wtorek, 19 września 2017

BookNerd Rev: "Błękit szafiru" Kerstin Gier

Jedyną z głównych myśli jaka mnie zadręczała podczas czytania tej książki było: "kiedy będzie 3 tom?"

Ponieważ mogą to czytać osoby które jeszcze za sobą pierwszego tomu nie mają, chciałabym po pierwsze zachęcić do przeczytania mojej recenzji Czerwieni rubinu. Zanim jednak klikniecie w link powiem wam tylko, że absolutnie uważam, że jest to seria godna polecenia. Kerstin Gier idealnie wpisuje się w mój gust, mój humor i po prostu to czego oczekuję od podobnych książek. 
Jak to czasem bywa z trylogiami, środkowy tom zwalnia tępo, jest tak jakby na siłę, ale nie tu. Książki czyta się tak jakby w ogóle nie zostały podzielone i oh! jak ja chciałabym mieć trzeci tom w swoich rękach.

Ale dobrze już. Teraz przejdę do właściwej recenzji. I chociaż spoilerów nie będzie, to radzę tym którzy nic nie wiedzą o tej trylogii przeczytać chociażby moją recenzję pierwszej części zanim przejdą dalej. 

Gwendolyn Shepherd to Rubin - ostatnia z dwanaściorga podróżników w czasie. Choć trafiła pod opiekę tajnej organizacji, Strażnicy traktują ją z wrogością i wręcz uważają za szpiega. Gwen nie może ufać nikomu, a tymczasem czekają na nią coraz trudniejsze misje. W boleśnie krótkim czasie musi opanować całą masę rzeczy, które mają jej umożliwić przetrwanie w przeszłości. Zwłaszcza że hrabia de Saint Germain najchętniej by ją udusił przy filiżance herbatki, a nieziemsko przystojny Gideon raz ją uwodzi, a raz odtrąca. Gwen musi znaleźć sposób, by rozwikłać zagadkę chronografu bez jego pomocy.

Mówiąc szczerze po Błękicie szafiru nie spodziewałam niczego innego a tego że jak zacznę czytać to dopiero ją zamknę jak skończę całą. I tak rzeczywiście było. Wiedziałam, że tak się to skończy bo każdą jej poprzednią książkę przeczytałam za jednym zamachem i szczerze powiedziawszy, odkładałam Szafir jak długo się dało, by tylko znów nie odczuć tej pustki, że nie posiadam kolejnego tomu i nie mogę po niego od razu sięgnąć. No a jak już zaczęłam to całkowicie przepadłam i teraz nie mogę przestać o tym myśleć, więc wiedzcie że ta recenzja jest pisana pod wpływem silnych emocji i wielkiej ekscytacji.

Już czytając Trylogię Snu byłam pod wrażeniem jak bardzo styl Gier mi odpowiada. Troszkę bałam się sięgnąć wtedy po jej inne książki, by sobie nie zaburzyć tej przyjemnej wizji, ale gdy tylko przeczytałam Czerwień rubinu zrozumiałam, że może być nawet lepiej. Błękit szafiru utwierdził mnie w przekonaniu, że jeśli Trylogia Snu była na wysokim poziomie w mojej hierarchii to Trylogia Czasu jest o minimum level wyżej.

Jeżeli można jeszcze bardziej lubić Gwen to to właśnie się stało. Oczywiście dziewczyna rzucona od razu na głęboką wodę musi bardzo szybko dojrzeć a tu dzieje się to w olbrzymim tempie, ale w sumie jest to tez dla mnie zrozumiałe. Gwen nie traci jednak swojego uroku. Nadal jest tak samo miła i zabawna i momentami nieprzewidywalna. Dla mnie to wielki sukces że udało mi się znaleźć bohaterkę którą lubię niemal bezwarunkowo. O ile w pierwszym tomie Gwen była często zagubiona w tym nowym świecie, w Błękicie szafiru możemy już w pełni zobaczyć jej potencjał do bycia silną i niezależną kobietą, która wie czego chce i nie ogląda się na innych. Myśli samodzielnie i działa według własnych przekonań. Oczywiście nie jest to nie wiadomo jak heroiczne, bo ona ma 16 lat tylko i niewiele wie o świecie, szczególnie tym do którego została włączona przed tygodniem, ale właśnie ta jej lekka nieporadność i normalność jest świetna. I moja ulubiona scena gdy śpiewa Memory z Kotów... przygotujcie się na wielkie show.

Bardziej też polubiłam innych bohaterów. Gideon, nasz książę z bajki, ma w sobie pewien urok pod którym ja chyba też się znalazłam. Chociaż czujesz, że tu może być coś nie tak, bo przecież jest zbyt idealny, mam wrażenie, że stanowią uroczą parę. O ile wątek romansowy nie był tak istotny w pierwszym tomie, tak tu zaczyna się on fajnie rozwijać. Niby ramy czasowe powieści nie są tak szerokie, bo wszytko zamyka się może w 3 tygodniach to zważywszy na całą specyfikę powieści w ogóle mi to nie przeszkadza. Są uroczy razem i tak pasujący do powieści. Fani tej pary i w ogóle wątków romantycznych wydaje mi się że mogą być mile połechtani.

Dla mnie prawdziwym jednak fenomenem jest pewien specyficzny gargulec, który się tu pojawia. Jako postać całkowicie drugoplanowa jest kapitalnym dodatkiem, którego nie wiedziałam, że potrzebuje. Początkowo wywracałam oczami na jego pojawianie się, ale w pewnym momencie całkowicie go pokochałam.

Jeżeli pierwsza część sprawiła że pokochałam bohaterów i akcję, druga mnie w tym utwierdziła dodatkowo to uczucie wzmacniając. Teraz to już nie ma niewinnych podróży w czasie, a akcja się zagęszcza, napięcie jest budowane stopniowo i ujście będzie mało dopiero w trzecim tomie szczególnie po tym clifhangerze z którym tak brutalnie zostaliśmy zostawieni.

Nie będę wam radzić byście czekali na wydanie 3 tomu i dopiero wtedy zabierali się za czytanie, ale ta seria wciąga tak, że czekanie na kolejny tom może być bardzo bolesne. Jest niewiele serii w które wyzwalają we mnie to uczucie, mogłabym je zliczyć na pacach jednej ręki, ale Trylogia Czasu bez wątpienia jest jedna z nich.

Polecam wam ją gorąco. Te 4 godziny spędzone na jej lekturze to była wyborowa rozrywka. Prawdę powiedziawszy jeszcze w trakcie jej czytania (na jakiejś 50 stronie) szukałam informacji kiedy będziemy mieli 3 tom, bo już wtedy wiedziałam, że trudno będzie mi się rozstać z bohaterami. Tej informacji nie znalazłam, za to natrafiłam na ekranizację trylogii i cóż, łatwo sobie wyobrazić co oglądałam wczoraj wieczorem. Nie jest to w sumie idealny film, troszkę pozmieniano, a raczej dodano od siebie, ale mimo wszystko całkiem przyzwoita ekranizacja. No i chyba mam mały crush, bo Gideon jest całkiem całkiem. 

