czwartek, 27 listopada 2014

BookNerd Challenge: Matthew Quick x2


Po raz pierwszy zetknęłam się z Matthew Quickiem na początku roku gdy czytałam Poradnik pozytywnego myślenia. Na dwie kolejne trafiłam na Targach Książki i zachwyciły mnie okładki, które są po prostu piękne, a jako esteta oceniam książki po okładce. Jednak obie te pozycje to znacznie więcej. Matthew Quick wyrasta na mojego mistrza żonglowania emocjami. Każdy z jego bohaterów zmaga się z poważnymi problemami, jednak Quick radzi jak myśleć pozytywnie. W jego książkach można wyczuć promyki nadziei, bo chociaż opisywane historie można zaliczyć do tych beznadziejnych, nie możemy zapomnieć, że nadzieja umiera ostatnia. 

Literatura young-adult króluje na półkach księgarni. Może to seksistowskie co powiem, ale każda książka jaką czytałam napisaną przez kobietę nie dostarczyła mi tak cennych przeżyć jak te kilka książek napisanych m.in przez Johna Greena czy Matthew Quicka. Autorki książek dla młodzieży zbyt fantazjują, chcą na siłę stworzyć silne bohaterki, które na kilku stronach przeżywają coś niewyobrażalnego i fantastycznego. Przystojni rycerze na białych koniach, walka ze złem i przemiana bohaterka od szaraka do herosa. Te same utarte schematy, miliony czytelników, tak dużo naciąganych wartości.
Jak chcecie czegoś więcej, czegoś obdartego z patetyzmu, czegoś skonstruowanego inteligentnie i przemyślanie sięgajcie po męskich autorów. Nie chcę powiedzieć, że kobiety nie potrafią pisać, ale osobiście jestem na takim etapie życia, że mniej fantazji, a więcej prawdy ujmuje mnie jako czytelnika.



Prawie jak gwiazda rocka to książka dla nieco młodszych, ale myślę, że jednak dorosłych czytelników, chociaż chyba każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Opowiada o losach przebojowej Amber Appleton, która w bardzo ponurej rzeczywistości doszukuje się promyków słońca. Nazywana przez otoczenie Księżniczką Nadziei jest tym czym każdy chciałby chyba być.

Razem z matką i psem B3 mieszkają w Żółtku- szkolnym autobusie. Mimo dość tragicznej sytuacji w jakiej się znalazła nie traci optymizmu. Należy do Federacji Fantastycznych Fanatyków Franksa i ma najwspanialszych chłopaków pod słońcem. Po szkole uczy angielskiego Chrystusowe Diwy z Korei oraz wdaje się w potyczki słowne z Joan Sędziwą podczas środowych odwiedzin w Domu Starców.

Amber jest prawie jak gwiazda rocka. Jest jej wszędzie pełno, potrafi postawić na swoim, mówi to co myśli, robi co chce i wszyscy ją kochają. Bez kitu!

Książka Quicka z początku wydaje się kolejną, banalnie napisaną historyjka o nastolatce z problemami, jednak szybko owo złudzenie znika. Quick tak konstruuje książkę, że swoją lekkością zaskakuje. Nie nadużywa słów. Bez kitu! Nie stara się dopowiadać tego co czytelnik i tak czuje. Nie mydli nam oczu smętnymi opisami. Na tyle udało mu się wczuć w rolę nastolatki, że opisana historia nie wydaje się sztuczna, a wręcz jest nadspodziewanie realna.

Stojąc na przystanku w pochmurne listopadowe popołudnie, gdy ręce mi zamarzały, nogi dygotały , nie mogłam się od niej oderwać. Niejednokrotnie wybuchałam śmiechem zwracając na siebie uwagę. Quick zaraża optymizmem, ma całkiem dobre poczucie humoru i potrafi konstruować wartką akcję opartą na prostych założeniach.

Książka nie jest jednak tak słoneczna jak jej okładka, bez dramatyzmu i zwrotów akcji byłoby nudno. I tu również nie raz dostaniemy w twarz, ale czy nie jest tak, że po każdym dniu następuje następny w którym wszystko może wyglądać inaczej? Bez kitu! Naprawdę!

To książka o wierze w nadchodzące jutro, o przyjaźni, zaufaniu, nadziei gdy świat dookoła się sypie.

