Who Am I

Zrozumieć samego siebie to chyba najważniejszy cel jaki powinniśmy postawić sobie w życiu. Może wam się wydawać, że znacie siebie doskonale i jesteście pewni tego kim jesteście, jak postąpicie w takiej albo innej sytuacji, ale ja osobiście szczerze wątpię by ktokolwiek znał się na tyle dobrze.




Są takie etapy w życiu, które potrafią wywrócić je o 180 stopni, zmienić twój światopogląd. Wszystko zależy od wydarzeń, ludzi, od dróg jakie obierzemy. 

To, jak bardzo sama się zmieniłam na przestrzeni ostatnich 5-6 lat jest dla mnie czymś niewyobrażalnie zaskakującym. Nie wiem na ile ludzie, którzy mnie znają, są w stanie to potwierdzić, ale wydaje mi się, że to kim byłam w gimnazjum, liceum, a kim jestem teraz kończąc studia, to dwie różne osoby.

Gimnazjum nie było koszmarem. Patrząc z dystansu, było po prostu etapem przechodnim między kompletnym dzieciństwem a udawaną dorosłością. Ucząc się przez 9 lat (podstawówka) w tych samych niemal murach, chodząc do klasy z tymi samymi ludźmi, było bezpieczną przystanią dzieciństwa, znikającej dziecinnej niewinności. W moich czasach było jeszcze oazą normalności, spokoju. Nie targanym problemami wielkiego świata miejscem, gdzie każdy mógł być na tyle sobą, na ile pozwalało otoczenie. Gdzie jeszcze, gdzieś w tle, pozostawały dawne przyjaźnie z podwórka. Gdzie zaczęliśmy się przejmować tym, by należeć do grupy "tych lubianych", ale w sumie to nie wyznaczało tego kim byliśmy. Żyliśmy jeszcze w niewinnej bańce mydlanej, która pozwoliła nam zachować tyle dzieciństwa, ile to było możliwe. Powoli zaczęliśmy udawać dorosłych myśląc, że to sprawi, że inni zaczyna nas traktować na poważnie. Zaczęliśmy się przejmować tym, co inni myślą o nas, tym jak wyglądamy, tym co lubimy i tym, jak mówimy. Za moich czasów jednak nie było to tak ważne. 16-latki wyglądały na 16-latki. Nie miały dzieci, alkohol nadal był czymś zakazanym, chociaż pierwsze piwa i imprezy były już za nami. Bez konsekwencji udawaliśmy dorosłych w świecie nie skażonym przez dorosłość. Nadal mogliśmy być dziećmi kiedy tego potrzebowaliśmy i cieszyć się urokami niewinności.

Liceum było pierwszym poważnym wyborem w naszym życiu. Wiedzieliśmy, że od tego zależeć może nasze dorosłe życie. W moim przypadku wiązało się to ze zmianą otoczenia, ze zmianą znajomych, nauczycieli, miasta. Liceum to było coś, co zaczęło nas kształtować jako kogoś "poważnego".  W pierwszej klasie udawaliśmy kogoś innego. Liceum dało nam pierwszą, prawdziwą szansę na zaczęcie wszystkiego od nowa, od zapisania nowej, czystej karty w naszym życiu. Poznawaliśmy nowych ludzi, zaczęliśmy wdrażać się w nowe realia. Udając młodych-dorosłych udawaliśmy, że jesteśmy gotowi na coś poważnego, ale tak naprawdę dalej byliśmy dziećmi. Chcieliśmy by wszyscy traktowali nas jako dorosłych, ale za mało znaliśmy siebie by być gotowi sami podejmować dorosłe decyzje. Nagle przyszły 18 urodziny, dostaliśmy dowody i po raz pierwszy uświadomiliśmy sobie, że całej tej "dorosłości" nie potrzebujemy już teraz. Dopiero co nawiązaliśmy poważne przyjaźnie, takie które mogą potrwać trochę dużej, niż okres szkoły i nagle za sprawą liczby wszyscy postanowili, że wreszcie czas byśmy spoważnieli. Nie byliśmy na to gotowi. Czas matur i koniec liceum przyszedł szybciej niż się tego spodziewaliśmy i nagle wszystko się zmieniło.

Przestaliśmy być chronieni. Bańka mydlana pękła. Dorosłość porządnie nami potrząsnęła. Przyszedł czas podjęcia chyba najważniejszej decyzji w życiu. Człowiek w wieku 19 lat musiał zastanowić się co chce robić przez kolejne 50.

Studia były prawdziwym skokiem na głęboką wodę. Pozostawiając za sobą całą przeszłość, znajomych, rodzinę wkroczyliśmy w inny świat. Musieliśmy w 100% decydować o własnym życiu, płacić rachunki, kupować jedzenie, zarządzać życiem. Już nikt nas nie chronił, nikt nie przejmował się naszymi uczuciami. Musieliśmy wytworzyć grubą skórę, podnieść głowę ku górze i wziąć głęboki oddech. Studia wiązały się z poważnymi zmianami. Niektórzy z nas zaczęli pracę, inni po raz pierwszy mieszkali poza domem. Na uczelniach nikt nie przejmował się tym czy się uczysz, czy nie- jak nie zdawałeś nie był to problem nikogo poza tobą. Nikt nie pisał ci usprawiedliwień, nie było wywiadówek, rodzice przestali się wtrącać. Ta nagła wolność, chociaż niezwykle kusząca i tak wyczekiwana, stała się w pewnym momencie szarą rzeczywistością. I chociaż teraz nie oddałbyś jej za żaden obiad u mamusi, czasami wracamy myślami do momentu kiedy było nam zawsze ciepło, wygodnie i tak niewinnie.