Jeżeli mieliście jakieś wątpliwości czy warto angażować się w kolejną serię, bez gwarancji, że będzie trzymać ona wysoki poziom... nie ma co się bać. Jak najbardziej warto. Gier nie zawodzi a potrafi też zaskoczyć i po tych 2 tomach jestem pewna, że 3 też będzie bardzo dobry.

Gwen jest chyba najfajniejszym podróżnikiem w czasie od czasów Doctora!



Za książkę dziękuję:






środa, 13 września 2017

Szkoła w filmach

Dziś odejdę na chwilę od książek. Tylko na chwilkę, ale ostatnio obejrzałam film który zainspirował mnie do napisania tego posta. Jak pewnie wszyscy wiedzą, rozpoczął się rok szkolny. Zmora dzieci i nauczycieli. Zaczęłam więc myśleć o filmach w których szkoła odgrywa wielką rolę, a które pokazują ją w jakimś wyjątkowym świetle. Czy to poprzez wspaniałych nauczycieli, przyjaźnie, jakieś ciekawe socjologiczne przypadki czy po prostu jako znaczące tło dla wydarzeń.


Jak wspomniałam w tym zestawieniu są filmy gdzie szkoła ma znaczącą rolę. Zabraknie więc wielu filmów młodzieżowych w której owszem bohaterowie spędzają sporo czasu w szkole ale jest ona tylko tłem jak każde inne. Zestawienie starałam się jak najbardziej urozmaicić, mam nadzięję, że się udało.

Zapraszam na listę 5 filmów, które pokazują jak ważna i czasem fajna może być szkoła. Kolejność jak najbardziej przypadkowa, więc się nią nie sugerujcie.

1. Młodzi gniewni (1995)


Film, który zainspirował mnie do napisania tego posta. Obejrzałam go już minimum pięć razy i powiem wam, że za każdym razem emocje są tak samo silne jak nie większe.
Historia byłej oficer marines która dostaje posadę nauczycielki klasy specjalnej w liceum w Los Angeles. Klasa specjalna w tym przypadku oznacza tzw. trudną młodzież którą amerykański system edukacji zdecydował wepchnąć do jednej sali. Członkowie gangów, dzieciaki mieszkające w parszywych dzielnicach i mające problemy w domu. Dzięki niekonwencjonalnym metodom nauczania okazuje się, że jest to klasa z olbrzymim potencjałem, która po prostu potrzebowała kogoś kto postara się ich zrozumieć.
Grana przez Michelle Pfeiffer bohaterka w żaden sposób nie pasuje do tych dzieciaków, jest niczym owieczka rzucona na pożarcie lwom. Jednak posiada jedną ważną cechę - upór. Nie odpuszcza dzieciakom i nie odpuszcza sobie co przynosi niezwykłe efekty.
Młodzi gniewni pokazują jak czasem system edukacji przypomina maszynę a nie coś co powinno ułatwiać nam życie. Jak bardzo czasem łatwo skreślić człowieka tylko przez to skąd pochodzi.
Uwielbiam ten film bo nie tylko daje wiarę w ludzi, w to że nie powinno oceniać po pozorach. Ale przede wszystkim ponieważ jest taki surowy, nie wygłaskany, nie wali w nas górnolotnymi sloganami które nie mają poparcia. Jest ciężki, jest ważny i niezwykle dobry. Gra młodych aktorów jest rewelacyjna, tematyka jest świetna i muzyka która perfekcyjnie dopełnia obrazka!
Każdemu powinniśmy choć spróbować dać szansę i każdy z nas ma wybór co zrobi z życiem. Nawet kiedy świat mówi inaczej.


2. Klub winowajców (1985)


Kolejny film którego nie mogłabym tu pominąć. Jeżeli nigdy nie oglądaliście filmów  Johna Hughesa to koniecznie to zmieńcie. To jaki klimat mają jego filmy, jak trafia w punkt w przedstawianiu młodzieży jest niesamowite. Jego filmy nawet po prawie 30 latach są nadal bardzo aktualne i wydaje mi się, że z biegiem lat podobać mogą się jeszcze bardziej.
O tym filmie już kiedyś pisałam, więc zapraszam do przeczytania mojego posta sprzed już prawie 4 lat. Od tego czasu moje stanowisko się jednak nie zmieniło: Klub winowajców to świetny obraz młodzieży, pokazujący, że nawet w tak młodym wieku można mieć pewne problemy i wiedzieć zadziwiająco dużo o świecie. To też jeden z lepszych filmów o "nie ocenianiu po pozorach bo te bardzo mylą". Jeżeli może jeszcze jesteście nastolatkami, to odłóżcie na bok wszystkie te współczesne produkcje i obejrzyjcie coś naprawdę wartościowego.
Świetna muzyka i idealnie dobrani młodzi aktorzy tworzą klimat, który mimo, że dość kameralny nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.
Wbrew pozorom to też film niosący ważne przesłania ale pokazujący to w nienachalny i niebanalny sposób. Jeden z najtrafniejszych obrazów młodzieży i życia w szkole jaki widziałam. Odległy od tego co często daje nam Hollywood. I całe szczęście.
To jedna z tych kultowych produkcji, która już zawsze będzie się pojawiać w takich zestawieniach jak moje. I chociaż często sprzeciwiam się takim oczywistościom, Klub winowajców może być jednym z moich ulubionych filmów dla młodzieży, który spodoba się każdemu bez względu na wiek.

10 pkt dla każdego kto to zanucił

3. Uśmiech Mona Lizy (2003)


Wejdźmy na troszkę inne tory, ponieważ tu nie tyle co szkoła ale nauczyciel jest najważniejszy. W latach 50 gdy najważniejszym zadaniem kobiety było prowadzenie domu i rodzenie dzieci, te które podejmowały edukację były zawsze traktowane inaczej. Mimo, że kobiety kończyły studia od wielu już lat, to jednak lata 50 pokazały jak bardzo niektórzy nie chcieli tego jeszcze zaakceptować. Uśmiech Mona Lizy pokazuje jak ciężko zmienić ludzki światopogląd. Opowiada o kobiecie, która dostaje posadę nauczycielki historii sztuki i która pokazuje swoim uczennicom, że życie nie kończy się na małżeństwie i rodzeniu dzieci. Mimo, że może nie jest to jakiś wybitny film, od razu zapisałam go na liście, ponieważ co jak co, ale wywołuje silne emocje. 
Nadal mimo wielu już lat dyskryminacja ze względu na płeć jest aktualna i chociaż ciągle sie z nią walczy jest widoczna. Filmy takie jak te pokazują jednak jak wielki krok uczyniło społeczeństwo.
Nauczyciele tacy jak grana przez Julie Roberts bohaterka to przykład nie tylko wspaniałego pedagoga ale też tego, że ten zawód jest czymś znacznie więcej niż uczeniem tabliczki mnożenia i pisania. Nauczyciel z powołaniem, który oddaje całe serce i który staje się dla uczniów kimś niezwykle ważnym. Edukację traktujemy jako pewnik, bo sami mamy do niej niepodważalne prawo, ale niektórzy tego wyboru nie mieli a społeczeństwu to nie przeszkadzało. 
W tym filmie nie tylko jest walka z systemem ale też ze staroświeckimi poglądami, która często przypomina walkę z wiatrakami.Walka tradycji z postępem, coś co chyba nigdy się nie skończy.


4. High School Musical (2006)


To nie żart i zanim zaczniecie przewracać oczami, proszę wysłuchajcie mnie.
W żaden sposób nie uważam by ten film był na takim poziomie jak pozostałe tu wymienione, ba nawet nie sądzę by był filmem dobrym. Tak szczerze powiedziawszy to niemal każda scena jest tam tak bardzo cringeworthy że oglądając to tydzień temu z przyjaciółkami więcej się śmiałyśmy niż rejestrowałyśmy przebieg akcji. Bo nic tu nie ma  większego sensu, wszystko jest zbyt idealne, dzieciaki maja (jak na tamte czasy) za ładne fryzury, szkoła jest za czysta a wszyscy za bardzo się lubią.
A mimo to... HSM był jednym z tych trochę przełomowych filmów, który miał pokazać młodzieży że bycie innym nie jest złe i że nie powinniśmy chcieć się nigdzie wpasować bo najlepiej być sobą. I chociaż brzmi to tak, że trochę zbiera mi się na wymioty, to muszę przyznać, że przekaz działa. Po tym filmie śpiewanie, czy teatr stały się modne. Wrażliwe dzieciaki nabrały pewności siebie, widziałam wiele wypowiedzi w których nastolatkowie przyznawali, że wyszli ze swoich skorup, że zainteresowali się teatrem dzięki HSM. Producenci zaczęli też tworzyć barwne filmy i seriale dla młodzieży o młodzieży i z młodzieżą. Z prostymi przekazami, takie czyste i trochę niewinne i myślę, że tego nam było trzeba. Poza tym gdy miałam te 15 lat to bardzo mi się te filmy podobały. I tak sobie myślę, czy nie dobrze czasem zobaczyć taki wyidealizowany obraz szkoły gdzie największym problemem jest to kto dostane solówkę? Bo teraz to tylko jedna wielka drama, a filmy takie jak ten są ciepłe, miłe i przyjemne i co najważniejsze pokazują że nie trzeba być cool by być cool.


Jeżeli jednak kompletnie nie macie na to ochoty, obejrzyjcie Grease.

5. Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989)


Ok więc na chwile odłóżmy wszelkie pozory tego co bym nazwała zdrowym i statecznym podejściem do tematu.
Gdybym miała wybrać jeden film, jedną historię która rzeczywiście miała na mnie jakiś wpływ, takie realne oddziaływanie to byłby to właśnie ten. Często mówimy górnolotnie o rzeczach, książkach, które na nas jakoś wpłynęły, ale szczerze, nic tak naprawdę mnie nie zmieniło. Owszem może w jakiś sposób nakierowały moje poglądy, albo pomogły w ich zwerbalizowaniu ale żeby to rzeczywiście było coś przełomowego. Niedawno jednak uświadomiłam sobie,że jest taka jedna historia gdzie mogę nakreślić okres przed i po i która rzeczywiście miała wpływ na to kim jestem dziś.
Stowarzyszenie Umarłych Poetów przede wszystkim wyzwoliło we mnie pewną wrażliwość, której wcześniej nie rozumiałam. Film ten pomógł mi też zrozumieć jakie ideały cenię, czego szukam i co mogłoby być dla mnie ważne. Brzmi to mega patetycznie i w pewnym stopniu jest, ale też trudno zaprzeczyć, że film ten jest wyjątkowy.
 Jest to poetycki film, każda niemal sentencja jest ważna ale co jeszcze co bardziej niezwykłe udało się to widzowi przekazać tak, że nie nudzi, nie muli a wręcz przeciwnie- hipnotyzuje. Ten film trafił do mnie każdym słowem. Przekazał tyle ważnych wartości, pokazał jak czuć i poznawać świat.


Chciałabym byście na chwilę się przy nim zatrzymali. Może czytają to jacyś uczniowie, dla których pewnie szkołą jest teraz przykrym obowiązkiem. Dla których życie nadal bardzo proste nie wymaga głębszego zastanowienia. Powiem wam jednak, że już teraz kształtujecie swoją przyszłość, już teraz podejmujecie ważne wybory, chociażby mało to się toczyć tylko na płaszczyźnie własnej samoświadomości  wrażliwości już teraz odbieracie ważna lekcję. Jasne że szkoła jest męcząca, ale est to tez najuważniejszy okres w waszym życiu. Czerpcie z tej wiedzy jak najwięcej, nie bądźcie ignorantami. Może nie spotkacie takiego nauczyciela jak Keating, ale czyż nie wspaniale byłoby dążyć do tego by samemu stać się takim człowiekiem? By patrzeć ponad horyzont, by czerpać z życia garściami, by nie zamykać się w schematach.


Jeżeli po przeczytaniu tego wpisu, macie wybrać jeden film, to zaklinam was wybierzcie ten. Obejrzyjcie go na spokojnie, spróbujcie o odczuć. Bo ta historia to coś więcej niż film.



Trochę mnie przy ostatnim poniosło, ale w sumie...

Pisząc ten post wcale nie twierdzę, że szkoła jest świetna, wszyscy nauczyciele wspaniali i w ogóle to najlepszy czas waszego życia. Szkoła może być jak wrzód na tyłku. Jednak też śmiem twierdzić że często trochę za pochopnie ją oceniamy. To nieprzyjemny obowiązek i nic z tym nie zrobimy. Większość nauczycieli chce dla nas jak najlepiej, z doświadczenia np najlepiej wspominam tych którzy wymagali najwięcej. Ale nie oszukujmy się, wracać do tych czasów zabardzo bym nie chciała.

Tym postem chciałam jednak (no może poza HSM które jet tu z innych powodów) pokazać wam wartościowe produkcje, które na waszych kolegów i nauczycieli i może na was samych mogą pomóc spojrzeć inaczej. Nie wszystkie filmy o młodzieży muszą być banalne i głupie. Wybrane przeze mnie produkcje, nawet HSM, łamią pewne przyjęte hollywoodzkie stereotypy o życiu w liceum.