A na koniec zostawię was z haiku autorstwa Amber Księżniczki Nadziei Appleton

Pies nie zapomni
Ucałować cię przed snem
Nawet gdy cuchniesz







Wybacz mi Leonardzie jest tym rodzajem lektury, która niczym wiertło powoli przebija się przez warstwy naszej skóry i jak już dotrze do serca, rozrywa je na milion kawałków. 

Leonard Peacock właśnie skończył 18 lat i postanowił świętować swoje urodziny w sposób niezwykły. Z tej okazji przygotował prezenty dla przyjaciół, zgolił długie blond włosy i zapakował do plecaka pistolet... Leonard ma misternie ułożony plan, to jego największe dzieło, które ma pomóc mu w rozliczeniu się z życiem, problemami i ludźmi którzy go otaczają. 

Dla niego wszystko jest albo dobre albo złe. Widzi świat w czarno-białych barwach. Leonard ma dość udawania, dość grania pozorami. Chce to wszystko naprawić. Wystarczy pociągnąć za spust.

Quick bawi się emocjami, dawkuje nam wiadomości bardzo ostrożnie. Przez długi czas nie znamy motywów które kierują Leonardem, a gdy już się wszystkiego dowiadujemy, czujemy się jakby ktoś uderzył nas w brzuch. Piszą co problemach, o dylematach, Quick zawsze jednak zachowuje pewien optymizm, potrafi tak pisać o tragediach, że mimo bólu i buntu wiemy że wszystko ma swoją przyczynę.

Leonarda poznajemy poprzez jego czyny. To jakim jest, jakim był i jakim pragnie być. To książka dla każdego, który choć raz poczuł, że nie pasuje do otaczającego go świata, dla tych co czuli się choć raz niezrozumiali, niesłyszani. 

To za co cenię Quicka to sposób konstruowania opowieści. Tak jak pisałam wyżej, nie nadużywa on słów, potrafi opowiadać milcząc.  Umiejętnie konstruuje zdania, przekazując w nich bogatą i mądrą treść.

Okładka jest myląca, Wybacz mi Leonardzie nie jest delikatną pastelową opowieścią dla młodzieży. To ten rodzaj lektury, który w pewnym momencie ściska czytelnika ta mocno, że nie może się on oderwać od lektury.




sobota, 15 listopada 2014

BookNerd Challenge: Nasze szczęśliwe dni

W tym roku kupiłam sporo ksiażek, a jeszcze więcej czasu spędziłam na ich poszukiwaniach.
W całym tym procesie nauczyłam się kilku rzeczy, ale najważniejszą z nich jest moc nazwiska Nicholasa Sparksa. Osobiście, co z lekkim wstydem przyznaję, nie czytałam nic jego autorstwa, ale tak jak pewnie większość z was widziałam film Pamiętnik.
Nie trudno zauważyć, że wiele historii opiera się własnie na podobnym schemacie co ów Pamiętnik i tak też się dzieje w przypadku książki Julie Kibler Nasze szczęśliwe dni.


Schemat wygląda tak: Lata II wojny światowe, USA. Mamy młodą dziewczynę z dobrego, bogatego domu, której matka robi wszystko by wydać ją  za mąż. Mamy też biednego chłopaka, który pod żadnym względem nie jest idealnym kandydatem na męża, ale to nie przeszkadza by między tą dwójką zrodziło się uczucie. 

Jednak na tym podobieństwo do Pamiętnika się kończy. Problem Isabelle i Roberta nie opiera się tylko na różnicy klasowej. W ich przypadku o owej różnicy nawet się nie myśli. Robert jest czarnoskórym synem służącej, a w latach trzydziestych XX wieku takie związki były zakazane. Isabelle jednak na przekór wszystkiemu chce walczyć o miłość swojego życia.

Historia opowiadana jest z perspektywy czasu. Po wielu latach Isabelle powraca w rodzinne strony wyjawiając podczas podróży swoje sekrety Dorrie, która sama zmaga się z wieloma problemami.

Książka jest podróżą w czasie, podróżą przez nie tak krystaliczną historię USA. To opowieść o miłości i przyjaźni. Jednak nie jest to typowe romansidło. Chociaż nie zostałam porwana cenię tę książkę, za przemycenie tematów trudnych i ciągle bolesnych. Rozprawia się z problemem rasizmu, równości, tolerancji. Pokazuje, że mimo upływu lat, które poznajemy dzięki opowieści Dorrie, ludzi nadal dzielą mury wznoszone na przeświadczeniach, że kolor skóry lub grubość portfela świadczą o naszej wartości.

Napis na okładce mówi, że jest to książka idealna dla fanów Służących Kathryn Stockett i Pamiętnika Sparksa. I rzeczywiście tym ta książka jest. Jest zbitką dwóch historii tworzących całość. Jednak nie jest kopią a czymś nowym, ciekawym. Jeżeli więc czytaliście obie powieści, to ta pozycja może was zaciekawić, chociaż osobiście nie zostałam powalona bardzo się cieszę, że jednak po nią sięgnęłam. Uroniłam łzę, uśmiechnęłam się nie raz i nie raz pokręciłam głową z oburzeniem, a taka żywa reakcje jest najlepszym recenzentem.




Moja skala BookNerd Challange





wtorek, 11 listopada 2014

Interstellar

We współczesnym kinie widzieliśmy chyba wszystko. Powtarzające się schematy zaczęły być bardzo męczące i zaskoczenie czymś widza jest chyba niemożliwe. Christopherowi Nolanowi to się udało. W Incepcji przewrócił nasz tok myślenia do góry nogami, zabawił się naszym umysłem w sposób, w jaki nikt dawno nie postępował. Opadające szczęki zbieramy z podłogi do dziś, a analizom i próbom zrozumienia fabuły nie ma końca. Do tej pory, większość osób, które film widziała nie jest pewna, czy widziała to, co widzieć powinna. Tym też filmem Nolan zaskarbił sobie uznanie widzów, którzy już od czasów jego Batmana, szturmem będą biec na każdy kolejny film sygnowany jego nazwiskiem.


Fabuła Interstellar opiera się na dawno już przestudiowanych w Hollywood chwytach, a ostatnio bardzo chętnie wykorzystanych. 
Ziemię czeka zagłada, niechlubny koniec zbliża się wielkimi krokami. Ludzie umierają z głodu. Wątpliwa przyszłość nie jest szyta złotymi nićmi. Grupa śmiałków, którzy nadal mają nadzieję postanawia działać. Wiedząc, że Ziemi nie da się uratować postanawiają wyruszyć na poszukiwania innego Świata, w którym ludzkość mogłaby zamieszkać. W międzygalaktyczną podróż, która będzie wymagała nie tylko poświęcenia życia, które miało się na Ziemi, ale również pokonanie niewyobrażalnych trudności, wysyła się grupę, której najważniejszymi jedynym celem jest ratunek całej ludzkości. Przekraczają międzygalaktyczną przestrzeń i walcząc czasem załoga wyrusza w podróż w nieznane.

Nie zaliczam siebie do grona tych niesamowicie inteligentnych osób, które oglądając film analizują jego fabułę i oczekują logicznych wyjaśnień. Dla mnie kino ma być oderwaniem od rzeczywistości.  Interstellar tym jest. Nolan przenosi nas w światy, których żadne z nas oglądać nie będzie. Pokazuje to co niewyobrażalne dla ludzkiego rozumu. Oglądając tyle filmów o tematyce kosmicznej (?) może nam się wydawać, że widzieliśmy wszystko, ale okazuje się, że jednak się mylimy. Nolan tworzy swoje obrazy w oparciu o logiczne wytłumaczenia, opiera scenariusz na naukowych wyjaśnieniach, jednak, i chwała mu za to, nie rezygnuje z filmowej fantazji. Nie tworzy dokumentu na temat czarnych dziur i podróży międzyplanetarnej. Tworzy widowisko światła, dźwięku, koloru. Tworzy coś niewyobrażalnego w sposób dla siebie charakterystyczny. Oglądając film Nolana mam wrażenie, że chce on zachować choć troszkę dawnej magii kina i nawet w tak surrealistycznej dla nas scenerii jaka jest kosmos, można wyczuć nienarzucającą się pracę grafików komputerowych. (nie wiem czy jestem zrozumiana w tym temacie...)

Jeżeli chodzi o samo naukowe podejście do fabuły,wydaje mi się, że nikt nie chciał tu niczego na siłę mieszać. Film jest czytelny (przynajmniej jeżeli już koniecznie chcemy go porównywać w tej kwestii z Incepcją), a założenia fabularne dość klarowne. To za co ja cenię cały zabieg, to właśnie ten brak nadmiernego patosu i zawikłań, które w trwającym w prawie 3 godzinnym filmie mogłyby być nużące. Oczywiście cała teoria czasu jest dla mnie tak samo niezrozumiała jak przed seansem i film nic w tej kwestii nie zmienił, ale też tego nie oczekiwałam.

Tak "czas", to on na równi z pojęciem "grawitacji" jest głównym bohaterem opowieści. Bawiąc się z widzem film zmusza do analizy całej koncepcji tego gdzie i kiedy jesteśmy. Mimo wielu niedociągnięć i nadużyć mam wrażenie, że sama koncepcja jest polem do kolejnych analiz i przemyśleń, ale chyba głównie do własnych poszukiwań. Osobiście nie mam zamiaru w nic takiego się bawić. Nolan udowodnił mi tylko, że to co już wiem o czasie jest niepodważalną prawdą



i rzucając znanymi pojęciami, stworzył iluzję inteligentnego i naukowego wywodu. Wydaje mi się, że tym samym wielu z nas zapomina, że to tylko film, a nie naukowy eksperyment.

Przechodząc do bardziej przyziemnych elementów, muszę przyznać, że na tym polu nie odczuwam najmniejszego zawodu. Wciskanie Matthew McConaughey wszędzie gdzie się da i mianowanie go kandydatem do Oscara za każdy film jaki popełni troszkę męczy, jednak muszę przyznać że niemal w każdej roli jest bardzo przekonujący. 

Kapitalne zdjęcia i efekty na najwyższym poziomie stanowią tło, które staje się bohaterem. Jak wcześniej wspomniałam nie odczułam tu przepychu i wciskania w ekran tego co niepotrzebne. Dla mnie kosmos Interstellar jest niesamowity i piękny. Jest bardziej realny niż być powinien i niż się tego spodziewałam. Cieszę się, że nie mogę tego porównać do innych wszechświatów jakie widziałam w kinie. Czuję, że nie muszę tego robić i sama nie jestem pewna jak to uzasadnić. Zdjęcia pieszczą moją artystyczną duszę i są czystą przyjemnością dla już nieco przewrażliwionego oka.

Im dłużej siedzę w kinie tym bardziej wyczulam się na element,y na które jeszcze kilka lat temu nie zwracałam najmniejszej uwagi. Chociaż muzykę do filmu stworzył sam Hans Zimmer, którego cenię za każdy projekt, to tu przede wszystkim zwróciłam uwagę na ciszę. Wielkie brawa dla dźwiękowców, którzy dopieścili film w każdej scenie.

Przez te wszystkie ochy i achy może wam się wydawać, że widziałam film wybitny. Nie, Interstellar nie jest arcydziełem. Wiele logicznych i chyba niewytłumaczalnych dla samego Nolana wpadek, chwilowe nużące przeciągnięcia akcji i amerykański patriotyzm kują w oczy. Widząć już jednak trochę filmów i zdając sobie sprawę z motywatorów i oczekiwań publiczności, jak i z założeń popkultury, na te sprawy trochę przymykam oko. Gdy widzę artystyczne cudeńko, logikę odsuwam na bok.

  • Interstellar ma wszystko to co mieć powinien. Obsadę, historię, muzykę, zdjęcia i genialnego reżysera. Oczywiście nie wbija w fotel, nie robi z mózgu papki i nie wykręca nas jak mokrego ręcznika. Jednak czy każdy film Nolana będziemy do końca świata porównywać do Incepcji? Czy z każdego kolejnego filmu będziemy chcieli wyciągnąć niezrozumiałe dla nas naukowe teorie, by przy piwie po seansie udawać, że rozumiemy o czym była mowa?

Zasmucę was- aż tak mądrzy nie jesteśmy.

Tym co mnie najbardziej irytuje u współczesnego kinowego widza jest to, że chce wyglądać na mądrzejszego niż jest. Kino to nie wysoka sztuka, kino ma służyć rozrywce. Kino nie kształci, kino bawi. Jeżeli dowiemy się czegoś nowego to fantastycznie, ale nie zapomnijmy, że siadając w fotelu, w momencie gdy gasną światła i kończą się reklamy jesteśmy przenoszeni w inne wymiary, których nigdy nie ujrzymy.  Współczesne kino to tania rozrywka dla mas i nawet wybitne i poruszające dzieła tego nie zmienią.

Interstellar polecam wszystkim tym, którzy widzą coś więcej poza czubkiem własnego nosa, którzy widzą i oczekują od filmu zarówno intelektualnego wyzwania jak i niebanalnej rozrywki. Tym, którzy potrafią rozebrać film na czynniki pierwsze i docenić każdy jego element, jednocześnie składając to w całość.