czwartek, 10 kwietnia 2014

Challenges: movies

Nigdy nie wierzyłam w moc noworocznych postanowień. Nie pale, nie chcę schudnąć, słodyczy nie mam zamiaru ograniczać. Zresztą nawet jeżeli coś sobie obiecywałam, to po dwóch tygodniach wszystko wracało do normy. Widocznie moje postanowienia były źle kierunkowane.
W tym roku mam dwa, które wiem, że zrealizuje.
Pierwsze dotyczy Goodreads- 40 książek w rok. Nie jest to wielkie wyzwanie, ale studiując dwa kierunki mam czas ograniczony do minimum. "Sesja" już mi się zaczyna (powiedzmy), więc i tak moje sześć książek to niezły wynik, chociaż nie jestem z niego dumna.  
Drugie postanowienie, które dzielę z Anią G. to 11 filmów w kinie w tym roku. 11 bo 10 to za mało. Wliczam w to tylko filmy, które obejrzymy razem, pomijam Off Plus Camerę z oczywistych powodów. 

Kończąc wstępne wyjaśnienia przechodzę do recenzji filmów, które już widziałyśmy. Wynik? 5/11 więc jesteśmy na dobrej drodze by challenge zakończyć jeszcze w tej połowie roku.

Kamerdyner/ The Butler (2013)



Film widziałam dwa miesiące temu i nie będzie to żadna recenzja, a jedynie krótka zachęta. Kamerdyner to historia kamerdynera w Białym Domu, który przez trzydzieści lat służył 8 prezydentom. Nie jest to film ekstremalnie porywający, a w kategorii filmów o czarnoskórych służących nie jest czymś nowym. Lee Daniels stworzył jednak film, który w bardzo ciekawy sposób, od innej perspektywy pokazuje nam historię Stanów Zjednoczonych. Losy czarnoskórych mieszkańców USA były już wałkowane na milion sposobów o czym wspominałam przy recenzji Niewolnika. 12 years a Slave i przyznam, że ten aspekt w filmie najmniej mnie interesował. Kamerdyner okazał się inspiracją dla mojej pracy magisterskiej. Jeżeli chcecie poznać Prezydentów USA oraz nastroje ludzi z tym zwiazane to gorąco polecam. A jeżeli nie sama historia to powinna was zachęcić obsada. Forest Whitaker w roli kamerdynera, Oprah Winfrey jako jego żona oraz: John Cusack, Jane Fonda, Cuba Gooding Jr., Terrence Howard, Lenny Kravitz, James Marsden, Alex Pettyfer, Alan Rickman, Robin Williams, Yaya Alafia. A poza tym piękne zdjęcia Andrew Dunna. Nawet jeżeli odczuwacie, tak jak ja, zmęczenie tematyką, to Kamerdynera polecam ze względu na te kilka elementów które wymieniłam.


Only Lovers Left Alive/ Tylko kochankowie przeżyją (2013)




Jeżeli istnieją motyw, którego absolutnie wszyscy maja dość to są to wampiry. Boom na krwiopijców wprawdzie osłabł, ale nie zmienia to faktu, że jest nadal bardzo popularny. Wielu, i słusznie, uważa, że Zmierzch wywrócił wizerunek Draculi do góry nogami i niewiele da się zrobić, by filmy o tej tematyce dało się ogląda. W sumie nie ważne kogo by się zaangażowało słowo "wampir" wystarczy by nie iść do kina.
Jednak gdy rolę w takim filmie przyjmuje Tilda Swinton i Tom Hiddleston a za reżyserię bierze się, uchodzący za ekscentryka i intelektualistę (czego nie jestem w stanie skomentować) Jim Jarmusch to możemy być pewni, że film będzie inny niż wszystkie.
Only Lovers Left Alive (OLLA) to opowieść o miłości Adama i Ewy, którzy mimo, że żyją z dala od siebie, nieprzerwanie dążą się gorącym uczuciem, które trwa od wieków. Jednak świat coraz bardziej podupada, ze względu na zanieczyszczenia, również ludzka krew nie jest taka jak kiedyś. On, świetny muzyk popada w depresję i kupuje pistolet z drewnianą kulą, a ona rzuca wszystko by być z nim. 
Film jest melancholijną opowieścią o miłości. Nie jest to coś dla fanów paranormalnych, krwistych thrillerów i oczywistych, sztandarowych romansów. OLLA ciągnie się przy akompaniamencie powolnej, hipnotyzującej muzyce. Sceneria upadającego Detroit, oraz długie ujęcia są niczym odzwierciedlenie życia bohaterów. Dla niektórych nuda, dla mnie piękno. Offowy klimat z miłością w tle i to jaką miłością. Adama i Ewę łączy uczucie o którym wielu z nas może pomarzyć, to coś wręcz surrealistycznego, a jednocześnie najprawdziwszego. Jeżeli chodzi o wampiry, to fakt, krew jest ważnym elementem, ale nie determinantem, a samo jej picie przypomina bardziej celebrę niż scenę z rzeźni. 
OLLA podobało mi się pod każdym względem. Zarówno ta nuda i klimat, kapitalna muzyka i zdjęcia. Niesamowita scenografia i charakteryzacja. Kapitalna gra aktorska. Tilda ze swoja niesamowitą urodą jest stworzona do takich ról, a jej gry aktorskiej nie godna jestem oceniać, a Tom ... Hiddleston w moim odczuciu to jeden z najlepszych aktorów pokolenia, i pomijając wszelkie inne aspekty "poza aktorskie", jest absolutnie moim ulubionym.
W pozostałych rolach John Hurt, Mia Wasikowska i (wspomniany na specjalne życzenie Ani) Anton Yelchin.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

 


Jeżeli chodzi o sequele to w przypadku filmów o superbohaterach są one nieuniknione. Marvel od kilku lat berdzo konsekwentnie tworzy swoje Universum, a każdy kolejny film jest powiązany z poprzednim. Dzięki temu mamy pewność, że przynajmniej raz w roku obejrzymy coś ich produkcji. O ile w przypadku Iron Mana mam wrażenie, że kolejne części nie dorównywały pierwszej, o tyle już w  drugiej części Thora widać było poprawę. Konsekwencje wyciągnięto również w przypadku Kapitana Ameryki.  
Pierwsza część rozgrywała się w okresie II wojny światowej i opowiadała o początkach najbardziej amerykańskiego superbohatera w dziejach. Latający w obcisłym kombinezonie w barwy narodowe Kapitan nie był tak spektakularny jak Tony Stark, a ten nieszczęsny amerykański patriotyzm kłuł w oczy. Czegoś mu brakowało. 
Zimowy żołnierz czerpie wszystko co najlepsze z poprzednich filmów Marvela. Inteligentna i bardzo zawiła fabuła (która w kontekście całej historii Universum jest jeszcze bardziej skomplikowana), akcja, intryga, polityka. 
Jeżeli orientujecie się w całej, trochę już skomplikowanej machinie, oglądaliście poprzednie filmy czy serial, to widząc problematykę tego filmu zrozumiecie, że twórcy (kolokwialnie mówiąc) pojechali po bandzie.
Akcja filmu oczywiście ma miejsce po wydarzeniach z Avengers, ba z Thora 2. Nad całą Agencją S.H.I.E.L.D wisi potworne zagrożenie (i w cale nie przesadzam), a nasz bohater będzie musiał stoczyć walę z bodaj najtrudniejszym przeciwnikiem- tytułowym Zimowym Żołnierzem (który całkowicie skradł moje serce).
To co w całym filmie jest najlepsze, to właśnie świadomość, z którą uważny widz ciągle musi walczyć, że cała ta intryga nieuchronnie wywróci świat Avengersów do góry nogami. 
Zimowy Żołnierz to jeszcze lepszy scenariusz, efekty specjalne. To umiejętnie skonstruowana historia. A przede wszystkim zachowanie balansu między filmem na wskroś komiksowym, kiczowatym i nierealnym, a konwencją politycznego thrillera. Braciom Ruso udało się stworzyć film, który pokochają zarówno fani komiksów jak i osoby, który ten gatunek omijają z daleka. 

Chcę jeszcze dodać, ponieważ dobrze wiecie jak związana jestem z tematyką superbohatera, że to co obserwuję przy okazji filmów, a także serialu Marvels: Agent's of S.H.I.E.L.D budzi mój wielki podziw i szacunek dla samego Marvela. To co tworzą i to jak niezwykle umiejętnie i konsekwentnie trzymają się planów, utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że biorą sprawę bardzo na poważnie. Serial jest tak wpasowany w strukturę filmów, że aby zrozumieć przebieg akcji, nie tyle musisz być na bieżąco ze wszystkim, ale jeszcze musisz oglądać to chronologicznie i z uwagą. (czyli musisz iść do kina w określonym czasie, a nowy odcinek serialu oglądać nie wtedy kiedy ty tego chcesz, a kiedy chcą tego producenci) Wszystko łączy się na zasadzie ogniw łańcucha i działa jak w zegarku. Szkoda, że DC zauważyło to tak późno i zdążyło odsprzedać prawa komu popadnie. Może Arrow i Flash będzie początkiem kolejnej rewolucji.  


Pozostałe dwa filmy jakie obejrzałyśmy to American Hustle i Kamienie na szaniec. O nich pisałam wcześniej, jak ktoś nie czytał to tytuły stanowią hiperłącze. 

I oczywiście namawiam was do chodzenia do kina. Laptop i marne głośniki nigdy nie zastąpią dużego ekranu i klimatu sali kinowej. Kompletnie nie rozumiem jak może to stanowić jakąś alternatywę.
A gdybyście nie mieli z kim iść... wiecie do kogoś się zwrócić.

środa, 9 kwietnia 2014

Kamienie na szaniec

Częstotliwością ukazywania się postów w tym tygodniu pragnę uciszyć mój wewnętrzny głosik, który gania mnie za lenistwo.
Tym razem lekko spóźniona recenzja Kamieni na szaniec. Spóźniona, bo tę pisałam na zajęcia. Niczego nie zmieniałam, taka otrzymał Profesor i już ja mu czytałam (wszelkie prawa zastrzeżone). Dlatego też recenzja ta jest inna niż wszystkie, może bardziej wyważona, ale w 100% jest odzwierciadleniem moich odczuć. Całkowity subiektywizm.

Recenzję zamieszczam dlatego, że na temat filmu toczy się ciągle dyskusja, a i może ktoś z was zdecyduje się jeszcze wybrać do kina :) Nie ględzę dalej, czytajcie :)



Robert Gliński już nie raz udowodnił, że nie boi się podejmowania tematów trudnych i kontrowersyjnych, dlatego jako reżyser Kamieni na szaniec – powieści, która kształtowała charaktery młodych ludzi i miała być dowodem waleczności i patriotyzmu Szarych Szeregów – mógł budzić wątpliwość. Gliński jednak z odwagą podjął się wyzwania i stworzył film, koło którego nie można przejść obojętnie. Kamienie na szaniec to nowoczesne kino akcji dostosowane do naszych czasów, ale również wzruszająca opowieść o przyjaźni, młodości i poświęceniu.
Alfred Hitchcock powiedział: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” i tę zasadę stosuje również Gliński. Przy akompaniamencie rockowej muzyki „Rudy” i „Zośka” wykonują akcje małego sabotażu. Stopniowo poznajemy bohaterów, a wojna, która toczy się w tle, przypomina trochę dziecinną zabawę do momentu gdy „Rudy” zostaje pojmany przez Gestapo. W tym momencie życie harcerzy wywraca się do góry nogami, muszą stawić czoła brutalnej rzeczywistości i zaniechać romantycznych wizji walki, sięgając po broń i porzucając dotychczasowe życie. Z chłopców stają się mężczyznami
Film nie jest wiernym przedstawieniem książki Aleksandra Kamińskiego. Jest nowocześniejszą wersją opowieści, dostosowaną do współczesnej widowni, zbudowaną jakby na nowo. Robert Gliński odrzuca patos na rzecz prawdziwości. Młodzież, która obecnie tak bardzo różni się od swoich rówieśników sprzed lat, nie potrzebuje dumnych, nieskazitelnych wzorców, a raczej bohaterów dnia codziennego, podobnych do nich. Tacy też są „Alek”, „Rudy”, „Zośka”. Cały zabieg nie udałby się bez młodych i utalentowanych aktorów, w ich grze widać było sumienne przygotowanie i zrozumienie postaci. Marcel Sabat, który doskonale wcielił się w postać „Zośki”,  swoją pracę magisterską oparł na przygotowaniach do roli.  Karol Górski, czyli filmowy „Heniek", spisywał emocje jakie mu towarzyszyły na planie, dzięki czemu powstał niezwykły pamiętnik z pracy przy filmie. 


Na tle wszystkich bohaterów wyróżnia się jednak Tomasz Ziętek. Jako „Rudy” musiał pokazać najwięcej emocji: od porywczego i tryskającego życiem chłopaka do ofiary okrutnych tortur. W obu rolach wypadł doskonale, a scena przesłuchania to chyba najmocniejszy punkt filmu.
W tłumie harcerzy znika natomiast „Alek” w którego wcielił się Kamil Szeptycki. Postać ta, która w powieści odegrała znaczną rolę, tu ograniczona jest do kilku scen, dlatego widz, który nie zna pierwowzoru, najprawdopodobniej nie zwróci na nią szczególnej uwagi.
Na drugim planie mamy plejadę doświadczonych aktorów, którzy tworzą tło, nie pozostając w cieniu. Wolfgang Boos, czyli Rottenführer Ewald Lange, stworzył kreację, którą można porównać z rolą Ralpha Fiennesa z Listy Shindlera – bezwzględny i zły w każdym calu, a przy tym perfekcyjny.
Tworząc tak znakomite postacie, szkoda, że mniejszą uwagę poświecono rolom kobiecym. Stanowią nie tyle drugi plan, co często niepotrzebną dekorację, a ich rola nie wnosi nic do przebiegu akcji, przez co wydają się po prostu zbędne.
Do współpracy przy filmie zaproszono znakomitego operatora Pawła Edelmana, który niejednokrotnie udowodnił jak tworzy się piękne, perfekcyjne zdjęcia. Jego kunszt widoczny jest również w tym filmie. Sceny walki pełne są dynamizmu i szybkiej pracy kamery, dzięki czemu nastrój i dramatyzm sytuacji staje się jeszcze bardziej klarowny. Sceny, którym towarzyszy znakomita muzyka, są tak skonstruowane, że często nie da się oderwać wzroku od ekranu.
Wojna to temat, który bardzo chętnie poruszany jest zarówno w polskim kinie, jak i w telewizji. Jest to motyw bardzo wdzięczny dla filmowców. Pozwala na stworzenie dramatycznych obrazów oraz na prowadzenie wartkiej i emocjonującej akcji, jednak ich nieodłącznym celem jest kreowanie herosów i budzenie ducha patriotyzmu. Kamienie na szaniec robią to w sposób bardzo nowoczesny. Film kierowany jest przede wszystkim do młodego widza, który wychowuje się w wolnym, demokratycznym kraju, a jakakolwiek forma walki jest mu obca. Dla takiego człowieka patriotyczne i dumne slogany mogą być niezrozumiałe. Doskonale rozumieją to twórcy filmu. Bohaterowie kierują się racjonalnymi pobudkami. Ich nastroje są widoczne i klarowne. Unowocześnieni, pełni życia i determinacji, mogą stać się autorytetami. Film, odbiegając od pierwowzoru, nadal niesie to samo przesłanie: walczyć do końca, kochać najmocniej, wierzyć bezgranicznie.
Kamienie na szaniec obronią się przed krytyką. Bardzo optymistycznie przyjęty przez młode pokolenie, jest filmem na miarę naszych czasów i możemy tylko dziękować, że  młodzież ma możliwość poznania tej historii i wzruszenia się, nawet jeżeli starsi widzowie wyjdą z kina z pewnym niedosytem.


Może Kamienie na szaniec Glińskiego są lekko hipsterskie i wymuskane, a z książką i historią nie mają wiele wspólnego, ale cieszę się, że reżyser nie chciał się przypodobać wszystkim i zrobił to po swojemu.

I przyznam, że ta dyskusja i kontrowersje wokół filmu mnie niezmiernie cieszą. To znaczy, że film nie jest nijaki. A oceniać go, każdy z was powinien sam.



Nie wyrażam zgody na przetwarzanie tej recenzji w jakichkolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Sens mojej egzystencji

Tym razem nie filmowo, a bardziej egzystencjalne. Oczywiście, post o filmach już wisi, ale nie mam kiedy go skończyć, więc dziś będzie prosto, łopatologicznie i blogowo, mam nadzieję jednak, że nie nazbyt ekshibicjonistycznie. 

Hipstersko-blogowo :)

Teraz wiem, że te dwa kierunki pójdą mi w pięty. Głupi są ci, co myślą, że odpoczną na magisterce. Patrząc z perspektywy stwierdzam, że dawno nikt tak bardzo nam nie chciał dokopać i udowodnić, że nic nie umiemy i nie mówię o dwóch kierunkach na raz, a o każdym z osobna. W moim kalendarzu najbliższy miesiąc jest wypełniony kolokwiami, egzaminami, a sesji nawet nie widać na horyzoncie. Oczywiście każdy może powiedzieć, i każdy mi to mówi cały czas, że "sama tego chciałam". 
Wiem, że sama tego chciałam, ale czy dlatego mam nie narzekać?
Nie włączam sobie taryfy ulgowej, pracuję prawdopodobnie dwa razy ciężej niż większość, więc mam chyba prawo ponarzekać.
Jednak nie będę tego robić. 
Oprócz tego, że fizycznie i psychicznie przechodzę własnie kryzys śródsemestralny, obgryzłam wszystkie paznokcie i mam ochotę stworzyć laleczki voodoo niektórych osób, wszystko u mnie w porządku.

Cieszę sie jednak z tego, że w moim własnym odczuciu, to wszystko ma sens. Wszystkie moje wybory, te dwa kierunki, układają się w zgrabną całość. Jest, w gruncie rzeczy, lepiej niż sądziłam. Tak... może schudnę kilka kilogramów, osiwieję, pomarszczę się i dostanę jakiejś choroby psychicznej, ale sama tego chciałam.

Narzekać mogę tylko na to, że nie potrafię w 100% zagospodarować wolnego czasu. Lenistwo to moja największa wada. Zamiast robić coś produktywnego, robię to co robię. Tematu nauki nawet nie poruszę...(powinnam zbierać materiały do prac magisterskich)  Na Goodreads jestem 5 książek do tył w moim rocznym wyzwaniu. Nie ruszyłam filmów z listy tych absolutnie koniecznych i zaczęłam bawić się w kilka nowych seriali...

Rany jak to napisałam jest gorzej niż sądziłam... Ale jak widzicie- wszystko po staremu :D

Z tych dobrych rzeczy, które absolutnie muszę podkreślić, oprócz wiosny za oknem, to fakt, że znam absolutnie wspaniałych ludzi. Gdybym nie mogła komuś ponarzekać moje życie nie miałoby sensu! 



I na koniec. Od 2 maja zaczyna się Off Plus Camera i (jakbym miała nadmiar wolnego czasu) ponownie jestem wolontariuszem, także spodziewajcie się relacji i zapraszam do kin!



PS. Te absolutnie fantastyczne zdjęcia zostały zrobione absolutnie fantastycznym aparatem Any Pi, a że postanowiłam, ze trzeba promować talenty, to jak ktoś chce, mam na nią namiary. Ana Pi (czy tego chce, czy nie) chętna jest na sesje :D