piątek, 7 grudnia 2012

Kilka słów o języku polskim

Dziś będzie o tym czym zajmuję się 5 dni w tygodniu, przez ostatnie 2,5 roku. Nie bójcie się, nie chcę was zanudzić na śmierć. Większość moich znajomych nie znosiła języka polskiego więc nie oczekuję, by tytuł posta wywołał jakiekolwiek zainteresowanie. 
Sama zdaję sobie również sprawę, że znawczynią języka polskiego nie jestem i z pewnością nie będę. Nie będę udzielać nikomu żadnych rad, poprawiać, czy rozwiązywać wątpliwości i proszę nie oczekujcie, że będę to robić.
Zdaję sobie sprawę, że sama popełniam błędy i nie jestem nieomylna. Gdyby któryś z moich profesorów przeczytał ten tekst, pewnie znalazłby tu setkę błędów wszelkiego rodzaju. 

Moje studia wydają się większości nudne i nieprzyszłościowe. Według stereotypu tylko czytam, nie będę miała pracy i mam skłonność do ciągłego poprawiania innych. Najgorsze jest to, że nie ma ze mną o czym gadać, bo kto by chciał prowadzić dyskusję o Mickiewiczu?

Gdy rozpoczęłam studia najgorszym przedmiotem na świecie wydawała mi się "gramatyka opisowa języka polskiego". Kto tego nie przeżył nie wie z czym się to je. Godziny spędzone na uczeniu się właściwości głosek, nad słowotwórstwem czy rozbiórką zdań na czynniki pierwsze. Gramatyką nas straszono, mówiono, że egzamin to istny koszmar, a zdanie go to wyczyn godny podziwu. W dniu, w którym otrzymaliśmy wyniki okazało się, że plotka, która głosiła, że ponad połowa co roku oblewa, jest troszkę przesadzona.

Obecnie jednak zastanawiam się, czy osoby, które nas tak bardzo ostrzegały przed tym przedmiotem nie pomyliły go przypadkiem z "gramatyką historyczną". W całej mojej karierze edukacyjnej nie spotkałam się z czymś tak absurdalnie niezrozumiałym i tak bardzo nieprzydatnym w życiu, jak właśnie ten przedmiot. 
Jako osoba która za 2,5 roku ma zamiar chwalić się dyplomem studiów polonistycznych powinnam wiedzieć skąd dany wyraz się wywodzi i jest to w pełni zrozumiałe, być może przydatne, ale według mnie kompletnie bezsensu. Siedząc na tych zajęciach zastanawiam się właściwie co ja tam robię i jak możliwe, że ktoś (czyt. dr.Marceli Olma) ma siłę by prowadzić te zajęcia, skoro większość informacji odbija się od nas jak od pola siłowego. Nie interesują mnie jery, sonanty, przestawiki, przegłosy, deklinacje itd. Staram się z całej siły by pojąć o co w tym chodzi, ale wierzcie mi, gdy widzicie wyraz, który jest napisany po polsku ale polskiego nie przypomina i jeszcze musisz wiedzieć jak to się stało, że z "dъkt'er" otrzymaliśmy "córkę", to wątpicie w siłę własnego umysłu.

Jak się niedawno okazało, język polski to kopalnia bardzo ciekawych przykładów, które mogą wydać się ciekawe nawet tym co język ten uważają za nieciekawy. Uwierzcie mi, między wierszami można odkryć, że etymologia niektórych wyrazów jest nie tyle ciekawa, co zaskakująca. Nagle odkrywasz, że język którym posługujesz się od dziecka nie raz może cię zaskoczyć. 

Czy wiedzieliście, że słowo maciora było kiedyś określeniem nie tylko zwierząt, ale też kobiet karmiących swoje dzieci? Słowo matka (jak i maciora) wywodzi się od słowa mać, które w dzisiejszym języku niewiele ma wspólnego z matką...

Dlaczego pierwszymi słowami wypowiadanymi przez dziecko jast bardzo często "mama"? Niestety panowie, ale prawda jest taka, że słowo "mama" jest znacznie łatwiej wymówić bobasowi niż "tata". Głoska "t" przynależy do głosek przedniojęzykowo- zębowych, a sama nazwa wskazuje, że potrzebne są ząbki by poprawnie ją wymówić. Dziecko raczej się z nimi nie rodzi, ale za to posiada narząd który pozwala wymówić "m" a więc wargi i nawet płacząc ćwiczy się w wydawaniu takich dźwięków. Równie dobrze pierwszym słowem może być "baba", ale to już zostawiam wam, drogie panie, byście odcięły maleństwo od kontaktów z babcią, a będziecie się mogły cieszyć pierwszymi słowami waszych pociech. Jak już nie będziecie się mogły doczekać tego wielkiego momentu, musicie wiedzieć, że również pozycja leżąca sprzyja mówieniu.

Najwyższy czas bym przeszła do "dupy". Słowo, które jest określeniem tylnej części naszego ciała, ale jeśli zostanie wypowiedziane publicznie spotyka się z oburzeniem.
Zastanawialiście się jednak co kiedyś "dupa" oznaczała? 
"Dupa" to nic innego jak po prostu "dziura" (ale jak się dowiedziałam, również "wydrążenie", "rysa"). I tak kiedyś mówiło się, że się ma "dupy w zębach" w znaczeniu "dziury w zębach", w tekstach staropolskich pojawia się również określenie "dupna mogiła" czyli nic innego jak "wydrążona mogiła", albo opis człowieka który miała pełno "dup na ciele", w znaczeniu dziur spowodowanych wrzodami. Również dzisiaj mamy dwa bardzo podobne wyrażenia. Mówimy: "jestem w czarnej dziurze" na określenie stanu gdy znajdujemy się daleko od zamierzonego celu, ale istnieje także określenie "być w czarnej dupie"... czyli tam gdzie ja się obecnie znajduję  w przygotowaniach przed sesją.



Po ostatnich zajęciach z gramatyki historycznej twierdzę więc, że nie są to najgorsze zajęcia pod słońcem. Egzaminu pewnie i tak nie zdam, ale przynajmniej miałam temat na tego posta, co już wydaje mi się sporym wynagrodzeniem tych 3 godzin spędzonych na próbie zrozumieniu deklinacji rzeczowników...

1 komentarz:

  1. Ojoj, historyczna polskiego musi być porypana... ;O
    Ja mam historyczną angielskiego, ale na nią z reguły nie chodzę i właśnie w tym tygodniu zaczęłam się zastanawiać czy handouty wystarczą, żeby zdać egzamin. Mam nadzieję, że tak... ;p

    A tak w ogóle to ciekawe, najciekawsze mi się zdało to z dupą, bo że to wcześniej znaczyło szpara lub dziura, to nie miałam pojęcia :)

    Całusy <3

    OdpowiedzUsuń