Wiecie czego szkoła powinna nas uczyć? Że życie, które toczy się za jej murami jest inne, że tak naprawdę sami stanowimy o sobie, że by coś osiągnąć w życiu najpierw powinniśmy poznać własną wartość. Poznać samych siebie.

Dlatego w tym rozpoczynającym się roku szkolnym i zbliżającym się akademikiem życzę wam jednego, właściwie dwóch rzeczy: 1) byście nauczyli się patrzeć poza schematy i 2) miłych seansów.


środa, 6 września 2017

BookHaul : lipiec i sierpień

Szczerze to ja już nie wiem jak to jest, że te 2 miesiące minęły. Jak jeden dzień...


Mimo, że to 2 miesiące to jednak sądzę, że nie tak źle z wielkością tego Haula. Ostatnio kupuje mniej (nie żeby w tym tyg kupiła 2) i bardzo dobrze się z tym czuję, chociaż może dla niektórych nadal się wydaje że tego za dużo. No cóż...

Wybaczcie że nie będzie opisów i linków, ale za stara na to jestem...

LIPIEC i SIERPIEŃ

Zawsze dzieliłam te haule na miesiące, ale... nie wiem co kiedy kupiłam więc jedźmy z tym koksem!


 Egzemplarz recenzenckie:


Bez wątpienia jedna z najpiękniejszych książek jakie mam. Nie tylko wydana swietnie to też podobał mi się sam pomysł by to zrobić no i Media Rodzina jak zwykle się spisało, a recenzję możecie przeczytać tu.


Chyba najbardziej wyczekiwana premiera tego lata od Moondrive. Ciekawa choć może nie powalająca. Recenzja tu.



Ciekawa fantastyka a egzemplarz os selkar.pl i tam też moja recenzja.



Po tej lekturze to ja bałam się iść do toalety. Recenzja u mnie bliżej premiery która niestety została przesunięta na  2018 rok. Szukajcie info u Wydawnictwa Otwartego


Nowość od Papierowy Księżyc, bardzo intryguje, ale musi poczekać na swoją kolej.


Pierwszą część czytałam 2 lata temu i chyba czas nadszedł na część kolejną. egzemplarz od Media Rodzina.

KONKURS:


Dawno nic nie wygrałam więc bardzo miło było dostać to od Czwarta Strona. Szkoda że książka przyszła wymiętolona jakby przeszła coś traumatycznego. Dostałam więc 2 egzemplarz i... też był uszkodzony :(

ZAKUPY:


Jeżeli nie słyszałeś o akcji związanej z tą książkę to gdzie byłeś przez ostatnie... 3 miesiące!? Radze odwiedzić Moondrive Shop.


Gdy byłam an wakacjach nad morzem to tam były takie namioty sezonowe. Jeden z nich miało Tak Czytam i jedyną książką która mi pasowała była ta. No ale ja Batmanowi nie odmówię, szczególnie gdy kosztuje 5zł.


Świat książki często ma fantastyczne przeceny i na jedna z nich się skusiłam. Kosztowała mnie z 14zł a że lubię autorów to w sumie nie było argumentów przeciw.


ale prawdziwym powodem zakupów w ŚK było to. To tomisko kosztowało 14zł i chociaż nie planowałam jej czytać oprzeć się nie mogłam.



Jedna z tych książek której zakup miałam w planach. Czytałam pierwszą część i bardzo mi się podobała. Idealna lektura na lato, chociaż u mnie będze to pewnie jesień.


A na Fitzpatrick skusiłam się bo w całkiem fajnej cenie była Kasie West, o której książek się uzależniłam. Przeczytałam i może nie jest ulubioną tej autorki, to jednak nadal nie schodzi poniżej pewnego poziomu.


Mam 2 inne książki Zavn i żadnej nie przeczytałam. Jednak bardzo spodobał mi się opis i niska cena.


Rzadko kupuję książki używane, jednak tę i tak planowałam kupić a że miła dziewczyna z Wrocławia ją sprzedawała w super cenie to zaryzykowałam. Warto bo książka jak nowa.




Jak może widzicie nie tak źle z tymi zakupami. Ostatnio zauważyłam że równie fajne jak kupowanie jest zmniejszanie stosiku tbr.
Chociaż tego może za bardzo na półce nie widać, u mnie w głowie stos się zmniejsza.


Z wy, z czego ostatnio zakupionego jesteście najbardziej zadowoleni?
Ja chyba z Illuminae - niesamowita książka.

Wiem, że ten post nie jest jakiś bogaty, ale w sumie i tak trochę przytłaczający. Jeżeli macie jakieś pytania na temat którejś pozycji, dajcie znać w komentarzach a ja postaram sie pomóc.

Na blogu będzie się teraz pojawiać mam nadzieję więcej wpisów więc o zobaczenia wkrótce.
A tych złaknionych książek zapraszam na mojego Instagrama!





wtorek, 5 września 2017

BookNerd Rev: "Serafina i czarny płaszcz" Robert Beatty

Wszyscy mi mówią: nie oceniaj książki po okładce. Czy ich słucham? Nie. Czy oceniam książki po okładce? Oczywiście. Czy kiedyś się na tym przejechałam? Cóż...


W piwnicach pełnej przepychu rezydencji Biltmore mieszka potajemnie niezwykła dziewczyna. Czy to z powodu jej żółtych oczu i czterech palców u rąk i nóg ojciec ukrywa ją przed ludzkim wzrokiem?
Serafina żyje przyczajona w mroku, poruszając się bezszelestnie po zakamarkach posiadłości. Noc jest jej królestwem.
Ale kiedy z Biltmore co noc zaczynają znikać dzieci, dziewczyna musi wyjść z ukrycia. Złowieszczy mężczyzna w czarnym płaszczu przemierza korytarze i zaułki domu, a tylko ona jest na tyle zwinna i odważna, by ruszyć jego tropem. Czy znajdzie sojusznika w Braedenie Vanderbilcie, młodym mieszkańcu Biltmore?
Nigdy nie wchodź do lasu. Działają tam ciemne moce, których nikt nie rozumie, nienaturalne siły, które mogą wyrządzić ci straszliwą krzywdę – przestrzegał ojciec Serafiny.
Ale to właśnie w lesie Serafina będzie musiała nie tylko zmierzyć się z mężczyzną w czarnym płaszczu, ale i stawić czoła tajemnicy własnej tożsamości.

Zanim zabrałam się za tę książkę czytałam ciężki thriller, więc gdy go skończyłam chciałam czegoś lekkiego, zabawnego. Serafina... leżała u mnie na półce od jakiegoś czasu, ładna okładka, domyślnie książka dla dzieci więc sądziłam, że to idealny wybór... No właśnie tak to jest, gdy ocenia się książkę po okładce. 

Nie żeby Serafina... była jakąś mrożącą krew w żyłach, powieścią o napiętej aurze. To nadal jest książka o dziecku ale czy dla dzieci? Powieść opowiada o dwunastoletniej dziewczynce, jest tu trochę magii i niewinności ale do tego też jest tajemnica, jest porwanie, tajemnicze zło i troszkę krwi. Dlatego też czytając bezustannie zadawałam sobie pytanie czy target o jakim myślałam sięgając po tę powieść jest właściwy. To tak jakby ktoś powiedział, że Harry Potter i Czara Ognia jest dla dzieci... no raczej nie jest.

Tak wiec nie dostałam magicznej i wesołej opowieści a raczej jej mroczną kuzynkę, która niczym Baba Jaga ma pokazać że świat nie jest taki cudowny. Mimo to jednak, bardzo mi się ta lektura podobała!

Serafina jest uroczą bohaterką, którą się wręcz automatycznie lubi. Ma w sobie tyle uroku dziecka, którego często już dwunastoletnim bohaterkom książkowym brakuje. Książka nie jest na tyle długa by można się do niej jakoś bardzo przywiązać czy ją jakoś bardzo poznać jednak jest na tyle urzekająca, że wyzwala się tu automatyczna sympatia. 
Tak więc nawet gdy klimat i tematyka powieści nie przemawiają według mnie za jej targetem, to już bohaterka jak najbardziej. 

Język, styl również są proste, bo opowiadane z perspektywy Serafiny i dzięki temu czyta się ją bardzo łatwo, przy czym równocześnie napięcie budowane jest jak w powieści dla dorosłych. To jedna z tego rodzaju powieści która przypsuzczam że mogłaby przypaść do gustu czytelnikom w różnym wieku.
Myślę też że jeżeli dzieci mają sięgać po coś mroczniejszego dobrze by zaczynały od czegoś takiego, czegoś co już nie jest banalne ale ma w sobie jeszcze odrobinkę (nie za dużo) niewinności (tu w postaci głównej bohaterki).

Powieść która początkowo wydaje się zwyczajna z każdą stroną nabiera magiczności. Serafina jest jeszcze bardziej niezwykła niż się jej to wydaje, a świat nawet nie zaczął odkrywać wszystkich swoich kart.
Powieści tego typu przypominają mi stare już książki pisane w czasach wiktoriańskich kiedy dzieci wychowywały się w wielkich posiadłościach z zrzędliwa gosposią która była postrachem domu. Coś jak "Tajemniczy ogród" który umówmy się momentami bywał straszny. 

Podoba mi si klimat Serafiny. Nie na to liczyłam, ale z przyjemnością to przyjęłam. Była to zadziwiająco interesująca i wciągająca, chociaż troszkę krótka historia.

Chcecie wiedzieć dlaczego Serafina całe życie mieszka w piwnicy? Dlaczego ukrywa si z ojcem? Kim jest tajemniczy mężczyzna? Czego chce od dzieci? I dlaczego to Serafina ma szanse go pokonać? Wile pytań, ale bez obaw znajdziecie na nie odpowiedzi a wiele z nich was mocno zaskoczy.

No i wiecie, czasami warto dać szansę "książce dla dzieci" bo może się okaże że jest czymś więcej!




Za książkę dziękuję:





wtorek, 15 sierpnia 2017

BookNerd Rev: "Milion odsłon Tash" Kathryn Ormsbee [przedpremierowo]

Miałam pisać inną recenzje. Właściwie jest ona zrobiona w połowie, ale bardzo zależało mi by ta pojawiła się dzisiaj. Spędziłam pół czasu który miałam poświęcić na pisanie na oglądanie filmików na youtube... zmarnowany czas a z drugiej strony pasuje to idealnie do dzisiejszej książki.



Natasha, zwana Tash, to prawdziwa fangirl. Uwielbia czytać, a jej ukochany pisarz to Lew Tołstoj. Jej pokój wypełniają cytaty z jego książek i plakaty.

Jest też vlogerką. Na jednym ze swoich kanałów na podstawie „Anny Kareniny” Tołstoja tworzy wraz z paczką przyjaciół serial internetowy „Nieszczęśliwe rodziny”.

Pewnego dnia Tash nie może uwierzyć własnym oczom: liczba subskrybentów jej kanału na YouTubie rośnie w błyskawicznym tempie. I zaczyna się: GIF-y, fanarty, szaleństwo na Twitterze, ciągły przyrost followersów… Pisze do niej nawet Thom Causer, jeden z najseksowniejszych youtuberów, prosząc o numer telefonu, bo chce ją lepiej poznać. Nominacja do najważniejszej nagrody vlogerów staje się dla niej ukoronowaniem ciężkiej pracy.

Jednak wraz z rosnącą liczbą odsłon swojego kanału dziewczyna poznaje też samą siebie. Czy znajdzie odwagę na miłość w realu? Czy razem z przyjaciółmi udźwignie ciężar sławy?

Żyjemy w świecie w dużej mierze kierowanym przez social media. Wszystko czego się dowiadujemy, nasze znajomości, nasze hobby, rozrywka, życie właśnie tam się rozwija. W pewnym sensie nawet siebie dowartościowujemy. Bo czy nie fajnie napisać komentarz który zacznie zbierać lajki. Publikujemy na zdjęcia na Instagramie i szczerze liczymy na to że się spodobają. Lajki was nie ruszają? Kłamiecie.
W moim przypadku nabiera to jeszcze dodatkowego wymiaru. Prowadzę tego bloga od kilku lat. Były czasy, że nie czytał tego prawie nikt poza moimi przyjaciółmi. Z czasem zaczęłam dostawać feedback od nieznajomych. Oczywiście w dalszym ciągu jestem niczym w porównaniu do wielkich blogerów, ale każdy komentarz jest dla mnie znacznie cenniejszy niż liczba wyświetleń. Mimo to chciałabym by kiedyś tych wyświetleń było więcej, bo po to tworzę by ktoś inny czytał. 

Dlatego też łatwo było mi wyobrazić sobie co mogła czuć Tash gdy nagle licznik subskrybentów zaczął rosnąć. Każdy kto tworzy w Internecie marzy o tym i czeka na ten moment. Dziewczyny tworzyły coś z pasja cicho licząc, że spodoba się wielu ale doceniając to co się ma. Z dnia na dzień się to jednak zmieniło. Liczysz na tan moment, czekasz ale nie jesteś w stanie przewidzieć jak się zachowasz kiedy w końcu się uda. Mimo, że książka Ormsbee skupia się na Tash możemy jednak podpatrzeć reakcje innych i to jest bardzo ważne dla dalszych moich rozważań.
Zacznijmy jednak od Tash. Ambitna i trochę romantyczna dusza z marzeniami. Postanawia stworzyć coś ambitnego, serial na podstawie ukochanej książki by dzielić się swoją pasją z innymi. Gdy nagle przychodzi sława... powiedzmy, że w moim odczuciu lekko jej odbija. Zachowuje się tak jakby nagle stała się gwiazdą, twórcą przez duże T. Nagle wszystko zaczyna podporządkowywać temu projektowi. Staje się wręcz obsesyjna do stopnia w którym zaczyna mieć to wpływ na wszystko co ją otacza. Muszę przyznać że to jej zachowanie momentami mnie irytowało. Tash nie podchodziła do niczego z chłodną głową. To nie tak, że nawet dobiła do 100tys subskrybentów, by był to jakiś niesamowity sukces, ona szalała już znacznie wcześniej. Dla mnie lekka przesada i to mi trochę zgrzytało. Z drugiej jednak strony... trochę ja rozumiem. Tash jest trochę jak ja. Wkłada w to co robi całą siebie, stara się by podobało się innym i robi to na 100%, a wszelką krytykę (którą w jej odczuciu jest brak odbioru) bierze do siebie. Trudno mi się do tego przyznać, ale wiele mam z Tash, może dlatego mam z nią trochę problemów. Sądzę, że też wielu z Was mogłoby się z nią utożsamić.

Gdy myślałam, że jednak książka przez główną bohaterkę może mi się nie podobać tak jakbym chciała, autorka uświadomiła mi, ze to nie wina pisania, ale zamierzonego zabiegu. Wiecie kiedy można rozpoznać czy bohater jest trudny do lubienia ze względu na jego czyny a kiedy ze względu na słaby styl pisarski i brak przemyślenia postaci? Kiedy autor daje dojść do głosu bohaterom drugoplanowym którzy wytykają głównemu błędy i durne zachowanie które tak bardzo cię irytowało. Tak robi Ormsbee. Gdy myślisz, że Tash wszystko ujdzie na sucho do parteru sprowadzają ją jej przyjaciele i to jest tu bardzo potrzebne. Wprowadzają oni równowagę, która rozziewała całą moją irytację. Taki idealny balans.

Przejdźmy do tego co mi się naprawdę bardzo podobało, czyli do samej fabuły. Książka zawiera kilka bardzo fajnych wątków, które składają się na ciekawą całość. Po pierwsze mamy Nieszczęśliwe rodziny. Nie jest on tylko wspominany, ale też fragmenty serialu są przytaczane w ksiażce. Nie możemy go obejrzeć, ale całkiem nieźle możemy go sobie wyobrazić. Dzięki temu nie jest to dla nas tak odległy temat, więc gdy nadchodzą jego dni sławy zaczynamy bardziej i bardziej czekać na te fragmenty. 
Poza serialem i tym co się wokół niego dzieje, mamy przyjaźń, mamy problemy rodzinne, dorastanie i problemy nastolatków. Bohaterowie są w takim wieku, że musza decydować co robić dalej w życiu. Generalnie Tash nagle to wszystko dopada. Dorosłość już tuż tuż, do tego nagła "sława", problemy rodzinne. Niby dużo, ale w sumie życie nastolatka zawsze jest dziwnie pełne.

Dodatkowo spodziewacie się pewnie wątku romantycznego. Wszak w opisie dostaliście tę informację o seksownym youtuberze. I powiem wam szczerze, że życie uczuciowe Tash to jedna z najciekawszych rzeczy w tej ksiażce, coś w co pewnie nie powinnam się zagłębiać, bo to duży spoiler. Ale niezmiernie się cieszę, że Kathryn Ormsbee poruszyła ten temat i tak go poprowadziła. Książka jest w pewien sposób dużo głębsza i ważniejsza dzięki temu. Pewnie wyobrażacie sobie teraz milion rzeczy... cokolwiek wymyślicie, wątpię jednak czy trafiliście, wiec myślcie dalej.

Milion odsłon Tash porównywane jest z Fangirl Rainbow Rowell i z Girl Online Zoe Sugg. Tego drugiego nie czytałam (jak mówi Tash nie zmierzaj się ze swoimi idolami. Nie że Zoe jest moja idolką, ale darze ją szczerą sympatią i boję się zawodu). Natomiast o Fangirl mam sporo do powiedzenia bo to nadal jedna z moich ulubionych książek. Powiem tak, porównywanie  tych dwóch pozycji jest trochę na wyrost. Dla mnie Rowell pisze dużo lepiej, jednak podobieństwa są naprawdę spore, chociaż różni je tak wiele. Śmiało jednak możecie dać jej szansę. Obie autorki skupiają się na podobnych problemach, obie wkraczają śmiało w świat popkultury, nerdów, geeków i fandomów, który jest niesamowicie ciekawy. Obie tworzą bohaterki z którymi łatwo się utożsamiać. Obie dają im świetnych przyjaciół. Obie też świadomie i z wyczuciem poruszają tematy których nadal mało w literaturze młodzieżowej. Rowell fobii społecznej, Ormsbee... tematu z którym chyba się jeszcze nie spotkałam. Obie też nie podporządkowują swoich bohaterów tym problemom. Są one częścią ich ale ich nie determinują.

Milion odsłon Tash to pozycja godna uwagi, niezwykle na czasie. Bardzo przyjemna lektura. Nie tylko dobra na wakacje, ale też na te pierwsze dni szkoły (o której nie przypominam), dobra na wieczór po ciężkim dniu pracy. Raczej nie zajmie pozycji Fangirl, może też nie stanie się jakimś klasykiem młodzieżówek który będziemy sobie polecać przez lata, ale sądzę, że warto. Głównie poprzez czynniki wymienione wyżej.

Doceniam tę książkę za aktualną tematykę, za ciekawie i wielopłaszczyznowo poprowadzoną fabułę i wreszcie za wpisanie się nurt niezwykle potrzebnych powieści młodzieżowych z bohaterami niejednolitymi, różnorodnymi, z "mniejszości" seksualnych, religijnych, rasowych, płciowych. Jasne, że mamy coraz więcej takich książek, ale stanowczo za mało i ciągle za mało normalnych prostych. 

Dodatkowo Ormsbee ma świetny styl, jest fangirl jak my wszystkie mole książkowe. Wplata wiele aluzji do popkultury i jak nikt wcześniej zachęciła mnie do sięgnięcia po dzieła Lwa Tołstoja, a to wielki sukces. 

A wy możecie sobie wyobrazić jakbyście się zachowali na miejscu Tash i jej przyjaciół?


Premiera 17 sierpnia 2017

Dla tych którzy nie wiedzą czym są seriale youtubowe serdecznie polecam AnneWithAnE czyli internetową, współczesną wersję Ani z Zielonego Wzgórza, może wam to pomóc zrozumieć Tash i jej paczkę ;)



Za książkę dziękuję:



piątek, 21 lipca 2017

BookNerd Rev: Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz.

Soundtrack Harryego Pottera R 
szalik Slytherinu R
kubek z mapą Huncwotów R
Zaczynamy!

(Podoba ci się to zdjęcie? Zapraszam do obserwowania mojego Instagrama)

Przenieśmy się do lat 20. XX wieku. Kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się Czarnego Pana, zanim narodził się Harry Potter. Jednak magiczny świat poddawany jest innej próbie. Czarodziej Grindewald robi co chce i jak chce i ciężko go powstrzymać. W międzyczasie Newt Skamander przyjeżdża do Nowego Jorku z tajemniczą walizką a jak to bywa w magicznym świecie, wiemy, że skrywa ona drugie dno. I jakże ono jest osobliwe. 

Nie mówię już nic więcej, bo każdy choć kto raz zajrzał do świata Harry'ego Pottera wie, że tu absolutnie wszystko jest możliwe. 

Jeżeli jesteście uważnymi czytelnikami powieści Rowling (bo chyba w filmach o tym nie było mowy) na pewno kojarzycie nazwisko Newta Skamandera. Twórca najlepszego podręcznika do Opieki nad magicznymi stworzeniami, który to każdy uczeń Hogwartu powinien mieć. 
Dzięki J.K.Rowling my także mogliśmy wejść w jego posiadanie. Jednak sam podręcznik niewiele mówi o jego autorze, prawda? Dzięki powstałemu w 2016 roku filmie z Eddiem Redmaynem w roli głównej ponownie wkroczyliśmy do magicznego świata. Film był rewelacyjny, klimatyczny i muszę przyznać że wielokrotnie serce biło szybciej. Dziś jednak nie o filmie, bo o tym pisałam już wcześniej.

Ponieważ oczywistym jest że coś co się sprzedaje (film) można sprzedać bardziej, że potteromaniacy przygarną wszystko (nawet z niezrozumiałych powodów krytykowane Przeklęte Dziecko) postanowiono pokusić się na ciekawy zabieg. Wydano scenariusz filmu w wersji książkowej. I jak to wyszło?

Książka jest dokładnie tym co obiecują nam na oładce. To oryginalny scenariusz filmu, historia opowiedziana tak jak ją do rąk dostali aktorzy. Z jednej strony to wyzwanie dla czytelnika, z drugiej niesamowicie ciekawa rzecz, którą wielu z nas nie miałoby okazji zobaczyć. Nigdy nie czytałam całego scenariusza filmowego. Dramaty, sztuki teatralne tak, ale nie scenariusz filmowy. Tak więc dla mnie przygoda zaczęła się już w samej formie w jakiej skonstruowana jest książka. Niesamowicie było zobaczyć, jak to co widziałam na ekranie wyszło z tego co jest na papierze. Mówi się że ekranizacja jest jak góra lodowa, to co wystaje jest filmem, to co pod wodą książką. W przypadku scenariusza jest na odwrót. Scenariusz to wskazówki, a to co zrobi z tego reżyser i aktorzy, kostiumy, zdjęcia, muzyka i efekty powodują, że wychodzi coś niesamowitego.
Dla mnie, osoby która kocha kino i która bardzo zawsze lubiła patrzeć za kulisy, możliwość przeczytania tej książki była świetną przygodą. 

Oczywiście nie możecie spodziewać się, że dostaniecie coś nowego. Jeżeli widzieliście film, niczym was tu nie zaskoczą. Osoby które nigdy nie czytały nawet dramatu, też mogą poczuć się zagubione. Jednak od tego macie wyobraźnię i po to ją ćwiczycie by od czasu do czasu sięgać po takie produkty.

Wiele się mówiło o Przeklętym Dziecku i zapominano że to sztuka teatralna, że samej książki nie powinno tak naprawdę oceniać się bez zobaczenia jej na deskach teatru. Trochę tak jest z scenariuszem. W papierowej wersji jest jak podkład do obrazu, stanowi tło, a prawdziwy efekt zobaczysz po nałożeniu na niego barw czyli w tym przypadku przekładzie na duży ekran. 

Co do samej historii to generalnie wyczerpałam temat już przy recenzji filmu i nie lubię się powtarzać, więc najlepiej jak po prostu ją przeczytacie. Powiem tylko, że jeżeli już mamy porównywać ją do Przeklętego Dziecka to to drugie traktuję nie tyle jako kontynuację a wariację do tego co mogło się stać. Trochę jak fan fiction bo w końcu nie napisała tego J.K. Ale Fantastyczne zwierzęta to coś innego. To zachowana w kanonie historia, w której na każdym kroku nie tylko widać ukłon w stronę pierwowzoru ale też czujesz sam ten niezwykły klimat. Dodatkowo w książkowej wersji możemy zabawić się w reżysera, zastanawiać się jak byśmy sami to przedstawili. Newt Skamander to fantastycznie wpisująca się w ten świat postać. Mamy wspaniałych bohaterów drugoplanowych z moją ulubienicą Queenie. Mamy główną historię która nakręca akcję ale też poboczne wątki jakimi jest właśnie zajęcie Neweta. 
Oczywiście, książkę należy czytać w kontekście filmu. Bohaterowie nie są opisywani szczegółowo, miejsca również, dlatego film i książka stanowią pełen pakiet.


Niesamowitym plusem jest również sposób w jaki Oryginalny scenariusz został wydany. Począwszy od okładki, każda strona jest prześliczna i chociażby ze względów estetycznych chce się ją mieć w swojej biblioteczce. To coś wyjątkowego, książka której żaden fan serii nie powinien odpuszczać.

Nie tylko historia jest wyjątkowa, ciekawa i po prostu dobra, ale tez ponownie przybliża nas do tego niezwykłego świata o którym marzymy już od 20 lat. Jest to też pewne wyzwanie czytelnicze, coś oryginalnego i raczej niespotykanego. Coś co udowadnia że literatura i kino może współegzystować. Coś co udowadnia że filmy to nie puste produkcja a kolejna forma wyrazu i jeżeli jeszcze bardziej nie nabierzecie szacunku do reżyserów i twórców filmowych po jej przeczytaniu to nie wiem co musiałoby sie stać.

Gratka dla każdego fana, który marzy (może nie tyle o powrocie do Hogwartu bo Newt został z niego wyrzucony) o ile o powrocie do magicznego świata Pottera. 

Nie bądźcie Mugolami!




Za książkę dziękuję:



piątek, 14 lipca 2017

BookHaul maj i czerwiec

Tak wiem, wiem, mamy połowę lipca bla bla bla. Ale kto by się teraz spodziewał Haula? Ha, mam was z zaskoczenia. Nie powiem, trochę czasu zajmuje wyszukanie tych wszystkich książkę, robienie zdjęć, obróbka, zamieszczenie i opisanie ich. W takich momentach zastanawiam się czy nie łatwiej by było robić video...


