piątek, 31 marca 2017

BookNerd Rev: Biblioteka Hogwartu

Harry Potter miał wielki udział w tym kim jestem. Miał olbrzymi wpływ na moje życie i nie wstydzę się do tego przyznać. Swoją miłość do niego wielokrotnie ujawniałam tu na blogu. Za każdym razem gdy mogę wrócić do tego tematu robię to z nieukrywaną radością.

Mogliśmy myśleć jeszcze jakiś czas temu, że nic nowego nie dostaniemy. Że jest to zamknięty rozdział, odgrzewany kotlet. Jak wiemy, myliliśmy się. Nie tylko powstają nowe książki, piękne reedycję, filmy, ale co najważniejsze magia jest nadal odczuwalna.

Dziś mam dla was coś podwójnie wyjątkowego. 

Podoba ci się to zdjęcie - daj lajka na Instagramie i obserwuj profil by widzieć więcej! (klik)

Kilka lat temu wydawnictwo Media Rodzina wydało maleńkie książeczki, które znane jako Biblioteka Hogwartu były dostępne wszędzie, w sumie za grosze (każda kosztowała wtedy 10zł). Niestety nakład się skończył a te maleństwa stały się towarem bardzo pożądanym. Wyobraźcie sobie, że niektórzy byli skłonni zapłacić za nie nawet po 120 zł za jedną. Lekka przesada.

Na przeciw desperatom wyszło wydawnictwo. W tym momencie pragnę niezmiernie podziękować Media Rodzinna, za to jak wielką wagę przywiązuje do Harrego Pottera. Jesteście wspaniali!

No więc w marcu 2017 do księgarń w całej Polsce ponownie trafiły te niewielkie książeczki, ale tym razem jeszcze ładniejsze, bogatsze i z pewnością jeszcze bardziej pobudzające serca wszystkich Potteromaniaków.

Czas żeby przyjrzeć się im z bliska.


Teraz pewnie każdy z was widząc tę książkę myśli przede wszystkim o niedawnym filmie. Zanim jeszcze jednak pomysł na film powstał tytuł przewinął się w powieściach a następnie sam trafił do sprzedaży.


Książka zawiera spisz chyba niemal wszystkich fantastycznych zwierząt o jakich była mowa w powieściach o Harrym. Jest niczym encyklopedia. 

We wstępie mamy wytłumaczone czym są fantastyczne zwierzęta, czym jest magizoologia, jak mugole mogli przegapić istnienie tych zwierzę etc. Newt Skamander, bo naprawdę czujemy jakby to on pisał, ujawnia trochę swojej filozofii i podejścia do tych istot.
Czytelnik odnosi wrażenie jakby czytał prawdziwy podręcznik, lekko naukowy styl, naprawdę ciekawa terminologia i poruszanie zagadnień które przepełnione są informacjami, których nie dostarczyło 7 książek cyklu.
Dowiadujemy się rzeczy które skrywała wyobraźnia J.K. i to jak dużą uwagę poświęciła stworzeniu świata, którego tylko namiastkę poznaliśmy.

W dalszej części mamy już wykaz Fantastycznych zwierząt od A do Z. Niesamowite istoty, które pewnie Hagrida przyprawiały o dreszcze.


Hipogryfy, centaury, feniksy, jednorożce to tylko te najpopularniejsze i nam znane, jednak jest tu cała masa dziwnych stworzeń, o których nawet nam się nie śniło. 

Niektóre z nich z pewnością widzieliście w filmie, a teraz będziecie mogli dowiedzieć się o nich znacznie więcej.


Wiedzieliście na przykład, że Popiołki żyją tylko godzinę i tylko po to by znaleźć sobie miejsce na złożenie jaj a potem rozpadają się w pył. Ich jaja są bardzo łatwopalne i podejrzewam, że to własnie one najbardziej lubią żerować na wiosnę i dlatego mogolscy strażacy mają teraz tyle roboty...

A słyszeliście o Znikaczu? Śliczny, mały i niezwykle szybki ptaszek, dziś niezwykle rzadki, który miał spory wpływ na rozwój pewnej magicznej dyscypliny sportu, o której możecie poczytać w książce nr.2



To chyba jedyna książka którą Harry dobrowolne i w całości przeczytał.

Uwielbiałam mecze Quidditcha. Ten sport posiada niemal wszystkie najlepsze elementy najlepszych dyscyplin z dodatkiem latania!



Quidditch przez wieki to vademecum każdego fana tego sportu. To historia, ciekawe informacje i kompendium wiedzy. Ciekawie opowiedziana, ale z dbałością o rzeczowość i fakty, historia dyscypliny która połączyła  czarodziejów na całym świecie. Jak wszyscy wiemy czarodzieje to trudny przypadek. Są bardzo wrażliwi, niemal przeczuleni na własnym punkcie dlatego poznawanie tego, jak udało im się stworzyć coś opartego na zdrowej rywalizacji... ok nie oszukujmy się. Quidditch rzadko opiera się na zdrowej rywalizacji. Tego doświadczyć można było już w Hogwarcie, a co mają powiedzieć zawodnicy z zawodowych drużyn?


