sporo czasu i napawałyśmy się widokiem. Widokiem mostu- świrusy- ale prawda jest taka, że to najpiękniejszy most na jakim byłam.




Standardowo udałyśmy się do McDonalda (które są wszędzie, podobnie jak KFC i Starbucksy) bo tam można było coś tanio zjeść i wypić i połączyć się ze światem (dziękuję za darmowe wifi!). I oczywiście jak dnia poprzedniego po wyjściu znów było słonecznie.



Idąc dalej tropem mostów, trafiłyśmy wreszcie do Shakespeare's Globe Theatre. To była absolutnie najlepsza część dnia. Jak przystało na szekspirowski teatr dostaliśmy 100% Brytyjczyka ze 100% brytyjskim akcentem i poczuciem humoru, który chyba postawił sobie za punkt honoru zmienienie naszego pojęcia o standardowym oprowadzaniu. Facet wyglądał jak Jim Carey, miał mimikę jak Jim Carey i grał lepiej niż Jim Carey, przez co stał się największą atrakcja teatru.





Następnie zwiedziłyśmy Tate Modern, gdzie próbowałyśmy zrozumieć sztukę współczesną. Z różnym skutkiem, ale Picassa widziałyśmy. 

 Pisałam już, że Londyn nocą jest piękny?


Marzłyśmy, mokłyśmy, ale nic nas nie zrażało. Spełniałyśmy marzenie! 

Koniec części I.