poniedziałek, 9 maja 2016

Captain America: Civil War czyli "dużo i jeszcze więcej"

Czas na recenzję filmową. O tak, dawno nie recenzowałam filmu, ale koło tej produkcji nie da się przejść obojętnie. Dlatego jeżeli macie jeszcze jakieś wątpliwości czy warto iść do kina, mam nadzieję, ze po przeczytaniu tego tekstu je rozwieję.


Alfred Hitchcock powiedział, że film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.
Te słowa wzięli sobie do serca twórcy Civil War i to bardzo poważnie. Już od pierwszych minut wiemy, że to film akcji i już wtedy musimy porządnie zapiać pasy, bo nowy Capitain America prawdziwy filmowy roller coaster, który nie zwalnia .

Marvel przyzwyczaił nas do tego. Mogliśmy się spodziewać świetnych scen walk, wybuchów i efektów specjalnych. To co ja dostałam, przerosło moje oczekiwania, ponieważ żaden z ich dotychczasowych filmów tak bardzo, od samego początku nie wbijał w fotel. A nawet jeżeli tak, to wszelkie wspomnienia zostały zatarte. I właśnie tego oczekujemy, że każdy kolejny film przerośnie poprzedni.

Ale skupmy się na chwilę na historii. Avengersi nadal pracują razem nad ocalaniem świata, ale wreszcie ktoś zauważa, że zawsze gdy działają, zostawiają po sobie pobojowisko i gdy ekstaza zwycięstwa opadnie, widać straty, których nikt nie jest w stanie zrekompensować. I tak nasi bohaterowie mają postawione ultimatum - albo staną się organizacją publiczną albo przestana się mieszać w sprawy świata i dosłownie zrównywać go z ziemią. I tu następuje rozłam. Do tego Bucky staje się wrogiem publicznym #1. Czyli generalnie nie jest fajnie.

Maszyna promocyjna od samego początku funkcjonowała bardzo dobrze i film stał się nie tyle kolejną marvelowska produkcją, a istną batalią. Ludzie opowiadali się po której są stronie. Deklaracja miłości dla Iron Mana lub Captaina była dobrze przemyślana grą i podkręcaniem atmosfery. I jak tu wybrać?!
Nie zdziwiło mnie, że Iron Man miał większe wzięcie. Nie zdziwiło mnie, że Captaina nazywano leszczem. Mało kto docenia jak zajebistym bohaterem jest. Rozumiem. Mając do wyboru pewnego siebie playboya w wystrzałowej zbroi i ślicznego blondaska w trykocie, zawsze opowiemy się za tym co jest cool, prawda?
Jeżeli po tym filmie ktoś jeszcze będzie umniejszał roli Captaina, cóż nie mamy o czym rozmawiać. Captain rządzi, ale... prawda jest jednak taka, że to który Team wybierzemy, po której stronie się opowiemy nie zależy od leaderów. Civil War nie jest walką dwóch herosów (nie do końca). To prawdziwa napierdalanka, niemal wszystkich znanych nam superbohaterów z poprzednich marvelowskich produkcji i co najfajniejsze - każdy ma tu swój moment. 
Oprócz dobrze znanych pojawiają się nowi, a ci którzy do tej pory czaili się na drugim planie wypływają na wierzch. Sebastian Stan jako Bucky spisałby się zarówno w roli zagrożenia jak i superbohatera. Anthony Mackie jako Falcon czy Paul Rudd jako AntMan udowadniają, że są tu nie bez przyczyny. Obaj wnoszą niezwykła lekkość, humor i luz, szczególnie ten drugi. Przekonałam się też chyba do Elizabeth Olsen jako Scarlet Witch. No ale pojawiają się też nowi. Nic tak dawno mnie nie zdenerwowało jak wiadomość o nowym Spider-Manie. Wreszcie znaleźli odpowiedniego człowieka do tej roli i od razu go zmieniają. Chciałam zbojkotować Spidy'ego, ale nie mogę. Tom Holland spisał się świetnie, pojawił się dokładnie wtedy kiedy go potrzebowaliśmy i Spider-Man nigdy chyba nie był tak bardzo podobny do swojego komiksowego pierwowzoru (chociaż nie powiem by całkowicie pobił swojego bezpośredniego poprzednika - dla mnie to jednak różne historie). Chadwick Boseman - Czarna Pantera ma moje 100% błogosławieństwo. Pośród tych wszystkich bohaterów brak słabych punktów i to jest największym sukcesem filmu.
I uwielbiam humor jaki potrafią wnieść. Tyle gagów, żartów - idealnie dużo i aż chciałoby się pracować przy takim filmie. 


Civil War jest jak Avengersi - tylko lepszy (jeżeli bierzemy pod uwagę gęstoś bohaterów i ich interakcje). Scena starcia dwóch Teamów na lotnisku to prawdziwy majstersztyk, wisienka na torcie, prawdziwa gratka dla widza. 
Hitchock powiedział też, że film jest  zły wtedy, jeśli ktokolwiek z publiczności chociaż na chwilę może odwrócić oczy od ekranu. Gwarantuję wam, że podczas Civil War nie chciało się nawet mrugać by nic nie przegapić.

Film jest po prostu wariacją na temat tego co można było zrobić. Jakby twórcy siedli przy wielkim stole, wzięli kartki, każdy wypisał czego chce i postanowiono wykorzystać wszystko. I może brzmi to tak jakbyśmy dostali tego "wszystkiego" za dużo, ale prawda jest taka, że Marvel lubił przepych od początku, lubił puszczać oko do widza i co rusz uświadamiać mu, że by się połapać musisz znać wszystkie wcześniejsze produkcje. Nic tego tak dobrze nie dowodzi tego właśnie jak Civil War.

Podoba mi się jeszcze fakt, że cały ten moralizatorski i pouczający wymiar filmów superbohaterskich tak bardzo tu nie bolał. Ten amerykański duch waleczności, niezłomności i krystaliczności został trochę nadszarpany. Mit troszkę się zachwiał, przez co i cała historia była bardziej wiarygodna. Poprawność jest passé, już się na to nie nabieramy. 

Dlatego dobrze, że wprowadzono jeszcze inną narrację. Przypominającą film szpiegowski, tajemniczą, spowolnioną, która nabiera tępa wraz z pojawieniem się któregoś z Avengersów. Całe zamieszanie spowodowane postacią Buckyego nadal uświadamia nas, ze jednak oglądamy Captaina Americe. I dobrze, bo własnie taki to miał być film. Wprawdzie nasz Czarny Charakter (bardzo dobry w tej roli Daniel Brühl) troszkę blednie w całym tym zamieszaniu, to jednak cieszę się, że zło było bardziej realne niż do tej pory. Postać Brühla jest ciągle obecna i wyczuwalna ale pozostaje na boku, ponieważo złem był spór tych, którzy powinni stać po tej samej stronie.


Jest to kolejna fantastyczna kinowa rozrywka, która bawi ale też trzyma w napięciu. Która ma być kilkoma godzinami dobrze spędzonymi w kinie. Jednak, po opuszczeniu sali kinowej jeszcze bardziej jesteśmy pobudzeni, chcemy jeszcze więcej i jeżeli myśleliśmy, że taki film na nas nie wpłynie to się mylimy. Film to tylko początek.

Rozumiem, że chcielibyśmy prawdziwej Wojny bohaterów, to jest jednak niemożliwe.
Oddzielmy filmy od komiksów, kreskówek, seriali i innych wcieleń superbohaterskich. Przestańmy wszystko ze wszystkim porównywać. Zarówno Marvel jak i DC tworzą teraz swoje własne produkty, na różnych płaszczyznach i dopóki oni tak nie powiedzą, nie mamy prawa zarzucać im nieścisłości. Jeżeli pozbawimy się tego napuszenia związanego z naszą wiedzą, dostaniemy to co chcieli dać nam twórcy. Rozrywkę najwyższej jakości.

Civil War prawdopodobnie wyrósł na mój ulubiony film Marvela. Dostarczył mi wszystkiego tego czego oczekiwałam i pewnie jeszcze więcej. Przed seansem wplątałam się w tę śmieszną grę. #TeamCap, jednak po seansie muszę przyznać, że chociaż nadal przystaję przy swoim #TeamAvengers to określenie którego powinniśmy zacząć używać. 



I jeszcze wskazówka. Nie wychodźcie z kina do samego końca. Mamy 2 sceny po napisach. Smutne gdy cała sala pustoszeje bo ktoś koniecznie musi wyjść zanim zaświeca światła. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz