piątek, 26 maja 2017

Najlepsze fikcyjne mamy

Dziś jest jedno z najważniejszych świąt w całym roku. Święto kobiet, które wydały nas na świat, wychowały i kochają nas mimo wszystko. 
By trochę uświetnić to święto postanowiłam podzielić się z wami kilkoma wg mnie najlepszymi mamami, które pojawiły się w książkach, filmach i serialach. 



Przygotowując ten post natknęłam się na spory problem. Naprawdę niewiele jest fajnych mam w popklturze szczególnie tej skierowanej do młodzieży. W książkach YA dzieci często działają w oderwaniu od rodziców, a jak ci się już pojawiają to tyko przelotem. To samo w filmach i serialach. Rodzice są bo być muszą. Zauważyłam też, że pojawia się tendencja bardziej ku samotnym ojcom. Myślę, że temat ten jeszcze poruszę, bo to ciekawe spostrzeżenie.

Tego czego mi brakuje to pokazywania mam jako normalnych, silnych kobiet z których nasz bohater może brać przykład ale może też być przyjacielem. Udało mi się jednak wybrać kilka naprawdę super mam i mam nadzieję, że zgodzicie się, że te panie zasługują na wielkie brawa.

1. Molly Weasley


Molly Weasley to silna wspaniała kobieta. Nie tyko wyśmienita gospodyni domowa o szlachetnym sercu, ale tak naprawdę opoka rodziny Weasleyów. To ona trzyma całą rodzinę w ryzach, to ona jest tam najważniejsza. Weasleyom się nigdy nie przelewało, ale ta kobieta potrafiła sprawić, że w Norze zawsze panowała miłość, było przytulnie i wspaniale. Nie tylko była matką dla siódemki własnych dzieci, ale też dla Harry'ego i każdej innej osoby która tego potrzebowała i myślę, że stała się taką symboliczną mamą każdego fana serii. Chociaż wydaje się po prostu kochająca kobietą w średnim wieku której głównym zajęciem jest dom, wiemy też że jest jedną z najsilniejszych kobiet w całej serii. Co jak co, ale Molly jest niczym lwica która nie pozwoli skrzywdzić nikogo kogo kocha, czego wyśmienity dowód mieliśmy w 7 tomie w najbardziej epickiej scenie w historii.


2. Maryla Cuthbert


Maryla nie jest biologiczną matką Ani, która też jej tak nie nazywa. Maryla jednak udowodniła, że by być mamą nie trzeba dziecka urodzić, ale wychowywać, kochać. Ona nawet nie chciała nią być na początku, ale Ania zmieniła wszystko. Maryla to wspaniała, silna i kochająca kobieta. najważniejszy był dla niej dom ale przede wszystkim ta rudowłosa sierota którą przyjęła pod swój dach i pokochała jak córkę. Wielokrotnie udowadniała że gotowa jest zrobić dla niej wszystko. Była przy Ani w najgorszych i najlepszych momentach. Zawsze wspierała jej nawet bardzo trudne decyzje. Potrafiła się sprzeciwić wszystkim tylko jeżeli jej dziecko mogło być dzięki temu szczęśliwe. Poza tym Maryla uczy jak być kobietą- silną i niezależną i pokazuje jak serce może pomieścić wiele miłości jeżeli da się jej szansę.

3. Lorelai Gilmore


Lorelai Gilmore poświęciła dla swojej córki wszystko i zrobiłaby dla niej wszystko. Nawet jeżeli podążanie za głosem serca oznaczało zerwanie więzów ze wcześniejszym życiem. Wychowała Rory na wspaniała kobietę, tak naprawdę tworząc swoje życie od zera. Mimo, że było ciężko nie zapomniała jednak o swoich marzeniach. Była silna, niezależna i absolutnie wspaniała i ta jest jej córka. Sprawiała, że świat był lepszy. Jej relacja z Rory to chyba coś o czym marzy każda matka i córka. Dwie najlepsze przyjaciółki, które rozumieją się bez słów. Lorelai przypomina mi trochę moją mamę i to w jaki sposób pokazywała i pokazuje mi świat. 

4. Melissa McCall


Teen Wolf to jeden z nielicznych seriali młodzieżowych gdzie rodzice nie są odstawieni na boczny tor. Są tu mocno przedstawieni, wspaniali i gotowi na wszystko dla swoich dzieci. Melissa jest z nich być może najsilniejsza. Wspaniała, piękna, inteligentna samotna matka, która nie zważa na nic jeżeli chodzi o bezpieczeństwo innych, nie tylko jej syna. Jest kochająca kobietą, która miłością potrafi obdarzyć każdego. To jak przyjmuje pod swoje skrzydła przyjaciół Scotta, szczególnie Stilesa świadczy tylko o tym jak jest wspaniała. Niesamowicie odważna i gotowa do poświęceń.

5. Morticia Addams


Wydaje mi się, że niektórzy zapominają, że mama przede wszystkim jest najpierw kobietą. Wydaje mi się, że czasami jak kobieta urodzi, traktowana jest już inaczej, często przez pryzmat dziecka i macierzyństwa. Morticia przypomina nam wszystkim, że mając dzieci nadal można być piękną, pożądaną i pełną seksapilu. Co ważniejsze Morticia udowadnia, że kobieta jest piękna przede wszystkim dla siebie. Jest też prawdziwą feministką. Uczy, jak być prawdziwą kobietą: odważną i pewną siebie, znającą swoją wartość. Uczy tego też swoje dzieci. Uczy szacunku do kobiet. Poza tym ani na moment nie zapomina o swoich dzieciach, chociaż może na to nie wygląda. Kocha je niezaprzeczalnie, wychowuje według swoich zasad i co ważniejsze dzieci ją niesamowicie szanują. 

6. Helen Parr aka Elastyna


Każda mama jest w sumie Superbohaterką. Nie tylko opiekuje się dziećmi, ale i ogarnia chaos domu, pracuje i robi milion innych rzeczy. Helen z Iniemamocnych jest superbohaterką pod każdym względem. Zwalcza zło na świecie i ma na głowie niezwykle nietypową rodzinę. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że to jej maż jest tu prawdziwym herosem, ale on nie dorasta Helen do pięt. Ta kobieta robi milion rzeczy na raz i jeszcze ma czas na założenie maski i skopanie paru tyłków bandziorom. Dzieci i rodzina są jednak dla niej najważniejsze i bycie mamą to jej najlepsza supermoc. Poza tym niestety ale w bajkach brakuje nam mam. Disney lubi uśmiercać rodziców, więc to dobrze, że dzieciaki mają taki wzór jak Elastyna!


To tylko kilka z świetnych mam jakie możemy znaleźć, choć niestety ciężko, w popkulturze. Nie wiem dlaczego to tak pomijany temat, szczególnie w produktach dla młodych którym własnie takie wzory są potrzebne. Ponieważ wymieniłam tu tylko po 2 przykłady z każdego źródła, pomyślałam, że jeszcze krótko wymienię kilka, które również zasługują na uwagę:

  • mama Blue z serii Król Kruków Magge Stiefvater - i każda dorosła kobieta z domu Blue
  • Donna z Mamma mia
  • Kitty Forman z Różowych lat 70.
  • Maria z Dźwięków muzyki
  • Rachel Flax z Syren
  • Jackie Tyler z Doctora Who
  • Esme ze Zmierzchu
  • Pani Bennet z Dumy i uprzedzenia

  • Isabel Pullman z Cud chłopak R.J. Palacio


Na pewno na tej liście brakuje kilku super mam wiec napiszcie w komentarzach, które fikcyjne mamy powinny się tu jeszcze znaleźć!


Chciałam złożyć wszystkim mamom najlepsze życzenia i podziękować za to, że jesteście. Jeżeli jakaś mama to teraz czyta, to wiedz że jesteś super, nawet jak czasami wydaje ci się inaczej. A jeśli nie jesteś mamą, to jak skończysz czytać idź uściskać swoją. Jak nie możesz to zadzwoń albo przynajmniej pomyśl o tym co dla ciebie zrobiła!


Moja mama tego nie przeczyta. Chyba ze ktoś jej to pokaże. Ale i tak chciałabym powiedzieć, że mam najwspanialszą mamę na świecie. Jest moją superbohaterką i najlepszą przyjaciółką i strasznie ją kocham.


wtorek, 23 maja 2017

BookNerd Rev: "Szklany miecz" Victoria Aveyard

Ponieważ premiera 3 części Czerwonej królowej już jutro (24 maja) postanowiłam, że nadszedł czas uporania się z częścią drugą, bo tylko tak mogę przejść do kolejnej (oczywista oczywistość). Leżała na mojej półce wystarczająco długo, bo od lutego 2016 roku, ale to u mnie norma. Czy żałuję, że czekała tak długo? Cóż zapraszam do dalszej lektury...

(Podoba ci się zdjęcie? Zapraszam do obserwowania mojego Instagrama!)

Zanim jednak przejdę do drugiego tomu. Troszkę o pierwszym.

Powodem dla którego nie sięgnęłam od razu po drugą część była zwykła niepewność czy chcę tę serię kontynuować. Już dawno nie miałam tak mieszanych uczuć co do książki. Z jednej strony bardzo dobrze się ją czytało, z drugiej była tak mało oryginalna, że mogłam niemal wyliczać motywy i tytuły innych książek gdzie było coś podobnego, ale i tak ja wysoko oceniłam. Najlepiej jak po postu przeczytacie tę recenzję. Mam też dla was fragment Czerwonej królowej. Jeśli z jakiegoś powodu nie chcecie wiedzieć nic o tomie 2 to radze w tym momencie zakończyć czytanie, chociaż nie pojawią się tu żadne wielkie spoilery więc nie powinno wam to zniszczyć przyjemności z czytania.

Walka pomiędzy rosnącą w siłę armią rebeliantów a światem, w którym liczy się kolor krwi, przybiera na sile. Mare Barrow ma czerwoną krew, taką samą jak zwykli ludzie. Jednak jej zdolność kontrolowania błyskawic – nadprzyrodzona moc zarezerwowana dla Srebrnych – sprawia, że rządzący chcą wykorzystać dziewczynę jako broń.

Mare odkrywa, że nie jest jedyną Czerwoną, która posiada umiejętności charakterystyczne dla Srebrnych. Są też inni. Ścigana przez okrutnego króla Mavena wyrusza na wyprawę, aby zrekrutować Czerwono-Srebrnych do armii powstańców gotowych walczyć o wolność. Wielu z nich straci życie, a zdrada stanie się chlebem powszednim. Mare musi też zmierzyć się z mrokiem, który ogarnął jej duszę. Czy sama stanie się potworem, którego próbuje pokonać?

Akcja drugiego tomu rozpoczyna się od razu po tomie pierwszym. podobnie trochę do Kosogłosa bohaterka ucieka z olbrzymiego niebezpieczeństwa i od traumatycznych przeżyć, ale też od razu wrzucona jest w nowy wir wydarzeń. Bardzo dobrze, nie chce przez dziesięć stron czytać o tym co wydarzyło się w poprzedniej książce. Zmienia się też trochę dynamika. Nie marnujemy czasu na wyjaśnienia i wspomnienia, bohaterowie zaczynają od razu działać. Książka przybiera też trochę bardziej polityczny wymiar. W pierwszej części akcja opierała się przede wszystkim na Mare i jej odkrywaniu mocy, tu wiemy już z czym bohaterowie muszą się zmierzyć więc pojawia się więcej intrygi, planowania. Bohaterowie muszą obrać strony po których staną.

Aveyard idzie trochę w stronę klasycznej dystopijnej fantastyki gdzie trzon powieści opiera się na walce o władze i obalaniu dyktatury. Każdy fan takiego gatunku może czuć się zadowolony. Autorka łączy bardzo sprytnie swoją niezwykle ciekawą koncepcję świata z umiłowaną przez czytelników polityczną igraszką.

To co uważam za najmocniejszy punkt serii to właśnie sama koncepcja podziału społeczeństwa ze względu na krew. To kto jest lepszy albo gorszy zależy tylko od genetyki. Ok, w Niezgodnej był podobny zabieg, ale dla mnie obie serie mają tyle ze sobą wspólnego, że wyliczanie podobieństw pewnie zajęłoby m kilka godzin. Ten brak oryginalności już raz autorce zarzuciłam i nie chcę tego robić ponownie, szczególnie że ta część jest już dużo bardziej jej. Widać, że jej pomysł znacznie urósł i zarówno świat jak i bohaterowie są już oddzielnym produktem.
Właśnie, bohaterowie. Ponownie dostajemy wiele nowych postaci. Wiele z nich bardzo kolorowych. Nie wszystkich darzyłam sympatią, ale w miarę rozwoju fabuły polubiłam nawet Kilorna, którego szczerze nie znosiłam przez pierwszych kilka rozdziałów. Postacie drugoplanowe są bardzo dobre i nawet ci źli są fajnie zbudowani. 

Książka ponownie wciąga jak część pierwsza, ponieważ Aveyard ma talent chyba do pisania uzależniających powieści... nawet jeżeli czytelnik ma z nimi sporo problemów.

No waśnie, książka nie jest idealna. Naprawdę starałam się nie czepiać detali i je pominę, bo dla wielu z was mogą wydać się śmieszne i nie chce Wam psuć lektury. Chcę jednak być szczera sama ze sobą i na parę spraw muszę zwrócić uwagę.

Akcja książki rozkręca się prawidłowo. Wiecie, napięcie rośnie etc. Autorka ma jednak tendencję do zachwianego jego wzrostu. Momentami przynudza, wręcz panuje chaos. Generalnie zazwyczaj omijam przydługawe opisy wiec jakoś przebrnęłam, ale gdy już się porządnie skupiałam były momenty gdy musiałam coś czytać dwa razy bo brakowało mi logiki. Autorka bardzo wiele chce tu zmieścić, przez co niektóre sceny tracą swój potencjał np na rzecz rozmyślań Mare o tym jak jest samotna.

Największy jednak problem miałam z główna bohaterką. Szczerze, całym sercem nie lubię Mare. Jest rozkapryszoną, egoistyczną idiotką, która nie słucha innych, ma paranoicznie myśli, że wszyscy sa przeciwko niej i tylko i wyłącznie działa pod swoje dyktando. Robi z siebie największą ofiarę tego świata. To ona ma najgorzej, to ona wie najlepiej, to ona zwalczy zło na świecie. Prawda jest jednak taka, że nic nie wie o polityce, walce i ludziach. Jest irytująca do kwadratu. Może znacie mój stosunek do Tris z Niezgodnej, powiem wam że Mare zajęła jej miejsce. Nie mogę przytoczyć żadnego elementu tej postaci, który bym lubiła. Liczyłam chociaż na ciekawy romans, ale ona chemii nie ma nawet z ziemniakiem, i szczerze liczę na to, że wszyscy faceci się na nią wypną. 
Brak sympatii do głównej bohaterki mógłby przekreślać moja przygodę z tą lekturą gdyby nie to, że wszyscy inni bohaterowie wytykają Mare jej głupotę, złe zachowanie i wszystko to co mnie wkurzało. W sumie to kolejny powód dla którego nienawidzę Mare- niesłuchanie innych, działanie pochopnie. Ale liczę na to, że Mare znajdzie gdzieś resztki rozumu. Skoro autorka zauważa jej wady i ma świadomość o nich to jest nadzieja.

Nie chcę by zabrzmiało to tak jakby książka mi się nie podobała. Gdyby nie Mare dałabym jej mocne 4/5. Podoba mi się historia, podoba mi się aspekt polityczny. Czuję, że nie wszystkie karty zostały odkryte. To pierwsze książka Aveyard więc może się rozwija. Słyszałam, ze 3 cześć jest najlepsza i szczerze na to liczę. Czekam na jakiś niesztampowy zwrot akcji, coś co mnie tak zaskoczy, że wszystkie wady zbledną. Wiecie coś w rodzaju zakończenia serii Niezgodna- nie czytałam ostatniej części, wiem jednak jak się skończy i bardzo mi się to podoba. (proszę nie pisać nic na ten temat w komentarzach). Czuję że Aveyard stać na coś takiego, coś co może wywrócić wszystko do góry nogam. Coś co sprawi, że przewidywalna historia stanie się kompletnie nieprzewidywalna.

Szklany miecz to solidna kontynuacja, utrzymująca pozom całej serii. To lektura obowiązkowa dla fanów serii Niezgodna, walk politycznych przemieszanych z fantastyką, dystopijnych światów, władczych bohaterów. Najważniejsze byście jednak sami się o tym przekonali. Ja nie umiem jednoznacznie ani was zachęcić ani zniechęcić. To taki rodzaj książki, który trafia do czytelnika bardzo indywidualnie. Ile osób tyle opinii. Ja jednak cieszę się, ze dałam jej szansę, że mogę wysnuć własne wnioski. I oczywiście kontynuują czytanie, bo chce wiedzieć czy to co podejrzewam stanie się czy może jednak zostanę zaskoczona. Liczę na to drugie.

Każdego kto jedna nadal zastanawia się, czy sięgnąć po tom 2 zachęcam do przeczytania fragmentu Szklanego miecza. Czasami zapoznanie się z kawałkiem tekstu jest najlepszą rekomendacją. Niech mówi on za siebie.


Premiera 3 tomu
Królewska klatka
24 maja!

UWAGA!
Mam niespodziankę. Jeżeli ktoś chce kupić pierwsze dwie części to mam dla was kupon na -30%. Przyznajcie, że co jak co, ale ona ładnie się prezentują i fajnie byłoby mieć je w swojej kolekcji. Tak więc klikniecie tu a dostaniecie promocje z darmową dostawą! No i muszę przyznać, że te ksiazki mają bardzo przyjemny papier w dotyku... jeżeli ma to dla was znaczenie. Dla mnie ma!



I dla uczczenia premiery 3 tomu, zapraszam zainteresowanych na Facebooka oraz na InstaStory, gdzie będę starała się na bieżąco, bez spoilerów pisać jak mi się lektura Królewskiej klatki podoba. 

piątek, 19 maja 2017

BookNerd Rev: "Początek wszystkiego" Robyn Schneider [przedpremierowo]

Zbliża się lato, a ja automatycznie zaczynam sięgać po książki, które odwzorują aurę na zewnątrz. Takie, które wprowadzają jeszcze więcej słońca i ciepła i po których przeczytaniu po prostu jest mi dobrze.


Ezra Faulkner jest gwiazdą swojej szkoły: popularny, przystojny i dobrze zbudowany. Miał nawet zostać królem balu maturalnego. Ale to było zanim... Zanim dziewczyna go zdradziła, auto roztrzaskało mu kolano, jego dobrze zapowiadająca się kariera sportowa legła w gruzach, a przyjaciele zdobyli się jedynie na to, aby wysłać mu do szpitala kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia.

Cassidy Thorpe to dziewczyna inna niż wszystkie. Zjeździła kawał świata, nocą wykrada się z gitarą na dach internatu, tańczy tak, jakby krótka chwila miała trwać wiecznie, i zna naprawdę dziwne słowa.

Spotkanie tej dwójki jest przypadkowe, ale zmieni ich życie na zawsze. Cassidy wciąga Ezrę do swojego niesamowitego świata, w którym nie ma końców – są tylko nowe początki.

Gdy twoje życie potoczyłoby się tak jak Ezry, pewnie pomyślałbyś, że to koniec. Całe twoje życie zmienia się w jednej chwili o 180 stopni, lega w gruzach. Ezra nazwałby to życiową katastrofą. W jego teorii każdego z nas jakaś czeka, a jego własna nadeszła gdy był na samym szczycie, gdy miał wszystko i jedna głupia, straszna sekunda to przekreśliła.

Będąc nastolatkiem tym co jest dla nas najważniejsze jest opinia społeczną. Chociaż pewnie wielu z was chciałoby zaprzeczyć, na pewno, podświadomie kierowaliście się tym co mogą myśleć inni. Ezra nie musiał, przez wiele lat był tym którego wszyscy uwielbiali. Był tym chłopakiem z którym każda dziewczyna chciała być i którym każdy chłopak chciał być. Gdy poznajemy go na początku książki jest jak ten popularny chłopak z filmów młodzieżowych, który jest zawsze w centrum uwagi. Taki typowy amerykański kapitan drużyny, otoczony świtą wielbicieli. Gdy dochodzi do wypadku, zakłada od razu, że nie a już nic wspólnego z dawnym życiem, sam je trochę przekreśla, chociaż jak sami zobaczycie, Ezra w oczach wielu pozostał taki jak dawniej, chociaż i to będzie stanowiło problem.

Tak więc mamy Ezre przed i po wypadku. Jak dwie osoby i dwa światy i teraz w tym drugim życiu Ezra zaczyna dostrzegać jak to pierwsze było zakłamane i sztuczne. Dzieje się to dzięki grupie nowo poznanych ludzi na której czele jest jego przyjaciel z dzieciństwa.Wbrew pozorom Ezra nie dołącza nagle do oferm jakby to się zdarzyło w klasycznej historii dla nastolatków, a do grupy pełnej koloru indywidualności. Muszę przyznać, że autorka stworzyła bardzo barwną i sympatyczną grupę nastolatków, z których każdy mógłby opowiedzieć własna historię. Toby, ów przyjaciel również przeżył swoją katastrofę i chociaż de facto rozdzieliła go ona z Ezrą jest to tak zapadający i kształtujący go moment, że nigdy nawet wy go nie zapomnicie. Ona też go ukształtowała. Postacie drugoplanowe są ciekawe i zabawne, często wnosząc ciekawą perspektywę do opowieści prowadzonej przez głównego bohatera.

Najmocniejszym punktem książki zdaje się być narracja. Jest ona niezwykle dojrzale poprowadzona, autor mówiący przez Ezrę tak przedstawia jego historię, że mimo, że jest ona dość oczywista momentami, sztampowa, to ma pewien koloryt i oryginalność, która tworzy tę książkę wyjątkową. To właśnie dzięki narracji tak bardzo zżywamy się z tą postacią, że naprawdę czujemy jakby był kimś nam bliskim. Jego związek z Cassidy jest uroczy ale też nie banalny. Jest tym czym być powinna miłość dwojga nastolatków. Jest nadal na tyle delikatny na ile może być i dojrzały na ile ich wiek pozwala. Poza tym Cassidy to przeurocza dziewczyna, której nie da się nie lubić. Podobnie jak większość nowych znajomych Ezry jest inteligentną dziewczyną znająca swoją wartość.

Widzicie, trochę rozumiem dlaczego np ocena na Goodreads jest stosunkowo niska. Historia ta to klasyczne romansidło dla nastolatków. Bo mamy bardzo popularnego, przystojnego chłopaka który z pewnego powodu już nie może prowadzić dawnego życia. Nagle pojawia się zwyczajna dziewczyna, która w żaden sposób nie przypomina tych z którymi się spotykał. I oczywiście rodzi się miedzy nimi uczucie. Opowieść na pierwszy rzut oka niczym z Szkoły uczuć lub piosenek Taylor Swift. Tylko, że ta sztampowość jest tylko pozorna, a nawet jeśli, na pewno nie jest słabym punktem ksiazki. Powieść obyczajowe mają to do siebie, że czasami są przewidywalne i mało oryginalne. Zdaniem pisarza jest to by swoim stylem i małymi szczegółami zrobić z tego coś oryginalnego. Sprawić by czytelnik bawił się dobrze, by na jego twarzy pojawił się uśmiech, by mógł utożsamić się z bohaterami i zwyczajni ich polubił. Robyn Schnider się to udało.

Początek wszystkiego to po pierwsze ciepła i prawdziwa historia o przyjaźni, pierwszej miłości, życiu nastolatków. To obraz akermańskiego liceum wraz z klasycznym podziałem n popularnych i nie popularnych. To opowieść jaka mogłaby się spodobać wszystkim fanom komedii romantycznych. Co jednak ważniejsze, książka Schnider to bardzo dobrze opowiedziana historia o tym, że czasami koniec może być początkiem. 
Ezra myślał, że świat mu się zawalił, a tymczasem odkrywa, że całe życie przed nim. Przyjaźnie które nawiązujesz w liceum mogą nie trwać wiecznie. To co robisz jako nastolatek nie musi kształtować cię jako dorosłego człowieka. Nas nie kształtuje to z kim się przyjaźnimy  w jakich kręgach się obracamy. Kształtują nas nasze czyny i nasze decyzje. Musimy liczyć się my jako my, nie jako element szkolnej społeczności. Ta prosta prawda jest chyba najtrudniejsza do nauczenia. Jednak autorka bardzo zgrabnie nam ją pokazuje, w prostych a zarazem głębokich słowach swojego bohatera. To jaką lekcję wyniosą czytelnicy to już zależy tylko od nich. Może być to dla was kolejna lekka, łatwa i przyjemna książeczka, albo coś więcej.

Dla mnie Początek wszystkiego to przede wszystkim książka, która przypomniała mi jak to było się niegdyś nastolatkiem i jak bardzo starało się dopasować. Też przeżyłam taką lekcję, też nauczyłam się przede wszystkim patrzeć najpierw na siebie i odkrywa to co ja mam sobie do zaoferowania. Takie rzeczy przychodzą z czasem.  


Premiera już 14 czerwca!

I mam dla Was niespodziankę: fragment książki. Mnie on totalne zachęcił więc mam nadzieję że tak samo będzie w Waszym przypadku! Kliknijcie tu i życzę miłej lektury!


Za możliwość przeczytania książki dziękuję:





środa, 17 maja 2017

BookNerd Rev: "Bez serca" Marissa Meyer [przedpremierowo]

Ludzie mają to do siebie, że uwielbiają czarne charaktery. Kochamy ich nienawidzić. To czyste zło stające w opozycji do dobrego głównego bohatera. Zastanawialiście się może jednak co było z nimi zanim stali się tacy źli, co wpłynęło na to kim są? Człowiek z natury zły się nie rodzi, więc co musiało się stać by oddali swoje życie zniszczeniu i zagładzie? Dzięki książkom takim jak ta możemy się co nieco o tym dowiedzieć.


Catherine jest jedną z najbardziej pożądanych dziewczyn w Krainie Czarów i faworytą króla, ale ona nie jest tym kompletnie zainteresowana. Jako utalentowany cukiernik marzy o otwarciu swojej własnej cukierni, jednak dla jej matki i większości otoczenia taki wybór jest nie do pomyślenia skoro może zostać królową.

Podczas balu na którym Catrherine spodziewa się królewskich oświadczyn poznaje przystojnego i tajemniczego Jesta- Jokera i królewskiego trefnisia. Po raz pierwszy dziewczyna zaczyna czuć pociąg do kogoś innego. Pod groźbą obrażenia króla i zesłania hańby na rodzinę, Cath ukrywa swoje uczucia by w odpowiednim momencie postawić na swoim.

Ale w Krainie Czarów nie wszystko jest takie proste.

Niestety nigdy nie czytałam oryginalnej wersji Alicji w Krainie Czarów napisanej przez Lewisa Carrolla. Znam za to wiele filmów  oczywiście bajkę Disneya. Przez lata skupialiśmy się na przygodach małej dziewczynki, która niefortunnie wpadła w króliczą norę. Tak poznawaliśmy Krainę Czarów. Tak też poznaliśmy zła i bezwzględną Królową Kier której ulubionym zajęciem jest ścinanie głów. 

Jednak jaka była Królowa wcześniej, co się stało, że zło przejęło kontrolę? Jak wyglądała Kraina Czarów gdy nie ciążyło nad nią okrutna ręka władcy.