Historia sportu, który traktowany jest tak serio, że z powodzeniem można stwierdzić, że miłość do piłki nożnej to pikuś. Książka daje wam wgląd w szokujące fakty i niesamowite wydarzenia, które opisywane były nawet w poematach. Oparte na autentycznych źródłach historie dowodzą, że gdy Quidditch jeszcze Quidditchem nie był czarodzieje uwielbiali rywalizację, podpalanie mioteł, rzucanie uroków, oszustwa... dobrze że Ministerstwo się za to wzięło.

 

Dowiecie się dokładnie jakiego sprzętu używają gracze, na jakich pozycjach grają. Poznacie najbrutalniejsze faule i najbardziej efektowne zagrania. A jedno z nich ma związek z niezwykle popularnym polskim szukającym z Ale to już musicie poznać dzięki samodzielnej lekturze.


Pamiętacie w jakim szoku był Ron gdy ani Hermiona ani Harry nie znali Baśni Barda Beedle'a? Teraz też  wy możecie je poznać, a powiedzieć mogę, że bez wątpienia są wyjątkowe.


Jest to zbiór pięciu krótkich opowiadań, które klimatem przypominają stare baśnie, w których nie wszystko było słodkie i kolorowe. Oczywiście głównymi bohaterami są czarodzieje, a każda z opowieści niesie jakieś motto. 
Były to historie opowiadane małym czarodziejom przez wieki i kształtujące ich charaktery.
Jak pamiętamy pani Waesley opowiadała je też swoim dzieciom, czasami lekko zmienione na pewno były ważnym elementem dzieciństwa.

Każda z baśni jest stosunkowo krótka, ale w bardzo fajny sposób odbiega stylistyką od cyklu powieści o Harrym. Są napisane tak jakby rzeczywiście miały setki lat i trochę przypominają mi to co mnie rodzice czytali wieczorami. 

Nie są też taki bajkowe. Bohaterowie zmagają się z trudnościami,nieraz jest niebezpiecznie i tajemniczo, ale dzięki temu bardziej magicznie. 

Dodatkowym niezwykle fajnym akcentem są komentarze zrobione przez samego Dumbledora. Troszkę mocniej scalają one ten zbiór z całą serią. A jak na Dumbledore'a przystało są zabawne, sarkastyczne, uszczypliwe i trafione w punkt.


No i oczywiście jest tu ta najlepiej znana i najważniejsza historia, która miała olbrzymie znaczenie w Insygniach Śmierci. Cyba też najlepsza. I dobitnie dowodząca, że w każdej z nich mieści się ziarenko prawdy.


Baśnie są wyjątkowe, ciekawe a cały zbiór stanowi interesujący element biblioteczki każdego czarodzieja. Chociaż myślę ze Bard Beedley nie pogniewałby się gdybyście ją pożyczyli swoim mugolskim znajomym. 


Te trzy książeczki, chociaż maleńkie, z pewnością są wyjątkowe. Nie tylko przepięknie wydane ozdobią wasze kolekcje, ale są jeszcze istną kopalnią wiedzy o świecie czarodziejów. Są obowiązkową lekturą i pozycją każdego fana. Dla mnie stanowią ponadto niezwykle miły  cenny dodatek, do książek które stanowią nie tylko bardzo ważny element mojego dzieciństwa, ale również mnie teraz. Dorosłej osoby, która czytając te podręczniki, znów może poczuć magię.


Na samym początku pisałam, że są to książki wyjątkowe z dwóch powodów. Ten drugi to cel dla którego zostały napisane. Kupując te książki wspieracie organizacje charytatywne.



Cały dochód z ich sprzedaży przeznaczony jest dla Comi Relief i organizacji Lumos założonej przez Rowling. Dzięki nim pomagacie dzieciom na całym świecie w stworzeniu godnych warunków do życia. Jednym słowem- czarujecie.

Serdecznie zachęcam Was do zakupu tych cudeniek. Nie powinniście żałować. W końcu chyba każdy z nas chciał pojechać do Hogwartu, a dzięki temu będziecie o krok bliżej. W końcu w szkole podręczniki są bardzo ważne!




środa, 29 marca 2017

BookNerd Rev: Earl i ja i umierająca dziewczyna

Z kupowaniem książek jest tak, że gdy jesteś początkowym zbieraczem, albo po prostu czytasz niewiele, każdy zakup musisz przemyśleć kilka razy. Rozumiem to. Sama kilka lat temu byłam na tym etapie. Myślałam, że jak nie mogę dostać czegoś w pdf, to pójdę do biblioteki, albo jakoś sobie załatwię. Jednak szybko odkryłam, że nie ma nic lepszego niż zakupy. Szczególnie te książkowe. 

