BookNerd Rev: Przepisy na miłość i zbrodnię

Gdy życie daje ci cytryny zrób z nich lemoniadę... albo tarte cytrynową. Gdy życie daje ci zagadkę rozwiąż ją, szczególnie kiedy jest nią śmierć, która nie jest tak oczywista jak by się wydawało.


Tannie Maria kocha gotować, rozkoszować się jedzeniem i obdarowywać nim innych. W kuchni mogłaby spędzić całe życie. Prowadzi nawet rubrykę kulinarną w lokalnej gazecie – do czasu gdy okazuje się, że czytelnicy bardziej spragnieni są porad sercowych niż kulinarnych. Wtedy odkrywa, że potrafi znaleźć lekarstwo na kłopoty miłosne niemal każdego. Nie może jednak zapobiec tragedii, która wstrząsa społecznością Karru Małego. Tannie Maria wplątuje się w krwawą intrygę i sprowadza na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. A gdy poznaje komisarza Henka Kannemeyera, wpada jak śliwka w kompot…

Książka Sally Andrew zdaje się mieć wszystko co dobra książka (szczególnie dla kobiet) mieć powinna: romans, jedzenie i wątek kryminalny. Nic tylko rozsiąść się wygodnie w fotelu i czytać przegryzając herbatniki.
Wszystkie te elementy są bardzo dobrze wyselekcjonowanymi składnikami bardzo ciekawego przepisu. Nawet rodzący się w naszej głowie obraz gotowej potrawy... książki, jest idealny. Niczym z najlepszej książki kucharskiej gdzie aż chce cię sięgnąć po pokazane na zdjęciu danie.


Tylko, że tak jak to jest z przepisami, nawet jak bardzo się staramy, zazwyczaj nasze danie nie przypomina ideału na zdjęciu, tak też jest z tą książką.
Mimo, że doskonale rozumiem niesamowity potencjał powieści i generalnie bardzo mi przypadła do gustu, mam wrażenie, że do tego pysznego ciasta dodałam przez przypadek szczyptę gorczycy i słodkie na początku, na końcu zostawia nieprzyjemny posmak.

Ale zacznijmy od początku.

Jak wspomniałam historia to idealny materiał na książkę. Nie tylko mamy do czynienia z naprawdę interesującym wątkiem kryminalnym do którego nie mam żadnych zarzutów, mamy też ciekawy romans który przebiega naprawdę naturalnie, bez zgrzytów, to na koniec mamy całą masę fantastycznego jedzenia, które dopełnia cały ten ładny obrazek jakim jest Przepisy na miłość i zbrodnię.

Sally Andrew w niesamowity sposób uczyniła własnie jedzenie głównym bohaterem powieści i dzięki temu książka jest na prawdę wyjątkowa. Bohaterowie nie tylko dużo jedzą, ale momenty gdy Tannie Maria przygotowuje potrawy jest niesamowity. Autorka bardzo płynnie wplotła całe przepisy w tok akcji tak, że zamiast suchych receptur, masz wrażenie, że podglądasz Marie w kuchni. Jakbyś oglądał program kulinarny, a przy okazji możesz bez problemu sam wszystko przyrządzisz, bo obraz jej gotowania jest niezwykle dokładny. Połączenie rzeczowości z zasadami fikcji literackiej. To jak bohaterowie myślą i mówią o jedzeniu powoduje, że żołądek może nam się skręcać z głodu, niezwykle sensualne pisanie, aż ślinka cieknie. Jedzenia jest tu dużo, Maria potrafi zachęcić do wypróbowania jej przepisów. Gwarantuję wam, że po odłożeniu książki, ilekroć spojrzycie w stronę kuchni pomyślicie "może coś z tego wypróbuje".

Jednak to co stanowi o wyjątkowości książki jest zarazem tym minusem, który spowodował, że koniec końców jestem skonfundowana i trudno jest mi jednoznacznie ją ocenić. Maria dosłownie cały czas myśli o jedzeniu. Nie dziwie się jej, gotowanie to całe jej życie, tylko ona cały czas myśli o jedzeniu. Ne zapomnijmy, że w książce jest dość kluczowy wątek kryminalny. Maria myśli o nowych przepisach nawet gdy jest świadkiem strzelaniny i to powodowało u mnie mały zgrzyt. Czy normalny człowiek, w chwili gdy niemal jest świadkiem morderstwa, myśli o tym by zjeść kanapkę? W ogóle miałam kilka razy wrażenie, że Maria nie potrafi zachować się adekwatnie do sytuacji, w kulminacyjnych momentach wyskakiwała z pasztecikami, herbatnikami i wtedy zastanawiałam się czy autorka troszkę nie przesadza.
Z drugiej jednak strony... doskonale zdaję sobie sprawę, że są tacy luzie, osoby które inaczej patrzą na świat, a Maria po prostu udowadnia nam, że na każdą sytuację jest rozwiązanie. Jej jest jedzenie. 

Jedzenie to dobry towarzysz, ale raczej nie odpowiada na zadawane mu pytania, a przynajmniej nie robi tego słowami. Być może między innymi dlatego jest tak dobrym towarzyszem.

Sprawa morderstwa nie jest tak oczywista jak nam się zdaje. Rozwiązanie zagadki jest zaskakujące i raczej wątpię by ktokolwiek przewidział to co się wydarzyło. Ja naprawdę byłam mile zaskoczona, ponieważ nawet ten "oczywisty" scenariusz był interesujący, a autorka i tak potrafiła przyjść z  innym rozwiązaniem.

Przepisy na miłość i zbrodnię jest dodatkowo bardzo ciekawym obrazem życia mieszkańców RPA, kultury afrykańskiej. Niemal namacalnie czujesz wszystkie opisy, zarówno prażące słońce sawanny jak i zapachy, smaki. Autorka stara się nam przybliżyć tradycję, historię Karu Małego, w którym sama mieszka, a które uczyniła miejscem akcji. Od początku czujesz, że pisze ona w dużej mierze z własnych doświadczeń i jakby chciała cały swój świat przekazać w tej książce i w tradycyjnych przepisach. Czuć to w każdym opisie, w każdym składniku powieści. Dzięki temu powieść jest bardzo prawdziwa i stanowi ładna wizytówkę tego miejsca.

Może Przepisy na miłość i zbrodnię nie do końca jest powieścią w moim klimacie, może nie rozumiem jeszcze rozterek dojrzałe kobiety, jej priorytetów i sposobu myślenia. Może dlatego momentami wywracałam oczami. Zaraz jednak pojawiała się w mojej głowi myśl, że przesadzam, że czepiam się detali, a zapominam, że koniec końców książka Sally Andrew to interesująca lektura, która bez wątpienia milionom czytelniczek (może -ów) przypadnie do gustu. Książka idealna dla gospodyń domowych, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. (I dla każdego kto kocha jeść, albo patrzeć na jedzenie, albo myśleć o jedzeniu)

Jeżeli kochasz gotować, jeżeli szukasz książki która nie tylko cię zainspiruje ale być może przyśpieszy ci tętno to jest to coś dla ciebie. Fantastyczne przepisy, miłość, zbrodnia - przepis idealny.

Sama jej ocena jest wszak kwestią indywidualną. Ja lubię się czepiać szczegółów, na które wiele osób nie zwróci uwagi. I mimo, że nadal jestem zdezorientowana i trochę zła, że nie mogę jednoznacznie stwierdzić czy ją lubię czy nie, nie chcę nikogo do niej zniechęcać. Na sam koniec pozostaną raczej miłe wspomnienia i przepisy... Naprawdę, nie czytajcie tego z pustym żołądkiem - może się to nie najlepiej skończyć.


A ja pójdę sobie coś zjeść....

Komentarze