piątek, 27 czerwca 2014

Mundialowy spam

Generalnie uważam, że piłka nożna to najdurniejszy z możliwych sportów. 22 facetów na boisku lata za jedną piłką przez 90 min i czasami, przez cały ten czas, nie pada ani jedna bramka... bez sensu.
Wiele osób uważa, że sport ten nie wzbudza emocji, jest nudny, często przewidywalny.
W sumie i racja, ale gdy ogląda się grę ten na wysokim (no powiedzmy wysokim) poziomie, jakieś ważne i prestiżowe zawody, albo gdy gra reprezentacja narodowa, to w człowieku budzi się taki mały potworek, w 100% zbudowany z adrenaliny i napędza on człowieka do tego stopnia, że potrafi oglądać 3 mecze na raz i cały czas być tak samo zainteresowanym.

Wiele zasad piłki nożnej jest dla mnie niezrozumiałych. Oczywiście znam reguły gry i tak, wiem co to jest spalony, ale cała ta otoczka w okół, to tasowanie, spekulacje, życie piłkarskie, ten blichtr i prestiż sportu... dla mnie to głupota.
Mimo wszystko oglądam większość meczów mundialowych. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale lubię sport do tego stopnia, że naprawdę potrafię się w to zaangażować (jak pewnie większość z was zauważyła).
Jako kompletny laik, który jest kibicem czysto sezonowym, mam jednak kilka przemyśleń którymi z chęcią się z wami podzielę.
Oczywiście nie obchodzą mnie wasze osobiste sympatie i opinie i moja własna jest w 100% subiektywna.
Zdaję sobie też sprawę z dużego braku wiedzy i totalnej stronniczości. Nie obchodzi mnie też, czy dostanę bana na internet, czy dorwie mnie Obama lub Putin za to co tu napiszę oraz czy w ogóle google+ usuną mojego bloga (bo nie maja do tego absolutnych podstaw).



Zapraszam na krótką... recenzję fazy grupowej Mundialu. Stronnicze i nieprzemyślane przemyślenia, którymi kieruje nie wiedza na temat drużyn, a czysta sympatia i antypatia oraz... wygląd piłkarzy :D

Mistrzostwa Świata w Brazylii to chyba jedne z najbardziej szokujących rozgrywek jakie przyszło mi oglądać. Po pierwsze, po kolei odpadają najlepsze (tak mi się wydawało) drużyny świata. Najpierw Hiszpania i to był szok, bo każdą z tych mordek kojarzyłam i w sumie raczej utożsamiani byli z "dobrą piłką". Hiszpania zachowywała się jakby pomyliła dyscypliny. Ich gra przypominała ping-ponga. Podobno nazywa się to"tiki-taka", ale raczej wyglądało to jak jakiś taniec z ogniem, bo oddawali sobie tę piłkę jak tylko ich drogie buty ją musnęły. Nic dziwnego, że inne drużyny potrafiły jedną szybką akcją przejąć inicjatywę i zmasakrować przystojniaczków. Holandia totalnie ich zmasakrowała. Mecz z Chile bolał, moje oczy bolały... 
Anglia... Wielka Anglia, która podobno jest kolebką piłki nożnej, która podobno wymyśliła ten sport, po raz pierwszy od 50 lat nie wyszła z grupy. Tak samo Włosi. Zostali wyrzuceni przez przyczajoną Kostarykę, która utarła im nosa i kazała odejść ze spuszczoną głową. Napompowany balonik pękł i nawet obiecywana wizyta u Królowej nie pomogła.
Największe emocje wzbudziła u mnie jednak grupa G. Portugalia z Cristiano Ronaldo na czele, nikomu nieznana małą Ghana, wielkie Niemcy dzięki którym jednak jakiś Polak znalazł się na murawie i napompowani jak zwykle do granic możliwości patriotycznym duchem walki Amerykanie. Gdy Niemcy rozwalili,  zmieszali z błotem Portugalię, stało się jasne, że na tym Mundialu może stać się wszystko. Chociaż wygrana Niemców nie była zaskoczeniem, to wynik już tak. Zrozpaczona mina Ronaldo obiegła świat, a Amerykanie pomyśleli "hmmm mamy szanse z Portugalią, Ghana to pikuś, wyjdziemy z grupy, wygramy Mundial, będziemy mistrzami świata, ocalimy wszechświat, naprzód Ameryko!". No i wygrali z Ghaną. Bramka w 30 sekundzie spowodowała istną eksplozję twittera i Amerykanie sikali ze szczęścia i pękali z dumy nad wspaniałością własnego zespołu. Przez następne 80 minut zostali jednak totalnie zjedzeni przez Ghanę, która gdy doprowadziła do upragnionego wyrównana, wydawała się być na właściwej drodze, by zmyć ten wnerwiający uśmiech z twarzy amerykańskich kibiców. "Szczęście sprzyja gorszym"- tak powinno brzmieć powiedzenie po tym meczu. Wygrana USA to tak wielka niesprawiedliwość, że nakręciła mnie jeszcze bardziej w nienawiści do tej drużyny... (dobra nienawiść to duże słowo, po prostu zaczęłam gorliwie kibicować każdemu kto z nimi grał). Kolejny mecz- Ghany z Niemcami udowodnił, że w poprzednim Ghańczykom nie sprzyjały niebiosa, natomiast starcie Portugalii i USA to dłuższa historia. Mecz zaczął się o północy, w dzień egzaminu, na który musiałam jechać z domu autobusem wstając o 5:50. Tylko ja- głupek mogłam wpaść na pomysł, żeby nie iść spać. Nie poszłam. Oglądałam do końca. Twitter Johna Greena mnie tylko coraz bardziej irytował eksplozją radości. W 94 minucie gdy zostało 60 sekund do końca wyłączyłam streema przy stanie 2:1 dla USA. Nie mogłam znieść tej radości, okrzyków i powiewających flag. Bleeeeeeeeeeeeee.... No i nagle Onet poinformował mnie, że Portugalia dała radę- 2:2 w ostatniej sekundzie.. od razu mi się lepiej spało.
Ostatnie mecze fazy grupowej są rozgrywane w tym samym czasie. Ze względu na wielka miłość do drużyny Amerykańskiej oglądałam mecz z zapartym tchem kibicując Niemcom z całego serca. W tym czasie Ghana walczyła o swoje i gdyby trafili bramkę więcej... Natomiast Amerykanie grali jak potłuczone koguty bez głów. Ten widok był bezcenny. Tyle radości. Tylko wygrana Niemiec nic nie dała i Amerykanie graja dalej...

Poza tym miałam kibicować Rosji, tak dla przekory. Po 10 minutach doszłam jednak do wniosku że to Buraki z Buraczarni, którzy nie potrafią wzbudzić mojej sympatii, a widok modlących się do Allaha Algierczyków jest milszy dla oka, dlatego to, że Rosja  wraca do domu zupełnie mnie nie rusza.

Moje odczucia wynikają z niczym nieusprawiedliwionej niechęci lub sympatii do danych drużyn. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Dwie uwagi na temat samego sportu jakim jest piłka nożna na przykładzie Mundialu.

Po pierwsze to sport, w którym nie do końca chodzi o to kto jest lepszy, a o to, kto trafi do bramki. Liczy się wynik- to oczywiste, ale tu dużo zależy jeszcze od szczęścia (patrz USA) czy tego co widzi sędzie (patrz cały Mundial). Więc jak jesteś słaby nadal masz szanse...I jest to sport trochę nieprzewidywalny, jak się nie wstrzelisz z formą to koniec. Chociaż patrząc na wyniki, można dojść do wniosku, że ktoś tu jednak poszedł na pewne układy z Górą by wywrócić świat piłki nożnej do góry nogami...  Anglia, Hiszpania, Portugalia, Włochy... Może gdyby Polacy tam pojechali to wyszliby z grupy...

Po drugie to sport kontaktowy... nie tak jak rugby...


chociaż czasami wygląda to boleśnie, nawet cholernie boleśnie,

to jednak częściej mam wrażenie że to wygląda tak:


I zdaje sobie sprawę, że to silni faceci i że jak taki w ciebie wleci to boli, ale czasami zakrawa to na dobre aktorstwo, a wtedy to już wydaje się po prostu śmieszna i daleko mija się z zasadą fair play.


Dotarłeś do tego miejsca, drogi czytelniku? Fantastycznie! Dobra wiadomość: dość tego mundialowego spamu. Wiem, że nie ma tu  ani jednego odkrywczego słowa. Wiem, że najprawdopodobniej większość z was wymiękła po przeczytaniu wstępu... 


może kilkoro z was rzuciło okiem na obrazki. Wiem, że najprawdopodobniej w kilku miejscach minęłam się z prawdą. No cóż- kibic ze mnie taki jak widać. 



Pozdrawiam serdecznie. I do tych, którzy wiedzą, że to do nich (a najprawdopodobniej tego w ogóle nie przeczytają) optymistyczny akcent na koniec: 



środa, 11 czerwca 2014

Nowe filmy superbohaterskie- czyli to, co lubię najbardziej

Zbliżają się wakacje, a to znaczy, że najwyższy czas na kino superbohaterskie. Jak zapewne wszyscy wiecie jestem wielką fanką gatunku. Czysta, niewymagająca rozrywka, która sprawia naprawdę wiele frajdy.



Niesamowity Spider-Man 2

Wiele osób zastanawiało sie dlaczego Marvel zdecydował się na odnowienie serii, skoro ostatni film trylogii Sama Raimi wyszedł niespełna 5 lat wcześniej. Myślę, że każdy kto oglądał Niesamowitego Spider-Mana łatwo znajdzie na to pytanie odpowiedź.

nie jestem złośliwa...