Z kupowaniem książek jednak rodzi się pytanie - czy ja to drugi raz przeczytam? To pytanie sobie zadaję ciągle: czy chcę tę książkę tak bardzo? Albo jak skończę, czy w przyszłości znów po nią sięgnę? Nie często mam okazję do ponownej lektury, ale to dlatego, że zwyczajnie mam za dużo książek. Czasami jednak robię wyjątek i tak było tym razem.

(podoba ci się to zdjęcie? daj lajka na Instagramie)

Porozmawiajmy więc o książce którą już raz czytałam w oryginale, ba nawet recenzowałam i serdecznie proszę, byście w tym momencie przerwali czytanie tego tekstu i cofnęli się 2 lata do tył by zapoznać się z moją pierwszą recenzją

Przeczytane? Dobrze, więc jak po tym czasie odbieram tę historię?

Gdy pisałam poprzednio, że dużym plusem historii jest odejście od standardowego dramatyzmu powieści o chorobie, nie myliłam się. Tym razem jednak, ponieważ starałam się wyczuć coś więcej odkryłam jak ciekawy w gruncie rzeczy portret nastolatka nakreślił nam autor. Przyzwyczajeni jesteśmy, że powieści młodzieżowe dostarczają nam bohaterów nad wiek dojrzałych, mądrych których kwestie są głębokie i przemyślane. I to zostaje tu troszkę wyśmiane, ponieważ umówmy się, jako nastolatkowie raczej nie posiadaliśmy całej wiedzy świata, szczególnie jeżeli przypominaliśmy Grega, któremu tylko wydaje się, że jest istotą poprawnie funkcjonującą społecznie.

Andrews troszkę na przekór normom pokazuje nam nastolatka prostego, bezpośredniego i trochę zagubionego. Takiego który jako narrator w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że to co mówi jest banalne i czasem niewłaściwe, ale w sytuacjach realnych i tak z tego nie korzysta. Byliście kiedyś narratorami własnego życia? W głowie wszystko wydaje się proste "powiem tak, zrobię to" i nagle przychodzi do czynów i nic nie wychodzi. Bo życie nie jest takie łaskawe byśmy wszystko mogli robić wg scenariusza. A Greg ma istny dar do partolenia roboty.

Czego nie napisałam poprzednio, albo czemu nie poświęciłam należytej uwagi to forma w jakiej jest to napisane. Wiem, bo sporo osób to komentowało, że styl nie do końca przypada do gustu. Mnie to właśnie styl  podejście do tematu podobał się najbardziej. Niezwykle prosty na pierwszy rzut oka jest ironiczną odpowiedzią na rzewne młodzieżówki o raku. Nie mówię by Jesse Andrews stawał przeciwko Greenowi i jego podobnym. Staje raczej w opozycji do schematów do których nas przyzwyczajono. Łamie pewne konwenanse. W swojej narracji jest często niechlujny. Czasami Greg potrafi porządnie wkurzyć, a ja w tym wszystkim odkrywam prawdę. Podoba mi się jednak to luźne podejście, bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Genialne tytuły i wprowadzane elementy scenariusza, świetnie współgrają z głównym bohaterem.

Nie chce wygłaszać tu tych samych zapewnień, co przy poprzedniej recenzji. Mam nadzieję, że jak ja czytaliście to wiecie wystarczająco dużo.

Co jest moim celem na dziś to przekonanie Was, ze warto dać jej szansę. Nie wiem dlaczego pojawiały się te niepochlebne recenzje, ale rozumiem, ze ta książka jest dziwne. Dziwna i myląca. Inna. I jak dla mnie jak najbardziej wpisuje się w konwencje fabularne. A gdy styl jest spójny z całą resztą od wydarzeń po bohaterów, to ja uważam, że jest dobrze.

Nie chcę się powtarzać, myślę że wystarczy. Poświęciłam tej książce po raz kolejny kilka godzin i nie żałuję. Poza tym dobrze widzieć starannie wykonaną pracę tłumacza co niestety nie jest oczywistością.

Pamiętam, że gdy wyszła informacja od Wydawnictwa Moondrive, że wydadzą książkę, ale będzie dostępna tylko w boxie byłam wkurzona. Bo gdy czytam coś co mi się podoba, chcę by to przeczytał cały świat. I teraz jest ku temu okazja. Moondrive uruchomiło Moondrive Shop, gdzie dostępne są także te limitowane książki. Dlatego chciałabym byście rozważyli danie tej pozycji szansy.
Może wam się nie spodobać, może ją pokochacie, ale bez wątpienia to coś co trudno porównać z czymś innym. To powiew świeżości, a jeżeli kochacie czytać powinniście chociaż próbować odkrywać nowe lądy. Choć troszeczkę. 

Tu macie link do Shopa:


środa, 22 marca 2017

Lutowy(?) EpikBox

Myślę że już nadszedł ten czas bym podzieliła się z wami zawartością i przemyśleniami odnośnie lutowego EpikBoxa. Lutowy to w tym przypadku pojęcie względne bo Box przyszedł w połowie marca, ale jak zwał tak zwał. Grunt że jest! 


To już mój 3 box. Uwielbiam idee książkowych boxów, tę aurę tajemniczości i duperele o wątpliwej przydatności. W naszym kraju jest takich pudełek co raz więcej i pewnie tamte też wypróbuje. 
Porozmawiajmy jednak o EpikBoxie. Stworzony przez dziewczyny z EpikPage jest kwartalnym pudełkiem zawierającym książkę- nowość wydawniczą i kilka książkowych gadżetów.

Lutowy box był troszkę droższy niż standardowy ponieważ miał zawierać Mystery Mini Funko Popa. Mnie ten pomysł bardzo przypadł do gustu. Niestety dostawa się skiepściła i dostaliśmy coś w zamian. Czy zamiana się opłacała?

Zobaczcie co było w boxie.


Rzeczy bez wątpienia jest więcej niż dotychczas i przyznam że ta ilość bardzo mi odpowiada. Box prezentuje się okazale a znając inne boxy, nawet te zagraniczne śmiem twierdzić, że to niezły urodzaj.


Zacznijmy od maleństw:

Każdy Box ma motyw przewodni, a tym razem było "1001 nocy". Uwielbiam projekty kartek tematycznych, ponieważ aż proszą się o powieszenie na ścianie.


"Świat zostanie ocalony i odbudowany przez marzycieli" Sarah J. Mass. 

Na odwrocie po raz pierwszy dziewczyny zawarły informacje o tym co jest w boxie- co jest bardzo spoko gdy korzystasz z rzeczy innych osób.

A mamy w boxie:


Maleńkie lusterko (które idealnie pasuje do kosmetyczki z poprzedniego boxa)


Magnetyczną zakładkę Hedwigę ale z tych dużych. Jest dwa razy większa od tej którą posiadam i jestem zachwycona.


Wspaniały notes, specjalnie zaprojektowany dla EpikBoxa przez @MissPhi. W środku kratkowane i puste strony. Dla mnie coś idealnego - kocham notatniki i mam już kilka pomysłów na to jak go wykorzystać. Poza tym popatrzcie na ten projekt. Ile fandomów rozpoznajecie?


Ta torba jest cudowna. Nie tylko należę do tych którym nigdy za dużo toreb ale jakość tej torby jest fantastyczna. Chyba tak dobrej nie mam. Do tego jest spora więc pomieści dużo książek. Projekt EpikPage więc pewnie będzie dostępny w sklepie.

Wiem, ze wiele osób kolejną rzeczą nie jest zachwycona i ja też na początku nie byłam dopóki nie zobaczyłam co wybrano:


Nie jestem fanką plakatów. Poza tym wiem, że wartość ich tylko w pieniądzach mogła zastąpić POPa. Myślę, że dziewczyny musiały mieć sporą zniżkę, bo na stronie Societ6 plakaty kosztują tyle co kubki czy torby. Podejrzewam, że dla nas były tańsze i pewnie łatwiej je przetransportować. I powiem wam, że osobiście bardzo mi się podobają. Jakoś przełknęłam gorycz gdy okazało się ze w punkt trafiły z moimi fandomami, szczególnie z Kazem i Inej z Szóstki wron.
Doskonale jednak rozumiem zawód jaki wiele osób odczuwa. Gdyby nie torba i zeszyt same plakaty by mnie nie zachwyciły. Ale pewnie je powieszę. Bo ze mnie dzieciak.

No i najważniejsze w Boxie - książka!


Jest to opowiedziana na nowo opowieść o Alladynie i Dżinie. Ostatnio sporo czytam książek, których akcja dzieje się na Bliskim Wschodzie i tej nie mogę się doczekać! I dostaliśmy uroczą podkładkę pod kubek z motywem z książki i karteczkę z notatką od autorki (której zdjęcia zapomniałam zrobić).

Ogólnie jestem mniej zawiedziona niż sądziłam. Czułam, że wybiorą plakaty i już byłam skłonna box oddać, ale jak już to przejrzałam jednak jestem na tak.

Musicie pamiętać, że to nie do końca jest tak 1:1 że płacicie i wartość boxa jest adekwatna. Płacimy po pierwsze za zabawę, tajemnicę. Pamiętajcie, że książka kosztuje średnio 35zł, do tego torba też ma swoją wartość i każda z tych rzeczy. Dostaliśmy wszystko po kosztach. Może to tak nie wgląda, ale przecież samo pudełko dziewczyn nie wychodzi za darmo, a trzeba przecież zarabiać. Więc jak macie ten box, nie piszcie proszę, że się nie opłaca, bo to nie fair. 
I kupując każdą z tych rzeczy osobno, zapłacilibyście dużo więcej.

Taki urok tajemniczego Boxa że jest tajemniczy. A frajda z jego rozpakowywania - nieoceniona.

Macie jeszcze linki do
Epikpage 
i moich recenzji dwóch poprzednich Boxów:



czwartek, 16 marca 2017

BookNerd Rev: Gniew i świt

Dobra książka powinna pochłaniać czytelnika, przenosić go w jej świat, zawładnąć jego umysłem i uczuciami, tak by nie mógł jej odłożyć na bok. Powinna skupiać na sobie uwagę, wywoływać emocje, sprawiać by po jej zakończeniu nie chciało się przez jakiś czas sięgnąć po nic innego.
To też symptomy książkowego kaca, a jak ja sobie z nim radzę? M.in. pisząc recenzję. 


Jedno życie, jeden świt.

W krainie rządzonej przez młodego, żądnego krwi władcę, każdy poranek przynosi cierpienie kolejnej rodzinie. Chalid, osiemnastoletni kalif Chorasanu, jest potworem. Co noc bierze sobie nową małżonkę, by o poranku owinąć jedwabny sznur wokół jej szyi. Kiedy ofiarą Chalida pada szesnastoletnia przyjaciółka Szahrzad, dziewczyna poprzysięga mu zemstę i zgłasza się na jego kolejną oblubienicę. Szahrzad zamierza nie tylko ujść z życiem, ale też raz na zawsze zakończyć okrutne panowanie kalifa.
Noc za nocą Szahrzad mami Chalida, snując zachwycające historie, i odwleka swój koniec, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że kolejny świt może okazać się jej ostatnim.
Z czasem dziewczyna zaczyna rozumieć, że w pałacu z marmuru i kamienia nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Szahrzad zamierza odkryć prawdę. Jest gotowa odebrać życie Chalida i tym samym odpłacić mu za tak wiele skradzionych istnień.
Czy miłość zwycięży w świecie pełnym niesamowitych historii i mrocznych sekretów?

Opowieść o której pewnie każdy z nas kiedyś słyszał, "Księga tysiąca i jednej nocy" opowiedziana na nowo w porywającej, pełnej akcji ksiażce Renee Ahdieh, która przeniosła tę klasyczną baśń w XXI wiek. Autorka jednak nie unowocześniła historii, nie przeniosła jej w przyszłość a nawet w teraźniejszość. Historia na nowo opowiedziana, ale tak, że w pełni jest przystępna dla współczesnego czytelnika ale i zachowuje szacunek do kultury i oryginalnej historii.

Niby znamy te opowieść, niby wiemy jak może się potoczyć, a tak naprawdę odkrywamy coś nowego, świeżego i ekscytującego. 
Podstawowym problemem jakim mam przy czytaniu książek to to, że często nie lubię głównych bohaterów. A to jest spory problem. I tak było z Szahrzad... przez pierwsze dwa rozdziały do momentu kiedy zrozumiałam, że z nią jest wszystko w porządku i że w gruncie rzeczy jest to silna, stanowcza postać, która jak najbardziej może być bohaterką dźwigającą na barkach całą fabułę. Wbrew pozorom to rzadkość, dlatego do Szahrzad podchodziłam z rezerwą. Jednak jak się okazało myliłam się i na szczęście szybko to zrozumiałam i cieszyłam się dalszą lekturą.
Chalid, ach Chalid. Która z nas nie lubi dumnych, cichych brutali, którzy gdzieś tam głęboko mają pokłady dobra, które uwidocznić się mogą tylko przy "tej jedynej". Chalid to potwór, bezwzględny Król Królów, który o świcie zabija swoją żonę by wieczorem być mężem innej. Tylko, że od początku coś tu nie pasuje. Ale z drugiej stron jednak je zabija... i czytelnik jest w impasie, bo jak mamy bronić mordercy? Morderca mordercą pozostanie, jednak mamy tu głębsze dno które tak bardzo fascynuje, tak pociąga, tak intryguje. Autorka pozostawia pewne pole do interpretacji, własnej oceny. Nie oczyszcza bohatera z jego win tak byśmy mogli z czystym sercem go lubić. Właśnie posostawia te zbrodnie i ciągle to podkreśla, byśmy nie zapomnieli jaki był, jaki jest.

Romans poprowadzony jest delikatne a zarazem jest to burza uczuć, pożądania. Coś co podnosi ciśnienie nie tylko bohaterom. Są jak yin i yang, jak dwa magnesy które się odpychają, ale pod odpowiednim kontem ciągną do siebie i trudno je zatrzymać. Chociaż Szahrzad wie, ze nie powinna, wie że ma cel i że musi go dopełnić, wie też że życie nie jest takie proste, a to co widziane oczami nie do końca równa się temu co widzi serce.

Literatura współczesna nie byłaby sobą gdyby nie było i tego dodatkowego, małego szpikulca w postaci tego drugiego, pięknego młodzieńca... i szczerze to mi przeszkadzało, bo myślisz "po co". a jednak w rozrachunku całkiem to sensowne. Bo Szahrzad miała życie wcześniej, które zostawiła dla misji, zemsty. I to życie ja ściga i nie pozwala odejść.

I jest jeszcze intryga i podstępek. Coś co bezustannie wisi nad bohaterami co ich ściga. I to niezwykle zajmujący element całej układanki. Bo chociaż się domyślamy, podejrzewamy nic nie jest takie oczywiste, a akcja może w każdej chwili przybrać nieoczekiwany zwrot.

Renee Ahdieh zachwyca stylem i umiejętnościami łączenia słów. Pisze pięknie i udaje jej się stworzyć niezwykły klimat, który pobudza wspaniale wyobraźnię i na pewno pozostaje w pamięci. Gdy czytasz w głowie tworzą ci się piękne obrazy. Plastyczność opisów i piękno języka, również słowa padające z ust bohaterów tak pięknie pasują do tej wyjątkowej powieści. 
W świecie w którym jakakolwiek kultura prócz tej zachodu (ekh Amerykańska) traktowana jest po macoszemu, ta książka sprawia, że nagle przenosić się w piękne krainy Bliskiego Wschodu, w ich niezwykłą tradycję i kulturę i masz ochotę jeszcze bardziej jej zasmakować.

Mimo, że historia, szczególnie jej magiczny aspekt nie są za bardzo rozbudowane, mnie podobało się, że na razie pozostawiono trochę niedomówień. Bo jest to bardziej realne i niewytłumaczalne. Dlaczego dochodzi do tych morderstw, co stało się królowi, dlaczego wszystko skrywa tajemnica. Gdy magia wchodzi w grę łatwiej znaleźć wytłumaczenie. Tu magia pojawia się powoli i daje też możliwość jej zgłębienia w kolejnej części na którą teraz nieubłaganie czekam.

Gniew i świt to książka której potrzebowałam w swojej kolekcji. Pozycja do której będę wracać by znów cieszyć się odkrywaniem tego niezwykłego świata.

Jeżeli szukacie czegoś odrobinę innego od tej fantastyki którą teraz jesteśmy naprawdę zasypywani, to bardzo rekomenduję tę pozycję. Przez jeden dzień zostałam przeniesiona w niezwykły i fascynujący świat. Nie mogłam i nadal nie mogę przestać o nie myśleć. Coś co zasługuje na absolutną uwagę. Tak, wytworzyła się we mnie mała obsesja. Mam książkowego kaca... to dobrze, bardzo dobrze.








poniedziałek, 13 marca 2017

BookNerd Rev: Miasto Cieni

Kiedyś miałam taką zasadę, że nie recenzowałam tu 2 i kolejnych tomów jakiś powieści. Nie widziałam sensu by mówić o drugiej ksiażce jeżeli ktoś nie przeczytał pierwszej. Zmieniłam zdanie gdy kilka razy opinia kogoś własnie o dalszych częściach popchnęła mnie do rozpoczęcia przygody z dana serią. Dziś więc recenzja drugiego tomu pewnej osobliwej serii, wolna od spoilerów ale mam nadzieję dająca światło na to cz w ogóle warto zaczynać.


Właściwie stoczyłam małą batalię z tym czy dodawać, czy nie opis tomu. Wszak mówi on o tym co przydarzyło się w tomie poprzednim, a co jak co, zaskoczenia z jakim tam mamy do czynienia raczej nie chciałabym wam odbierać. Może ktoś właśnie na tę recenzję trafi jako pierwszą, więc po prostu odsyłam was do mojej recenzji Osobliwego domu Pani Peregrine

To co ci którzy pierwszej części nie czytali wiedzieć powinni, to, że w drugim tomie nie zwalniam tempa. Jest to bardzo dobra kontynuacja, cudowne uzupełnienie. Książki są ze sobą spójne, wciągające i naprawdę oryginalne. Sposób w jaki Riggs łączy słowo z obrazem, poprzez te fantastyczne fotografie sprawia, że czytelnik doświadcza dodatkowych przeżyć, a dla wzrokowca, takiego jak ja, to dodatkowa frajda. Książka nie jest idealna, oczywiście żadna nie jest, ale walory estetyczne, to jak jest wydana, wiele rekompensuje. 

Jeżeli lubicie klimat Burtonowskich filmów to ta seria na pewno przypadnie wam do gustu. Nie bez przyczyny właśnie Burton został wybrany do jej zekranizowania.

Polecam serdecznie- warto!

UWAGA. Dalsza część może zawierać spoilery dla tych którzy nie czytali pierwszego tomu!!

Tom drugi zaczyna się dokładnie w momencie w którym zakończył się poprzedni, jednak klimat powieści jest już inny. O ile Osobliwy dom przez pierwszą połowę był tajemniczy, śmiem twierdzić mroczny, Miasto cieni to już taka fantastyczna fikcja... historyczna. Powieść dużo bardziej przypomina fantastykę młodzieżową niż thriller. Nie jest to jednak minus. Riggs na tyle oryginalnie prowadzi fabułę i sam pomysł był na tyle świeży, że nadal w pewien sposób odgradza się od kalkowania innych. 

Autor pozostaje jednak wierny pierwotnemu klimatowi powieści, nadal jest tajemniczo, może nie tak mrocznie, jednak ciągle wyczuwalna aura która była charakterystyczna dla powieści wiktorańskich. Oczywiście sprawę ułatwia osadzenie akcji w czasach II wojny światowej, jednak wprowadzając motywy osobliwości dzieci, tej dziwnej fantastyki, jeszcze to wszystko potęguje. U Riggsa podobnie jak u Burtona wyczuwalny jest ten gotycki podtekst  obu im wychodzi to fantastycznie.

Dlatego też niemal skakałam ze szczęścia, gdy dowiedziałam się że to Tim film zrealizuje. Zrobił to super, chociaż w filmie wiele pozmieniano, klimat był właściwy. Ci co film widzieli mogą obawiać się jednak, że kolejne tomy zostały im zaspoilerowane. Owszem film kilka rzeczy ujawnia, jednak wierzcie mi, że na tyle oszczędnie, że czytając Miasto cieni odkryjecie znacznie więcej a ja szczerze powiem o filmie podczas czytania zapominałam. 

Czegoś mi tu brakowało. Nie wiem jednak czego. Być może chciałabym by ciągle było tak tajemniczo i mrocznie jak w pierwszej połowie pierwszego tomu. Akcja trochę szybko mknie i czasami gubiłam się w tym kto jest kim i co potrafi. Trochę za mało eksploatacji postaci Jacoba. 
Sądzę jednak, że seria sama w sobie się broni i najlepiej ocenić ją już całościowo. Jak do tej pory jest ciekawie i czekam na więcej.

Miasto cieni to bardzo dobra kontynuacja wyjątkowej, intrygującej, oryginalnej i osobliwej powieści. To pełna przygód, dziwactw podróż, która wciąga i rozwija wyobraźnię. Takie książki po prostu się fantastycznie czyta, nie tylko ze względu na zajmującą fabułę ale również na samo opakowanie. Każdy kto kocha książki powinien docenić ten wyjątkowy pakunek. Naprawdę pozycja gotowa polecenia. Ponownie!





A za książkę dziękuję:





czwartek, 9 marca 2017

BookHaul: listopad, grudzień, styczeń, luty (40+ książek)

Porwanie się z motyką na słońce to nic w porównaniu z tym co zamierzam teraz zrobić.

Jak niektórzy mogli zauważyć (chociaż umówmy się nikt nie zauważył) Book Haulu nie było od kilku miesięcy- dokładniej od listopada.

Daje mi to 4 miesiące nie chwalenia się tym co nowego na mojej półce i wiecie, wszystko byłoby ok gdybym była normalna, ale może mnie znacie i wiecie, że nie znam umiaru. 
Dlatego teraz pokaże wam moje nowości książkowe, które się u mnie nazbierały od listopada i napisanie tego posta pewnie zajmie mi 10 lat, więc jak to czytacie pewnie już dawno zapadła się pode mną podłoga i zginęłam przywalona moją biblioteczką. (A niektóre pozycje z kolekcji poniżej dalej pozostają nieprzeczytane).

W większości przypadków nie pamiętam gdzie co kupiłam -wybaczcie. Dzisiejszy post będzie dlatego inny. Generalnie będą to głównie zdjęcia. Nie dodaję opisów ponieważ zajęłoby to zbyt dużo czasu, wybaczcie, poprawię się.

Ok. Do dzieła więc!


Listopad

Zacznę od dwóch książek, które dostałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina, a których recenzje znajdują się na blogu oczywiście:



Zwracam na nie szczególną uwagę, bo to one mi uświadomiły, że nie było Haula od miliona lat...

Do recenzji dostałam także:


Książkę dostałam do recenzji od księgarni selkar.pl, niestety książka średnia, ale najlepiej przeczytajcie moją recenzję na stronie księgarni o tu.


Świetna! Recenzja tu.


I reszta już zakupiona: 


Długo wyczekiwany finał serii Król kruków, recenzję możecie przeczytać tu. Absolutnie cudowna. Gorąco polecam.

I ponieważ pamiętam, że była bardzo tania- kupiłam to:




GRUDZIEŃ

W grudniu kolekcja moich książek powiększyła się dość znacznie:

Książki do recenzji:


Pozycja która wyjątkowo (pozytywnie mnie zaskoczyła). Godna uwagi powieść fantasy przez duże F. Recenzja również na stronie selkar.pl


Polski thriller o korupcji, wojnie, układach i zakłamaniu. Dobrze czasem przeczytać coś naszego. Recenzja również na stronie selkar.pl


Na jesieni rozpoczęłam również współpracę z wydawnictwem Papierowy Księżyc. W grudniu otrzymałam to maleńkie cudo i z czystym sumieniem mówię, że warto (szczególnie jeśli uda wam się dorwać wersje ilustrowaną) Recenzja na blogu tu


Natomiast od Media Rodzina dostałam najbardziej świąteczną z świątecznych książek a zrecenzowałam ją tu.


Jednak zakupowo też mnie trochę poniosło:


To już moja druga książka Mansell i nie żebym przeczytała pierwszą. Niemniej pamiętam, że była bardzo tania i pięknie się prezentuje. Czuje, że to będzie idealna lektura na wiosnę. 

Nie wiem czy znacie stronę ocztani.pl ale to naprawdę skarbnica taniej książki (większość poniżej 10zł)


Na nią polowałam już dość długo. Stulatek... był genialny, więc co i do tej mam wysokie oczekiwania.






I przejdźmy do 2017 roku, który już pierwszego dna zakończył moje noworoczne postanowienie, więc generalnie go w ogóle nie było czegoś takiego, że zamierzam kupować mniej książek.
Jest taki przesąd, że jaki Nowy Rok taki cały rok. Jak zaraz zobaczycie- jest w tym trochę prawdy.

 STYCZEŃ


Dwie cudowności od Wydawnictwa Otwartego czyli zakończenie serii Starbound. Mówię cudowności, bo okładki zachwycają, a co mam do powiedzenia o samych książkach? Recenzja cz2 i cz3.




Trzy powyższe pozycje to książki od selkar.pl, Potomków już przeczytałam i serdecznie polecam. Za Sułtankę Kosem zabiorę się pewnie w przyszłym tygodniu.


Jestem w trakcie i przerwałam czytanie tylko by napisać ten wpis. Recenzja wkrótce, a książka od Media Rodzina.

No i przejdźmy do zakupów czyli tego jak moje konto szybciutko zostaje każdego miesiąca uszczuplone.

Mój kuzyn pracował w raju książkowym i dzięki niemu po bardzo atrakcyjnych cenach zdobyłam 10 książek. Niektóre troszkę bardziej uszkodzone, niektóre mniej, ale takie okazje zdarzają się zbyt rzadko by się tym przejmować.


Cudowna, zabawna, lekka i przyjemna. Zakochałam się w stylu Kasie West. Polecam wszystkim którzy lubią obyczajówki YA.







Eh... ;/




Cudowna, wspaniała, piękna, wzruszająca. Prawdziwa historia fantastycznego projektu. Recenzja tu.


Nie mogłam się powstrzymać. Wkrótce zdobędę wszystkie - jedna z moich ulubionych serii YA.

Ale żeby nie było, że tylko tyle:


Od nich wszystko się zaczęło, bo empik (widzicie pamiętam winowajce) zrobił noworoczną promocję. Kupione 1 stycznia. Mówiłam- jak zaczniesz tak przez cały rok.


to też kupiłam.

Jesteście tu jeszcze. Pewnie tylko patrzycie na zdjęcia. Też bym tak robiła. I tak co tu piszę nie ma znaczenia. Nigdy więcej nie doprowadzę do tego by być 40 książek w plecy...

LUTY


Czy możemy się na chwilę zatrzymać by podziwiać to cudo? Trzecia część serii trafiła do mnie od Media Rodzina trochę niespodziewanie, ale też od razu wskoczyła na kupkę TBR na marzec. Już zacieram ręce.


I jest i papierowa kopia. Książkę czytałam w styczniu a po premierze dostałam tę ślicznotkę od Wydawnictwa Otwartego. Polecam bo naprawdę jest godna uwagi. Recenzja.


Jedna chyba z najgłośniejszych premier lutego jak nie początku roku od wydawnictwa Jaguar.. Mam nadzieję, że uda mi się ją przeczytać w tym miesiącu. 

A zakupy? Tym razem jestem z siebie naprawdę dumna! (co nie zmienia faktu, ze w marcu już swoje zakupy zrobiłam)


Duff czytałam prawie 2 lata temu w oryginale na Kindlu. Od razu chciałam zaopatrzyć się w książkę, jednak nie widziałam sensu w kupowaniu jej po 20zł. Udało się za 10!


:3






Teraz bardzo ważne pytanie

Jakie informacje chcielibyście bym podawała przy okazji Book Hauli? Chcę znaleźć idealny środek. Dziś było trochę inaczej niż do tej pory ze względu na ogrom tego przedsięwzięcia. Ale poprawię się i mam nadzieję z waszą pomocą. Tak więc czy chcecie opisy, gdzie i za ile kupiłam, dlaczego kupiłam, czy może wystarczą same zdjęcia?

PROSZĘ O POMOC




I jeszcze jedno na koniec.
Wiecie że założyłam książkowego Instagrama?
Zapraszam do obserwowania!

(klik w obrazek)