Marrisa Meyer specjalizuje się w wykorzystywaniu klasycznych historii i tworzeniu z nich nowych, współczesnych historii. Jednak Saga Księżycowa była czymś troszkę innym. Tam po prostu wykorzystała motyw Kopciuszka, Czerwonego Kapturka, Roszpunki i Śnieżki umiejscawiając je w futurystycznym świecie przyszłości. Bez serca to wariancja na temat tego co było wcześniej z zachowaniem klimatu, postaci, miejsc, takimi jak je stworzył Lewis Carroll.

Mamy Kota z Cheshire i Pana Gąsienicę. Marcowego Zająca, Białego Królika i oczywiście Kapelusznika. Jest i słynna herbatka i Lustro. Są róże, są karciani żołnierze. Tak naprawdę Meyer przenosi nas do właśnie tej znanej nam Krainy Czarów ze zmniejszającymi ciastkami. Brakuje tylko jednego - Królowej Kier. I tu zaczyna się cała zabawa.

Książkę, dzięki tym dobrze znanym elementom czyta się ze sporym sentymentem. Sama bowiem historia nie jest jakoś niesamowicie porywająca, ale wiedząc jak skończy Catherine, po prostu nie możesz się oderwać. Rozwój, a raczej degradacja tej postaci jest wręcz zatrważająca. Już po paru pierwszych stronach możesz zauważyć, że Cath to miła, dobra dziewczyna, której daleko do przyszłej Królowej Kier. Jej marzenie to otworzenie cukierni by bezkarnie mogła przyrządzać smakołyki i uszczęśliwiać innych. Zostanie królową nawet nie leży na dole jej listy marzeń. Jak to się stało, że z takiej delikatnej istoty zrodzi się potwór bez serca można sobie wyobrazić, jednak to jak przedstawiła to Meyer to już inna sprawa. Nawet gdy człowiek zaczyna się domyślać co może sie stać i nawet gdy to się rzeczywiście dzieje, autorka na tyle dobrze prezentuje przemianę bohaterki, że w sumie to w porządku, że się wszystkiego domyślasz, albo próbujesz. Tak to jest gdy znamy zakończenie historii.
To co mnie bardzo się podobało, to że TO wydarzenie, jedno konkretne nie przemieniło Cath a było kroplą przechylająca szalę. Na przestrzeni całej opowieści możemy zauważać jak bohaterka dojrzewa, rozwija się. Jedno wydarzenie spowodowało, że przeszła na złą stronę. Jest to bardzo w sumie ciekawe, jak jej droga zmierzała ku pewnemu celowi i nagle radykalnie skręciła w innym kierunku. Królowa Kier mogła być kimś całkiem innym.

Kraina Czarów to miejsce gdzie czas inaczej płynie, to miejsce gdzie wszystko się może zdarzyć i inaczej patrzy się tu również na romans. Z początku może wydawać się on trochę banalny, miłość niemal od pierwszego wrażenia, ale tak nie jest. Cath jest bardzo delikatna i ostrożna w uczuciach. Jeszcze ostrożniejszy jest Jest. Podoba mi się dynamika i tempo, a najbardziej to, że książka nie wpływa na to co napisał Caroll. Autorka na koniec musi być brutalna i to jest najlepsze.

Podobają mi się różnorodne i kolorowe postaci drugoplanowe. Zaborcza matka i niekumaty król. Podoba mi się jak akcja rozwija się stopniowo, nie za wolno i nie za szybko.
Generalnie podobało mi się niemal wszystko, a małe zgrzyty które chyba przy każdej lekturze wyłapuję, po prostu puszczam w niepamięć. Wszytko zwalam na barki specyfiki Krainy Czarów gdzie wszystko, nawet najbardziej komiczne jest prawdopodobne.

Meyer posuwa się nawet dalej. Nie tylko tłumaczy losy Królowej Kier ale dowiadujemy się co nieco o Kapeluszniku zanim "Szalony" stało się jego określeniem. Co robił Pan Gąsienica czy kim był Kat królowej. To niemały hołd dla pięknej opowieści Lewisa Carolla.

Bez serca to przyjemna lektura, która przenosi cię do magicznego świata gdzie możesz wypić herbatkę z Szalonym Kapelusznikiem, porozmawiać z Kotem z Cheshire. Gdzie trzeba uważać na niektóre smakołyki by przypadkiem nie zmienić się w kozła. To opowieść która przenosi nas do krainy dzieciństwa, która nadal ma trochę z opowieści dla dzieci, ale w której więcej radości znajdzie dojrzały czytelnik. To naprawdę wciągająca historia o miłości, harcie ducha. O uporze i marzeniach. I wreszcie - jedno z ciekawszych studiów bohatera, wariacja na temat tego jak czasami złamane serce może doprowadzić do katastrofy.

Królowa Kier, wszechwładna królowa, dama bez serca która po prostu chciała marzyć i kochać. 





Premiera książki już w MAJU więc wypatrujcie newsów, ja też na pewno będę Was informowała na moim Facebooku.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:





wtorek, 16 maja 2017

BookNerd Rev: Cień i kość

Podobno fantastyka "dla młodzieży" jest nudna i przewidywalna i robiona na jedno kopyto. Widocznie ci co tak mówią za mało takiej literatury czytali.


Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje… Alina Starkow nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju. Potęga ma jednak swoją cenę. Przemocą oderwana od wszystkiego, co jej znane, Alina trafia na dwór królewski, aby uczyć się na Griszę, członkinię władającej magią elity pod wodzą tajemniczego Darklinga. W tym pełnym przepychu świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Podczas gdy światu grozi ciemność, a całe królestwo liczy na nieujarzmioną i nieprzewidywalną moc Aliny, dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z sekretami Griszów i własnego serca.

Cień i kość nie było moim pierwszym spotkaniem z Leigh Bardugo i światem Griszów. Wcześniej czytałam serię Szóstka wron, która jest prequelem Trylogii Grisza. Tak pokochałam te książki, że z jeszcze większym entuzjazmem sięgnęłam po pierwotną serię. 

Najgorszą rzeczą jaką może zrobić pisarz to gdy pisze trylogię, która spokojnie mogłaby się skończyć po dwóch książkach. Jednak już czytając Szóstkę wron miałam wrażenie, że autorka zaledwie musnęła temat tego intrygującego świata, który stworzyła. Nie niczego tam nie brakowało. Po prostu tamten świat miał zbyt duży potencjał i czułam, że skoro tak jest to Tryogia Grisza musi być brakującym ogniwem. Możecie powiedzieć, że wystarczyło przeczytać ją jako pierwszą, ale pewien wam, że cieszę się z kolejności jaką obrałam. Cień i kość nie jest tak powalający jak Wrony, ale mimo to dostrzegam olbrzymi potencjał i wierzę, że to dopiero początek świetnej przygody. 
Właśnie tak powinny być według mnie budowane serie. Pierwsza część opera się na budowaniu świata i przykuciu uwagi czytelnika rosnącym napięciem, które zapewne rozwiązane będzie dopiero w ostatnim tomie.
Bardugo się to udało, nakreśliła świat, który odkrywamy razem z główną bohaterką a dodatkowo zarysowała drogę jaką będzie podążać akcja, chociaż jak odkryjecie w trakcie czytania - nic tu nie jest czarno-białe.

Świat Griszów jest bardzo intrygujący i złożony. Jest świetnym fundamentem pod to, by historię rozwijać w rożnych kierunkach. Czujesz to już w tym pierwszym tomie, a teraz wiemy, że autorka potrafi ten potencjał wykorzystywać. Griszowie są niczym studnia bez dna, a świat ten można rozciągać we wszystkich kierunkach. Bardzo to fajne zważywszy, że zaczęłam przywykać do kalkowanych światów bez głębszego dna. Oczywiście nie wszystko jest oryginalne i świeże, ale wydaje się, że to tylko te dodatkowe kwestie w których trudno o oryginalność jak bohaterowie, romans i intryga, a i mimo to nie czujesz jakbyś to już gdzieś czytał.

Głowna bohaterka Alina mogła stanowić najbardziej irytujący przykład modnego w literaturze tropu wybrańca "z dupy", który ma uratować świat, ale jednak mimo wszystkich przesłanek nim nie jest. Po pierwsze czytelnik od samego początku czuje, że Alina jest inna, po drugie całkiem przekonująco dowiadujemy się o jej mocy, po trzecie ona widzimy całkiem wiarygodny rozwój tej postaci. Dodatkowo naprawdę jej wierzymy. Gdy czytelnik nie lubi głównego bohatera, gdy zaczyna bardziej troszczyć się o postaci drugoplanowe to spory problem. Tymczasem tu najważniejsza była dla mnie właśnie Alina. Jest trochę naiwna, ale też w takim świecie się obracała. Gdy decydowali za nią inni.
To co dla mnie było istotne to że Aliny nie postrzega się w odniesieniu do żadnego faceta, tylko dla niej samej. Oczywiście pojawia się tam potencjalny romans, nawet ten nieszczęsny modny trójkąt jednak nie był on dla mnie tak istotny jak sama bohaterka czy fabuła.

Ciężko jest mi wypowiadać się nie czytając dwóch pozostałych części, mam jednak wrażenie, że od czasów Ciena i kości Bardugo bardzo się rozwinęła i dojrzała. Można to zauważyć w sposobie konstruowania postaci i ich relacji. Musze jednak przyznać, że i w tej książce mimo lekkiej schematyczności na końcu potrafi zaskoczyć czytelnika. Doprowadza do stanu, kiedy ciężko jest ufać temu co wydawało się oczywiste. Co jeszcze ciekawsze, gdy czytasz ostatnie zdanie nie wiesz czy to co obstawiasz za prawdopodobne nie zostanie znów obrócone o 180 stopni. 
Jest tu bowiem kilka postaci tak nieoczywistych koniec końców, że przestajesz nawet próbować je osądzać, bo zawsze może być to trzecie dno. Dla mnie największy plus ponieważ teraz wiem, że nie mogę nie skończyć tej serii i że jeszcze można mnie zaskoczyć. Plot twist to tutaj PLOT TWIST. Nagle chociaż czujesz, ze coś nadejdzie, wszystko zostaje tak wyłożone, że nie tylko ma sens, ale nawet tym mądrym co wszędzie węszą podstęp może lekko opaść szczęka. To się nazywa zwrot akcji - możecie robić notatki. 

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to książka doskonała, ale wiem też czego Bardugo może dokonać. Cień i kość charakteryzuje olbrzymi potencjał, który jeszcze nie został nawet wystarczająco muśnięty. Jest to jedna z tych historii, która może stać się niezłym fantasy naszych czasów, a równocześnie trafić też do tych którzy nie są fanami gatunku. Ne mówię że to jest coś na miarę Władcy pierścieni. Nie oczekujcie niczego bardzo epickiego. Z drugiej strony czuję, że Bardugo muska te drzwi fantasy przez duże F. Wiem gdzie podąża jej styl, wiem do czego jest zdolna. I bardzo mnie to cieszy.

Ostatnio sporo mówi się o ekranizacjach powieści YA. Chociaż Trylogia Grisza jak i Szósta wron raczej wydaja mi się literaturą uniwersalną, to właśnie ją bym podsunęła producentom. Jest to niesamowicie obszerny materiał, który może być swobodnie wykorzystywany. Jest to historia która posiada chyba wszystko by osiągnąć sukces również na małym czy dużym ekranie.

Cień i kość to lektura dla każdego kto szuka oryginalnej historii z ciekawym światem przedstawionym i niejednoznacznymi bohaterami. Dla tych dla których nie wszystko musi być idealne i którzy po prostu lubią zanurzyć się w dobrej historii. Wreszcie, jest to historia która jest dopiero początkiem, i to bardzo dobrym, takim który zostanie z tobą i będzie zmuszał by sięgnąć po kolejny tom, a właśnie tak serie powinny działać.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję:





czwartek, 11 maja 2017

AnnE czyli nowy serial Netflix w konfrontacji z obsesyjnym fanem

Zanim przejdziemy do meritum, musicie wiedzieć, że to stwierdzenie z tytułu nie jest przesadzone. Ja podchodzę do tematu bardzo poważnie. Książki czytałam po kilka razy (Anię na Uniwersytecie kilkanaście), dialogi z filmu z Megan Follows znam na pamięć. Ale skoro premiera już zaraz tzn. jutro, 12 maja na Netflix, to pomyślałam, że i takim spojrzeniem na tę nową produkcję nie pogardzicie.


Do produkcji Netflixa mam trochę dystans. Szczególnie po tym co zrobili z 13 powodami. Netflix zdaje mi się w dużej mierze zaczyna jechać po renomie, tak jak kiedyś HBO i wszyscy zakładają, ze jak coś ma ich znaczek to jest dobre. 13 powodów udowodniło mi, że nie wszystko co ładnie opakowane jest dobre. Chociaż przy Anne Netflix tylko maczał palce, a to Kanadyjczycy wszystkim się zajęli. 

Dla mnie Ania z Zielonego Wzgórza powinna pozostać nietknięta. Dla mnie to pogodna, ciepła historia z tych które już nie powstają i gdy usłyszała co planują zrobić w tej produkcji powiedziałam NIE. Nie chciałam nawet za bardzo patrzeć na zwiastuny, nie podobała mi się Ania, nie podobała mi się kolorystyka i pomysł na udramatyzowienie czy umrocznienie tej historii.

Gdy w Kanadzie wypuszczono premierowy odcinek, nadal byłam oporna. Jednak moja głupia ciekawość zwyciężyła. Obejrzałam pierwszy odcinek, drugi, trzeci i ani się obejrzałam sezon się skończył.

Myślę że najłatwiejszym sposobem na przeprowadzenie tej recenzji będzie podział jej na pewne segmenty/pytania, które możecie sobie zadawać.

Czym AnnE jest wierną ekranizacją?

I tak i nie. W pewnym stopniu Anne odpowiada ksiażce, ale myk polega na tym, że sporo też pozmieniało. Sam rdzeń opowieści jest ten sam. Sierota przygarnięta na Zielone Wzgórze przez rodzeństwo Cuthbertów. Są też ci sami bohaterowie, najważniejsze wydarzenia, które stanowią o historii i oczywiście bohaterowie. Powiem nawet więcej, te momenty, które są ściśle powiązane z książką nawet posiadają takie same dialogi. 

To co zmieniono, czy raczej dodano, to niewielkie elementy, przynajmniej w pierwszych odcinkach. Niektóre wydarzenia mały miejsce później, niektóre wcześniej niż w oryginale, jak np darowana Ani przez Mateusza sukienka, czy pojawienie się ciotki Józefiny. Im dalej tych zmian jest jednak więcej. Pojawiają się wątki których raczej nie mogliśmy nawet spodziewać się w książce jak chociażby pierwsza miesiączka, zmieniono biografię niektórych postaci i generalnie z każdym odcinkiem odchodzą coraz bardziej od pierwowzoru.
Jak odkrywamy z  czasem twórcy serialu bardzo mocno oparli swój serial na pierwowzorze, a jednocześnie sporo od niego odchodzą, tworząc nową historię, która nadal ma w sobie tę nam dobrze znaną.

Jak bardzo "unowocześniono" opowieść?

Z tym stwierdzeniem najczęściej się spotykałam przed obejrzeniem serialu. Że będzie to bardziej współczesna historia, która ma dotrzeć do młodszej widowni. Obawiałam się więc, że dostaniemy jakiegoś transformera, gdzie tylko kostiumy będą się zgadzać a w pewnym momencie i tak dostaniemy Anię w trampkach. Nic z tych rzeczy. Chodzi tu głownie o klimat i tematykę a i z tym aspektem współczesności bym nie przesadzała. Anne jak już, jest bardziej realistyczna, bo otwarcie mówi o rzeczach, które Montgomery raczej przemilczała albo na których nie chciała skupiać swojej uwagi. Wiele kwestii poruszono z takim uwspółcześnionym podejściem, wzięto pod taką nasza ocenę. Tak więc uwydatniono kwestię emancypacji, samodzielności, niezależności kobiet. Tego jak traktowano sieroty i obcych. Kwestię problemów psychicznych i społecznych. 
Opowieść jest też trochę mroczniejsza co w sumie odpowiada standardom współczesnej telewizji, chociaż szkoda, ze Zielone Wzgórze nie posiada tego magicznego uroku. Znaczy posiada, ale inny mniej pocztówkowy, zielony, chociaż momentami Avonley jest przepiękne. 



Bohaterowie

Tak jak wspomniałam już wcześniej, największe zmiany można dostrzec właśnie poprzez bohaterów. Oczywiście baza pozostała ta sama i myślę, że ogólna charakterystyka też się zgadza, jedna dodano takie drobnostki, które w sumie nakierowują całą akcję na nowe tory.

Ania


W rolę Ani wciela się Amybeth McNulty. Na początku jak ją zobaczyłam byłam lekko zawiedziona, tak daleko jej do Megan Follows, która w mojej głowie po prostu jest Anią. Umówmy się, Amybeth nie należy do piękność i na pewno nie przypomina nastolatek ze współczesnych seriali. Jednak jak się przyjrzysz, to dużo bardziej przypomina ona Anię z ksiazki. Te piegi, marchewkowe włosy. Jest niesamowicie chuda, nawet patykowata i z pewnością nie jest piękna, jakby tego może chciała. Amybeth rewelacyjnie też oddaje charakter postaci. Jest rezolutna, głośna i mówi bardzo dużo. Ma niesamowity temperament, chociaż przyznam, miałam wrażenie że nawet trochę za bardzo przesadzony. Ania w tym serialu jest aż nadto dziwaczna. Czasami przesadzona. Amybeth jednak udało się bardzo dobrze oddać to jak oddalona od otoczenia jest, jak bardzo odbiega od normy, chociaż trochę niepotrzebnie ciągle podnosi głos. 

W ksiażce Ania była jednak bardziej optymistyczna. To co tu dodali to pewien rodzaj psychicznych problemów, jakie były spowodowane trudnym życiem dziewczynki. Bardzo rozbudowano jej psychikę w kierunku bardziej depresyjnego obrazu rozsypanej sieroty. Ania dużo więcej czasu spędza na rozmowie ze swoją wymyśloną przyjaciółką Kordelią. Pojawiają się ataki paniki wywołane przez wieloletnie nękanie. PTSD. Umówmy się, Ania ma tu spore problemy, które zostają jednak bardzo dobrze wytłumaczone. Niemniej rzeczywiście jest znacznie mroczniej, momentami przytłaczająco. W książce czy serii z lat 80, klimat był znacznie lżejszy. To czy wam to odpowiada zadecydujcie jednak sami. Ja mimo, że sceptycznie nastawiona koniec końców zostałam przekonana, chociaż Ania nie jest taka jaką ją znam.



Gilbert


Nie jest tajemnicą, że Gilbert Blythe to moja największa literacka miłość. Na zawsze pozostanie on w mojej głowie z twarzą Jonathana Crombie, jednak gdy zobaczyłam Lucasa Jade Zuman już byłam bardzo na tak. Ten chłopak ma ten zawadiacki uśmiech i iskrę w oczach jaką mieć powinien Gilbert. Wizualnie bardzo na tak, ale co ważniejsze Zuman umie grać i idealnie wyczuwa swoja postać. Dodaje tyle od siebie uroku, że nie sposób go nie pokochać.

To jednak w postaci Gilberta, a raczej jego biografii zachodzą w serialu chyba największe zmiany. Tak naprawdę jest tu więcej nowego niż może bym sobie życzyła. Przez to też zmienia się trochę jego relacja z Anią na tym etapie. I mam tu też największy dysonans. Bo te zmiany są bardzo odczuwalne i nie jestem pewna czy potrzebne, a jednak poprzez to jak Zuman odtwarza tę ostać to je akceptuję. Chociaż sądzę, że fani książek mogą mieć spore problemy. Gilbert był dla mnie postacią idealną i nie wiem czy te zmiany były konieczne.
Cieszę się jednak, że nowe pokolenie dostało swojego Gilberta.


PS. Nie bójcie się, najbardziej epicka scena między tym dwojgiem nie została naruszona. Ponownie- to co najważniejsze i niemal święte w tej historii zostało zachowane.



Maryla i Mateusz


W nowej serii Maryla generalnie jest niezmieniona. Rozbudowano jedynie jej wątek młodzieńczego romansu, który w ksiażce został kilkakrotnie wspomniany. Geraldine James gra po prostu pięknie.