To na tym etapie zrozumiałam kim jestem, a raczej to, że do tej pory sama siebie oszukiwałam. Okazało się, że bańka mydlana była grubsza niż mi się wydawało, że stare przyjaźnie nie przetrwały, albo przyjaźniami nie były. Że ludziom tak bardzo nie zależy, a większość udaje to kim jest. Nowa, czysta karta, dana po raz kolejny od losu była zbawienna. Jak strzała uderzyło mnie to, kim chcę być. Nie chcę dłużej nikogo udawać. Wolę być sama dla siebie, niż kimś dla innych. I właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie jak wszyscy wokół się oszukujemy, jak sądzimy, że się znamy, a tak naprawdę nie mamy pojęcia kim jesteśmy.

Ludzie nadal wolą udawać kogoś innego. Nie chcę stracić ludzi wokół. Ja zrozumiałam, że udawanie jest zbyt męczące, że jeżeli ktoś mnie nie zaakceptuje taką jaka jestem, to znaczy, że po prostu do siebie nie pasujemy, a oszukiwanie się przez pół życia jest zbyt męczące i bolesne.

Czy wiem kim jestem?

Nie, nie mam pojęcia, nie wiem na co mnie stać, co jestem skłonna zrobić w danej sytuacji. Ciągle poznaję siebie na nowo.

Wiem jednak, że jestem w stanie osiągnąć więcej. Jestem odważniejsza w podejmowania decyzji. Mimo że komentarze ludzi, to co o mnie myślą, nadal jest dla mnie ważne (bo nikomu to nie jest obojętne) coraz częściej mam to w dupie. Łatwiej podejmuję decyzje. Nie wstydzę się tego co lubię, wreszcie głośno potrafię powiedzieć "nie". Wydaje mi się, że doszłam do pewnego porządku w swoim życiu.

Przeżyłam kilka wspaniałych chwil tylko dlatego, że nie bałam się zaryzykować, że nie bałam się odezwać, lub podjąć jakiejś decyzji. Spełniłam kilka marzeń. W momencie gdy uzmysłowiłam sobie, że nie ma "niemożliwego" a tylko "nie wierzę" moje życie nabrało nowych barw.

To niezwykle smutne, że wśród nas jest jeszcze tyle osób, które nie potrafią dojrzeć szklanki do połowy pełnej. Którzy mówią "fajnie masz" a sami nie zrobią nic, by to osiągnąć. Którzy boja się sparzyć, którzy nadal trzymają się kurczowo swojej bezpiecznej przystani.

Cieszę się z tego co przeżyłam, bo to sprawiło kim jestem teraz.

Nadal wiem, że to za mało, nikomu nie będę radzić, jak postępować ze swoim życiem. 



Kim jestem? 

Żaden test do tej pory niczego mi nie ułatwił. Wierzę tylko jednemu, i to w pewien sposób też o mnie coś mówi.



Mam na imię Kamila. Mam 23 lata. Za 3 miesiące kończę studia. Nie wiem co robić z moim życiem. W mojej szafie roi się od koszulek z superbohaterami. Oglądam nałogowo filmy i seriale. Wolę wydawać pieniądze na książki. Jestem dzieckiem Tumblra. I gdy ktoś krzyczy bym wreszcie dorosła ja uśmiecham się z politowaniem.

Każdy jest inny, 
każdy ma inne priorytety, 
każdy inaczej dorastał. 

Mówienie komuś jaki być powinien nie jest niczyim prawem. Ale może warto samemu coś zmienić.






(edit. Jak bardzo się od siebie różnimy? ;) )

Komentarze

  1. Byłoby lepiej bez generalizowania, bo ja, tak dla przykładu, zdecydowanie inaczej czasy szkolne, tudzież studenckie wspominam i oceniam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wiem, że strasznie zgeneralizowałam i z tym co napisałam mogę utożsamiać się tylko ja. Dlatego napisałam skąd jestem i chyba zdajesz sobie sprawę, że pisałam bardzo subiektywnie, o sobie? Boże moja wypowiedź w tym komentarzu nie ma sensu...

      Usuń
  2. Oj zgadzam się z Tobą w wielu punktach, ja teraz i ja kończąca liceum różnimy się od siebie znacząco. W ciągu pięciu lat studiów spotkałam ludzi, którzy wpłynęli na mój światopogląd i na to jak postrzegam siebie. Więcej we mnie wątpienia niż niezachwianej pewności, nic nie jest już czarno-białe, ale to chyba dobrze- nie patrzę już na świat tak naiwnie. Studia to , tak jak napisałaś, próba zdefiniowania siebie, ale także (przynajmniej dla mnie) przedłużone dzieciństwo, bo niby płacisz rachunki, podejmujesz jakąś dorywczą pracę i uczysz się zawodu- problem zaczyna sie jednak wtedy, gdy uzmysławiasz sobie (tak jest w moim przypadku) że wcale nie chcesz go wykonywać przez najbliższe 40 lat i że kompletnie nie masz pomysłu na siebie

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz