niedziela, 25 listopada 2012

Stałam się muserem?

Zdjęcia dzięki uprzejmości Pecków, Moniki i Anity:)


Ten post miał w ogóle nie powstać. Po pierwsze miało mnie tam nie być, po drugie nie jest to zespół który po prostu gdzieś tam istniał. To Queen zawsze był, jest i będzie numerem jeden. Niestety nie mogę liczyć na to, że ich wszystkich zobaczę na żywo (dwaj którym się chce są starzy i uważają, że Adam Lampert to dobry pomysł, trzeci umarł, a czwarty przepadł bez śladu i nikt nie wie co z nim się stało).
Mogę więc słuchać płyt Queen w kółko i w kółko i być muzycznie ograniczona, albo się skusić na coś nowego, w czym widzę potencjał i to co w Queen lubię najbardziej- kreatywność, oryginalność i charyzmę.  Post miał nie powstać, ale to co miało miejsce w tych 3 dniach muszę wyrazić głośno, nie mogę tego ukrywać.



Na koncert postanowiłam jechać gdzieś w sierpniu, ale się zbierałam, zbierałam i okazało się, że nie ma biletów. Opatrzność jednak nade mną czuwała i tydzień przed koncertem dostałam wiadomość od Any, że jednak się udało. Przyznam się, że początkowa radość w pewnym momencie została przykryta przez dziwne myśli, które do poniedziałku nie dawały mi spokoju. Zastanawiałam się czy nie będę piątym kołem u wozu. Wszyscy to fani, znają każdą nutę, każde słowo, a ja mam spore zaległości.  Wydawać kasę na Muse jak nie byłam na Queen?! To przecież śmieszne! Nie mogłam jednak znaleźć argumentów za tym bym nie jechała. Przy Queen była tego cała lista począwszy od tego nieszczęsnego “+” po nazwie zespołu. Na drodze do Łodzi nie stawało nic, więc pojechałam.

W Łodzi znaleźliśmy się dzień wcześniej. Wszystko było idealnie zaplanowane, wiedzieliśmy po co tam jesteśmy, że chcemy walczyć i być jak najbliżej. Ja postanowiłam, że jak już się zabrałam to nie pozwolę by cokolwiek zepsuło ten dzień. Jak reszta stoi w kolejce od rana to i ja stoję, jak bijemy się o barierki to i ja miotam pięściami. W momencie robienia transparentu wszelkie obawy znikły a ja sama stałam się równie zdeterminowana co reszta.




Z samego ran ruszyliśmy pod arenę z transparentem na plecach, zwarci i gotowi. Chcieliśmy z podniesionymi głowami stawić czoła tłumom jakich się spodziewaliśmy. Koniec końców tłumów nie było a my zasiedliśmy jako jedni z pierwszych i szybko zintegrowaliśmy się z pozostałymi tworząc nieoficjalną strefę VIP, która ostatecznie zarządzała tłumem. 
Mimo zimna, które po 8,5h spędzonych przed Atlas Areną zabawa była przednia. Dzięki transparentowi staliśmy się sławni, a nasza determinacja została doceniona.



Po otwarciu bramek, mimo przemarzniętych stóp ruszyliśmy ku płycie. Gdy dopadłam barierki wiedziałam, że już wszystko może być tylko lepiej. Warto czekać tak długo gdy widzisz jak blisko jesteś.





Scena robiła pioronujące wrażenie. Nawet taka wyłączona, nieoświetlona budziła respekt. Wszyscy zaczęli odliczać minuty. Gdy na scenę wszedł zespół “Everything, Everything’




 rozległ się aplauz, który spotęgował się gdy wokalista ogłosił, że kolejny utwór będzie ostatnim. 

Później od wejścia Muse na scenę pozostała niespełna godzina, ale nikt nie ośmielił się usiąść, wszyscy z zapartym tchem patrzyli jak techniczni szykują scenę. Śledzili panów od reflektorów którzy na linach byli wciągani pod dach, bili brawo jak każdemu z osobna.

I nagle jedna potężna fala wiwatów i oklasków gdy arenę spowiły ciemności, by zaraz rozbłysło czerwone światło i przy dźwiękach ‘Unsustainable’ Matt, Chris i Dom pojawili się na scenie. Wkroczyli na nią jak burza a napięcie jakie już w tym momencie sięgnęło zenitu nie spadło aż do ostatniej nuty “Survival”.






Po tym wielkim show jestem przekonana, ze nie na darmo nazywa się Muse najlepszym zespołem koncertowym. Takie wydarzenie warto zobaczyć chociażby dla niezwykłej oprawy. Scena pokryta niezliczoną ilością ekranów, wielka piramida na której wyświetlane były wizerunki muzyków, filmy i wszystko co tylko miało poprawić wrażenie i zadziwić publiczność, a w pewnym momencie niczym kurtyna opaść na wciąż grający zespół i tylko wzmóc oklaski.










Muse czerpie energię od publiczności. Widoczna radość w ich oczach gdy publiczność (nieanglojęzyczna) zna każdy tekst i śpiewa zdzierając gardła była niedopisania. Miałam ich metr od siebie i poczułam tę radość i moc którą zarazili wszystkich. Zadziwiające, że jeszcze dzień wcześniej grali koncert w Pradze, a nie widać było po nich ani krzty zmęczenia. Dali z siebie wszystko.

Każdy z osobna udowodnił, że zna się na rzeczy, a scena to ich żywioł. Matt niczym nakręcony biegał po scenie, śpiewał i miał znakomity kontakt z publicznością. Nie musiał mówić nic, nic pokazywać. Publiczność czytała mu w myślach. W momencie gdy zeskoczył ze sceny i ściskał ręce fanów poczułam te kilkaset osób na plecach i choć mnie samej nie udało się przybić mu piątki zauważyłam, że nawet jak chciano wyrwać mu rękę uśmiech nie zszedł z jego twarzy.  To człowiek torpeda, widzę w nim tę samą charyzmę którą posiadał Freddie Mercury, tą samą moc, którą władał publiką. Gdy tylko założył okulary na Madness wręcz bawił się wiedząc, że tego oczekujemy.




Doma podziwiam jak prze 2 godziny, niemal bez przerwy walił w bębny i miał z tego radochę.


A Chris? No cóż nie zapomnę jego uśmiechu gdy stanął na wprost nas i cały rząd zaczął tak jak on bujać głową. Gdy przy “Survival” zszedł niżej i nagle ni stąd ni zowąd w górę wystrzelił dym wszedł w niego i nie przestając grać cieszył się jak dziecko. Poza tym okazał się całkiem udanym wokalistą a Liquid State wypadło bardzo dobrze.



Koncert bez wątpienia się udał. Tysiące gardeł śpiewające ich piosenki mam nadzieję utwierdziły ich w przekonaniu, że Polska to dobre miejsce by organizować koncert.

Nasz transparent jeżeli Matt nie zdążył go przeczytać już widnieje na pierwszej stronie łódzkiego wydania Wyborczej, a i miejmy nadzieję, że zdjęcie trafi do samych zainteresowanych. Wierzę też, że gdyby nie naglący ich czas to odpowiedzieli na zaproszenie, które tak dzielnie z Anitą machałyśmy przed ich oczami.

(Matt na 100% przeczytał tę trzymaną przezemnie i Anitę "And free Peps for Chris")





Po koncercie nie czułam jednak "tego czegoś", aż do momentu wyjścia z pociągu. Wtedy dotarło do mnie, że przeżyłam coś magicznego, surrealistycznego. Może moje wrażenie jest spotęgowane i kiedyś zmienię zdanie, ale teraz uważam, ze to jeden z tych niezapomnianych dni w moim życiu. Wspaniała noc która mam nadzieję się jeszcze powtórzy. Odpowiadając na pytanie z tytułu posta powiem nie jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu :D





I wiecie co? Freddie Mercury miał rację mówiąc "The Bigger is better". Matt, Chris i Dom stosują tę zasadę i wychodzi im to rewelacyjnie.


poniedziałek, 19 listopada 2012

Krótka historia o tym jak wypiąć się na fanów.

Dylematy serialoholiczki...

Albo raczej o tym, że nie wszystko powinno się ciągnąć jak pomysłów brak.

Najpierw byłam zła, później wściekła, ale z czasem patrzyłam na to z politowaniem.
Dziś będzie o tym jak jeden z moich ulubionych seriali zaczął sięgać bruku i walić głową o krawężnik.



Glee to serial nie dla każdego, w zasadzie nie znam wielu osób którym przypadłby do gustu. To specyficzna produkcja, śpiew, taniec, liceum, czyli wszystko czego przeciętny młody człowiek stara się unikać by nie wyjść na melomana, mięczaka. Moja mama nazwałaby to wręcz infantylnością.

Jednak ja infantylna od czasu do czasu lubię być. Glee stało się dla mnie serialem, który potrafił poprawić mi humor. Pierwszy sezon pachniał świeżością, kreatywnością i oryginalnością. Świetne piosenki, ciekawa historia. Licealiści którzy nie wyglądają jak z okładek Voga. I wspaniała Jane Lynch w roli potwornej trenerki  cheerleaderekWszystko to złożyło się na bardzo dobrą (w moim odczuciu) produkcję, która dała nadzieje na przyszłość.
Nadszedł drugi wyczekiwany sezon. Wszystko zapowiadało się znakomicie. Było kilka upadków, ale szybko wracano do pionu. Serial stawał się coraz bardziej popularny więc i utwory były dobierane pod szerszą widownię, ale nie zapomniano o klasykach. Historia również uległa pewnym zmianom, przestała być tak oryginalna, ale nadal przyciągała mnie przed monitor.
I nagle po kilku miesiącach przerwy pojawił się sezon trzeci, który z odcinka na odcinek denerwował mnie coraz bardziej. Po pierwsze losy bohaterów bardziej zaczęły przypominać Beverly Hills 90210 a nie stare dobre Glee. Bohaterowie stracili wszystko za co ich polubiłam, że nie wspomnę o tym, że muzyka była taka sobie, utwory najczęściej okazywały się hitem minionego lata, a wszystko inne straciło sens. Poza tym często to właśnie muzyka schodziła na dalszy plan byśmy do znudzenia mogli oglądać rozterki miłosne Rachel, niezdecydowanie Fina czy problemy emocjonalne Kurta. Reszta bohaterów przemykała od czasu do czasu w tle, wypowiadała jeną kwestię i tyle. Wciskano nam kit, który pod koniec zaczął przypominać rozgotowaną papkę.
Co do czwartego sezonu budziłam spore nadzieje. Nie chciałam porzucać serialu ponieważ się do niego przyzwyczaiłam. Liczyłam, że rozgotowana papka nie okaże się papką przeżutą i jeszcze raz podaną na talerzu. Zmiana obsady miała być tego gwarantem.
Cóż nadal podejmowane są te same schematy, problemy nastolatków śmieszą mnie coraz bardziej, ciekawe postacie odsuwane są na dalszy plan, a te których ma się już dość, co chwila są wplatane w fabułę byśmy przypadkiem o nich nie zapomnieli.
Czy to oznacza, że Glee się skończyło?
Myślę, że chyli się ku upadkowi. Koniec musi niebawem nadejść, chyba, że producenci podejmą motyw ostatniego odcinka gdzie mieliśmy stare dobre Grease w nowych aranżacjach, dużo śpiewu, mniej nastoletnich problemów i najważniejsze- starą, wspaniałą jędze Sue Sylvester, której tak strasznie tu brakowało.



W innym wypadku nie będę ich żałować. Staną się przykładem dla innych produkcji, które nie wiedzieć czemu utrzymują się w ramówce. 

Mimo wszystko polecam serial z całego serca. Stańcie się troszkę infantylni jak ja i dajcie się ponieść muzyce.

czwartek, 15 listopada 2012

Ponglish


Jak dużo języków znacie? Polski, angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, rosyjski? A może coś bardziej oryginalnego? Chiński, węgierski, szwedzki? Moi znajomi z filologii polskiej dodadzą jeszcze łacinę i scs. 
Uczymy się języków obcych od małego, nieraz równolegle z tym ojczystym. Im więcej tym lepiej.

Ilu więc z was zna ponglish? Myślę, że wszyscy nieźle sonie z nim radzą, ale nie do końca zdają sobie z tego sprawę. Ba, ja nawet myślę w ponglishu.

O czym ja mówię? Już tłumaczę.

Każdego roku tysiące Polaków wyjeżdża abroad by szukać jobu lub nowego hausa. Najchętniej wybierają jako  destinejszyn swojej podróży Ukej lub USEj. W krajach tych Polacy tworzą swoje małe community, w których można zauważyć very interesting thing a mianowicie ponglish. Now, do you know what I mean?