Przyznam się, że zauważam spory postęp w moich zakupowych nawykach. Po pierwsze kupuję znacznie mniej, po drugie bardziej przemyślanie. Rok temu o tej porze kupowałam wszystko jak leci, teraz wolę poczekać na okazję i kupić co na co już chwilę czekam. Chociaż i tak ciężko ominąć okazje.

Zacznijmy więc bo trochę mimo wszystko tego jest.

MAJ

 Zakupy


W zasadzie to zakup kwietniowy, ale 1) o nim zapomniałam 2) dostałam go w maju. Wiem jak zła jest ta okładka ale oryginalna jest cudna a już przywykłam, że wydawnictwo Amber do estetyki swoich publikacji ma dziwne podejście. Kupiona była w księgarni Czytanie w Krakowie (ulica Krakowska koło przystanku Biprostal) i jeżeli planujecie w ogóle zakup książek tego wydawnictwa to polecam tam albo na stronie oczytani.pl bo ceny sięgają około 10zł.


Kupiona na Warszawskich Targach Książki za jedyne 10zł. Nie czytałam jeszcze nic tej autorki chociaż posiadam Boy 7, którą jednak czytała moja przyjaciółka i obie pomyślałyśmy że za tę cenę warto.


Kolejna zdobycz z WTK którą dostałam za darmo po zapisaniu się do newslettera u Ravelo.


Również WTK, tym razem jednak wydałam troszkę więcej bo 25zł, ale Czwarta Strona dokładała plakat, zakładkę od Tojkoo i przypinki a i tak chciałam ją kupić.


Tę książkę dostałam od przyjaciółki która ma jakiś nieznanych mi dealerów. Korzystam więc nie pytam. 


Jeśli szukacie w miarę nowych książek tak do kilku miesięcy po publikacji to polecam dobre-ksiazki.pl gdzie wszystko jest przecenione o około 35%. Tę kupiłam za 17zł a że jestem wielką fanką Quicka uważam to za niezłą okazję i już nie mogę się doczekać kiedy ją przeczytam.


Podobnie jak poprzednia też z dobre-ksiazki.pl i też około 17zł. Tę już przeczytałam. Spodziewałam się czegoś bardziej wow ale mimo to nie żałuję zakupu. No i okładka jest śliczna.


A to był powód dla którego w ogóle weszłam na dobre-ksiazki.pl. O tej pozycji słyszałam dużo na zagranicznych stronach i booktubie. Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, ze wydano ją u nas i to w tak ładnej okładce. Książka połknięta w jeden dzień, zabawna i przyjemna. Idealna na lato. I kosztowała mnie wtedy jedyne 8,50zł.


Miałam na to oko o dłuższego czasu. Ok, okładka spartolona bo oryginalna jest śliczna, ale gdy znalazłam ją na znak.com.pl z jedyne 8.33zł to nie myślałam dwa razy. Niech tylko najdzie mnie ochota na fantastykę a po to sięgam.


Również znak.com.pl, tym razem jednak cena nie stanowiła większej roli. Kasie West to autorka którą po prostu kupuję niewiele myśląc. Książka już przeczytana, a poczytać o niej możecie tu.


Kupiona z książką West i nie, to nie zakup dla okładki chociaż z powodzeniem mógłby nim być. Chyba jedna z najgorętszych nowości maja... nie, jeszcze jej nie przeczytałam.

Egzemplarze recenzenckie


Leciutka, przyjemna historia od selkar.pl, a moją recenzję możecie przeczytać tu.


A to propozycja na lato dla tych co mają właśnie dość lekkiego i przyjemnego. Również od selkar.pl, a recenzja tu.


Wiedziałam, że to wkrótce nastąp i "zgubię" jakąś książkę. Egzemplarz od Moondrive. Moją recenzję znajdziecie tu. W sumie nie dziwię się że akurat o niej zapomniałam. 

CZERWIEC
 zakupy


Zacznijmy od wielkiego Z czyli książki na którą w dobrej cenie poluję od 1,5 roku a którą na legolas.pl zakupiłam za 7,99! To się nazywa wygrać. Jedna z moich ulubionych serii fantasy YA, którą po prostu chcę mieć. Brakuje mi tylko 2 tomu.


Wygrana z konkursu od Czwartej Strony. Niestety przyszła w opłakanym stanie i cud, że okładka nie ucierpiała... szkoda bo to ewidentnie nie była wina poczty bo koperta była cała.


Przyjaciółka znów zawitała do krakowskiej księgarni CzyTanie i i tym razem skorzystałyśmy z przecen na wydawnictwo Amber. Serio ich książek nie opłaca się kupować po normalnej cenie.


I tak jak wyżej - CzyTanie. I również koszmarna okładka...
Powiedzcie mi czy tylko mnie ta dziewczyna przypomina tę małą czarownicę z The Oryginals?


Jedna z nowości na którą się skusiłam z dobre-ksiazki.pl. Coś poniżej 20zł. Właśnie ją skończyłam i naprawdę mi się podobała. Polecam.

Egzemplarze recenzenckie:


Najbardziej ekscytujący egzemplarz recenzencki jaki dostałam bo z moją rekomendacją na okładce! Od Moondrive, a pełną recenzję przeczytacie tu.


Od Moondrive Shopu dostałam tę książkę i chociaż może nie jest najlepsza okładka wg mnie przepiękna, a recenzja tu.



Tak jakby 2 książki w jednej od Moondrive. Takiej książki jeszcze nie czytałam, moja recenzja tu.


Intrygującą powieść obyczajową dostałam od Wydawnictwa Otwartego. Właśnie zaczynam lekturę, więc recenzja pewnie pod koniec tygodnia.


Moje małe cudeńko. Kocham książki Kerstin Gier. A Media Rodzina postanowiło wznowić tę serię i dopasowali je do innych książek Gier. Lubię to wydanie i bardzo lubię tę książkę. Recenzja tu, a ptaszki ćwierkają, że 2 tom na jesieni.


Drugi tom Akademii Pennyroyal od Wydawnictwa Mamania coś niby dla młodszych ale i tak nie mogę się doczekać bo pierwsza część była bardzo dobra.


Wiem, że dla wielu to spory stos, ale ja uważam, że robię spore postępy. Czy mój TBR się zmniejsza? Nie jestem pewna, ale przynajmniej nie rośnie już w zastraszającym tempie. Poza tym ktoś lubi kupować ciuchy, ktoś książki.

Teraz mi powiedzcie o ile średnio książek miesięcznie powiększa się wasza biblioteczka?
I gdzie najchętniej robicie zakupy?