Natomiast mam sporo "ale" do Mateusza. Był on dla mnie zawsze tym dobrym, poczciwym Mateuszem. Cichym, spokojnym, lekko wycofanym, bardzo nieśmiały ale zawsze obecnym dla Ani. Tu trochę mi go brakuje. Wprawdzie twórcy starają się pokazać jego miłość do Ani, ale brakuje mi tu takiego jego ciepła. Brakuje mi tej miłości. W wersji z 1985 Mateusz był dla mnie idealny, tu taki trochę... czegoś brakuje. Nie znaczy to że jest jakiś szorstki  nieprzyjemny. Po prostu tak go mało nawet gdy widzimy go na ekranie. I też nie pasowało mi wciskanie tego wątku z dawną miłością, bo to nie pasuje mi po prostu do tej postaci. Nie udało mi się go pokochać. Niestety.

Diana


Według mnie pasuje idealnie. Dalila Bela jest cudna, a jej Diana to zabawna dziewczynka, która idealnie pasuje do Ani. Dianę się lubi od razu i tez podoba mi się, ze nie jest taka idealna, że pokazano jej konflikt wewnętrzny po tym jak koledzy ze szkoły początkowo odrzucają Anię. Diana ma tu charakter, czego nie można powiedzieć o tej z 85 roku. Jest drugą po Ani najfajniejszą dziewczynką, która ma swoje zdanie i dzięki Ani uczy się je wypowiadać. Diana to chyba jedna z moich ulubienic
I tak, kolejna już legendarna scena zawierająca "sok malinowy" też została tu uwzględniona.



Inni

Jerry

Chłopiec który pomagał w gospodarstwie Mateuszowi, jest bardzo poboczną postacią w ksiażce. Tu odgrywa dużo większą rolę i muszę przyznać, że wnosi fajny kontrast do postaci Ani i potrzebne rozluźnienie sytuacji.

Małgorzata Linde


Małgorzata niezmiennie jest wścibską plotkarą o złotym sercu. To co podobało mi się tu szczególnie to więź jej z Marylą i oddanie. Dwie silne kobiety, które nie pozwolą sobą rządzić. Szczególnie facetom. 

Koleżanki

W serii z 1985 trochę mi brakowało Ani w zetknięciu z innymi dziewczynami. Pojawiły się one ale połowicznie i przelotnie. Tu grupa dziewczynek dumnie reprezentowana przez Józię Pye jest barwna i ciekawa a Ruby jest cudna z tym swoim zauroczeniem Gilbertem (ktoś się jej dziwi)? 


W tej wersji możemy zobaczyć jak trudna była konfrontacja Ani- biednej sieroty z dziećmi z Avonley. Ania w każdy możliwy sposób odstaje od reszty i to, że dzieci jej nie przyjęły od razu  otwartym rękami jest jak najbardziej realistyczne.

Tematyka:

W serialu główny ciężar fabularny złożony jest na temat asymilacji Ani w nowym otoczeniu. Bardzo dużo czasu poświęcono właśnie na psychikę bohaterów. Ten zabieg owszem powoduje, że serial jest trochę mroczniejszy, ale jednocześnie mam wrażenie, że to tej historii było potrzebne. Momenty smutne, czasem ciężkie przeplatywane są z lekkimi i zabawnymi. Jest sporo wątków, które w stosunku do ekranizacji z Follows zostały wręcz poprawione na korzyść. Pamiętacie pana Phlipsa, nauczyciela mającego romans z uczennicą? W starej wersji był to trochę odpychający facet w średnim wieku, a tu dostajemy młodego chłopaka, który możliwe, że jest od Prissy niewiele starszy. Zadbano o prawdę i realizm, może czasem przesadny ale przez to serial naprawdę ogląda się z zainteresowaniem. Szczególnie dla kogoś kto oglądał niemal wszystkie inne wersje.

Podsumujmy więc:

Co mi się nie podobało?

  • Brak lekkości i takiego ciepła książek - kolorystyka w znacznej mierze jest szara i ponura, pasuje to do klimatu serialu, jednak jako osoba, która uwielbia książkę i filmy z Follows trochę za tym tęsknię. Troszkę mniej dramatyzmu by nie zaszkodziło. Chociaż w sumie to taki naciągany minus.
  • Niektóre elementy charakteru i zachowania Mateusza, w szczególności ten wątek niby to romansu, wspomnień
  • Niektóre zmiany w biografii Gilberta, które zwiastują spore zmiany w fabule jeżeli powstanie 2 sezon. Boję się, ze sens jego relacji z Anią może ulec zmianie, którą trudno mi będzie zaakceptować.
  • Czasami przesadny temperament Ani, która została tak momentami udziwniona, że to aż nierealne.


Co mi się podobało?

  • Klimat. Mimo wszystko jak sie go już zaakceptuje, to serial oglada sę dobrze i minusy zostają jakoś zrekompensowane.
  • Amybeth. Gra cudownie. Nie tylko pasuje do Ani fizycznie, ale doskonale wczuwa się w tę postać.
  • Gra aktorska w ogóle. Wszyscy, łącznie z najmłodszymi aktorami spisują się na medal.
  • Gilbert- bo nie mogło być inaczej. Nie ważne jaką ma twarz, zawsze kocham.
  • Muzyka i zdjęcia - majstersztyk i uczta dla ucha i oka.
  • Poruszenie tematów przyziemnych ale ważnych (jak ta miesiaczka chociażby)
  • Ukazanie ważnej roli kobiet.
  • Dbałość o szczegóły -kostiumy, scenografia są fantastyczne
  • Zachowanie rdzenia oryginalnej historii i wybranie tego co jest najważniejsze. Łącznie z dialogami. 
  • Możliwość powrotu do ukochanej historii.

Anne to bardzo ciekawa propozycja. Naprawdę musiałam się przełamać by w ogóle to obejrzeć, ale bardzo się z tego powodu cieszę. To świetnie, że nowe pokolenia będą miały szansę poznać tę historię. U nas w kraju niestety też została skrzywdzona jako lektura i wiele osób nie przełamało się by sięgnąć po inne części. Ania na Uniwersytecie to cudo. Cieszę się, że ci co już Anię znają będą mogli spojrzeć na nią pod innym kątem. Popatrzyć na te znane im tematy z trochę innej perspektywy. 
Ostrzegam tych co jednak chcę lekturę szkolną zastąpić tym serialem- raczej możecie mieć problemy jak zaczniecie przedstawiać wydarzenia.

Zmiany które zaszły... cóż fajnie by było dostać idealną, wierną ekranizację na poziomie, bo takiej jeszcze nie było, ale z drugiej strony ciekawie jest też zobaczyć, co z tą historia można zrobić.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to by zachować "to coś" co czyni historię wyjątkową i "to coś" tu jest. Nagle wracasz na Zielone Wzgórze, do dawnych znajomych i czujesz się tak, jak kiedyś, gdy po raz pierwszy poznałeś Anię Shirley. 

I to jest najważniejsze!


Jest sporo elementów o których chciałabym powiedzieć, ale to by wiązało się z podaniem spoilerów, a tego nie chcę. Obejrzyjcie chociaż pilot i zdecydujcie sami. Nawet jeżeli nie przepadacie za książkami, to może być dla was ciekawa propozycja.