Przejdźmy jednak do najnowszej odsłony przygód Człowieka-Pająka.



Marc Webb wie o co w tym wszystkim chodzi, po raz kolejny udowodnił, że rozumie bohatera. Z szacunkiem dla komiksowej wersji oczyszcza Spier-Mana z całej śmieszności i postaci Tobey'a Maguire'a, tworząc całkiem nową historię. W najnowszej części, Peter nadal walczy ze złem Nowego Jorku, nadal jest na zabój zakochany w Gwen i nadal jest tak samo zabawny i normalny jaki był w pierwszej części.
Pomijając już sam aspekt walki dobra ze złem, efektownych efektów specjalnych i walk, film jest mieszanką dobrze wyważonej rozrywki, którą polecam każdemu. Humor zmieszany z akcją. Romans z dramatem.
Nowy Spider-Man do mnie przemawia pod każdym względem, począwszy od aktorstwa i Andrew Garfielda który czuje swoją postać i całkowicie się w nią wczuwa, po tak techniczne aspekty jak prowadzenie kamery.
Film jest nowy, dynamiczny, ale nieprzerysowany. Nie jest kolorową ekranizacją komiksu, a raczej przykładem solidnie wykonanej pracy, która bez skrupułów może reprezentować nowy gatunek.
Jest jeszcze kilka drobnostek, które dla mnie całkowicie pogrzebały i wykopały na orbitę trylogię Ramiego. Niesamowity Spider-Man 2 to nieustanne puszczanie oka do widza. Ci, którzy choć trochę orientują się w tamci zauważą całą masę "smaczków" - chociażby dźwięk dzwonka telefonu Parkera. 
Webb postępuje odważnie, trzyma się zarysu historii bohatera, nie rezygnuje z posunięć, które w kinie superbohaterskim mogą szokować, związek Gwen i Petera jest pokazany tak jak w komiksie i chyba przez ten aspekt, tej odwagi w pokazaniu i zawarciu niektórych scen, uwielbiam ten film jeszcze bardziej. 


X-men: Przeszłość, która nadejdzie



Po niezbyt udanej trzeciej części X-Menów, porzucono mutantów by po kilku lata wskrzesić ich, odmłodzonych w X-men. Pierwsza klasa, który okazał się sukcesem. Chwytając byka za rogi postanowiono porwać się z motyką na słońce i połączyć oba światy w jedno Przeszłość, która nadejdzie. Zarówno reżyser jak i cała produkcja, musiała zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji i presji jaka nad nimi ciążyła. Jeden nieprzemyślany krok, raz na zawsze mógł pogrzebać nie tylko już nie mających nadziei starych, ale też młodych x-menów, przed którymi była świetlana przyszłość. Bryan Singer udźwignął ten ciężar i razem z scenarzystą  Simonem Kinbergiem stworzyli film... niesamowity.
Akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, które przeplatają się z niezwykłą płynnością. Przyszłość jest efektowna i straszna, a przeszłość to odzwierciedlenie lat 70-tych z dbałością o wszystkie szczegóły. Oglądanie starego i młodego Megneto i Xaviera to czysta przyjemność. Kilkunastu bohaterów, których znamy z różnych części współgrało ze sobą tworząc porywające momentami widowisko. Film jest gratką dla fanów. Jest spektakularnym widowiskiem, przemyślaną zagrywką. Każdy znajdzie coś dla siebie. Niektórzy z przyjemnością będą oglądać silnego i władczego Fassbendera, trochę przytłoczonego emocjami McAvoya i piękną i zwinną Lawrence, owłosionego Jackmana, a także kapitalnego McKellena i Stewarta, którzy zdaje się po tylu latach nie wyszli z roli.
Znajdziemy tu całe mnóstwo odwołań do komiksów, masę humoru (i tu ukłon dla kapitalnie wprowadzonej postaci Quicksilvera), trochę dramatyzmu i efektów specjalnych. Fani Star Treka też znajdą coś dla siebie, poza samym Stewartem.
X-men: Przeszłość, która nadejdzie daje niewyczerpalne źródło pomysłów i możliwości i oprócz już zapowiedzianej kontynuacji, której namiastkę możemy zobaczyć w scenie po napisach, jestem pewna, że dostaniemy tego znacznie więcej. Jeżeli po Ostatnim bastionie ciężko był czegoś oczekiwać, to teraz jestem pełna nadziei. Dla mnie super.
Kolejny film, który ma służyć głównie rozrywce, który łączy to co najlepsze, i daje nam wielką frajdę.

(jednak nie zapomnijcie się zaznajomić ze wszystkimi wcześniejszymi częściami zanim pójdziecie do kin)


Marvel ma się naprawdę dobrze, wręcz rewelacyjnie i prze do przodu.



biedne DC
Chociaż....

zawsze można przejąć telewizję


Ciąg dalszy nastąpi...