Kilka lat temu moja grandma wyjechała na kilka tygodni do Czikago. Gdy wróciła szybko zauważyłam, że pongish opanowała very well. Opowiadała jak to do ogrodu botanicznego jedzie się takim olbrzymim highwayem, że u cioci w gardenie jest basen, a w bejsmencie ma taki ładny pokoik. It was sweet.

Nie tylko w USA Polacy mówią w ponglish. Gdy bierzesz autobus często słyszysz jak teenagers przeplatają Polish z English. Rozmawiają o tym jak było w school, że wybierają się na szoping bo wczoraj widzieli taki fajny jamper na sejlu. Gdy ktoś ma doła mówimy 'don’t worry', a jak idzie na egzamin 'good luck'. To normalne? 
Młodych ludzi to nie obchodzi. Oni lubią brejkać wszystkie rules. Ja też je brejkam. Who cares? Jeśli chce mogę przechodzić przez strita, jeść czikeny na diner i popijać je ajs tee. 

Prawda jest jednak taka, że w naszych ustach brzmi to trochę śmiesznie.

Czy ponglish to kaleczenie ojczystego języka? Takie pytanie zadano nam na jednych z zajęć. 
Powiem: nie, pod warunkiem, że wszystko będzie w granicach rozsądku. Jak już wcześniej wspomniałam sama używam ponglisha. Myślę w ponglishu, a i nabrałam takich nawyków, że bardzo często inaczej nie potrafię się wysłowić. Klasyczne “hello” słyszę na każdym kroku, a “ok.” Polacy używają częściej niż Amerykanie. Takie kalki, przeinaczenia czy zapożyczenia są nieuniknione. Żyjemy w świecie gdzie zacierają się granice. Językoznawcy napominają, że w kontaktach oficjalnych, takich w których coś sobą reprezentujemy warto zachować ten jeden czynnik, który decyduje o tym kim jesteśmy. Że ponglish to nie język. Może mają racje... (polonistka się odezwała)
Żeby było jasna, nie chcę nikogo pouczać, prawić kazań. Ponglisha  traktuję jako taką ciekawostkę i cały ten post proszę tak odebrać. Nie mam żadnych kwalifikacji by czegokolwiek uczyć, ani zakazywać, nawet nie chcę tego robić. Nie słuchajcie językoznawców. 

Zresztą ponglish to dowód na niezwykłą kreatywność poloni, sami popatrzcie:

  • Daj mi fona, jak już będziesz free, to wezmę dzień offa i wydamy trochę keszu.
  • Rano lepiej jechać sabłejem niż brać autobus, bo w dałtałn jest okropny trafik.
  • Drajwnij mojego kara na kornerze naszej strity.
  • Kolnij po plambersa, bo nam się tapsik brejknął (albo: pajpa brejknęła).
  • Rano lepiej jechać sabłejem, niż brać basa, bo w city jest okropny trafik.
  • Odbierz kola od frenda. Pewnie ma brejka i zamiast iść na lunch postanowił się z tobą spiknąć.
  • Chyba zostanę dziś na owertajma.
  • Miałem natopować ojsterkę na tubę, ale byłem tu bizi i teraz na interwiu lecę karą, a tu trafik że nie wiem co… Szit! Łotewa… Zrobię fona że będę lejt - luknij jaki mamy tajm.
  • Brejkam wszystkie rule.
  • Luknij fader przez łindoł, jak te bojsy się fajtują na tej stricie.
  • Ma ważny lajznes z njudżerzy. Lajznes ważny, ale sekura i permit były nieważne, nie mówiąc już o grinkard.
  • Jestem partaczem w banku w city.
  • Aplikowałem na dżoba i czekam na kol, żeby zaprosili mnie na interwju.
  • Z kim mieszkasz na flacie?
  • Idę na shopping po czikena na dinera, a ty zostań na flacie i łejtuj na mnie.


Na koniec powiem tyko: thanks for the mountain za zajrzenie tutaj. tower, że może wywoałałam smila na waszych fejsach.

Do you divide my sentence? 

I tak wyszło na to, że coś zapamiętałam na tych studiach, pani doktor może być ze mnie dumna:)

czwartek, 8 listopada 2012

His name is Bond. James Bond.

Na samym dole zamieszczam piosenkę Adel jako podkład i tło dla tego co tu napisałam:)

Post nie powinien zawierać spoilerów, które mogą wam zepsuć seans, starałam się:)

Nigdy nie uważałam się za fankę agenta 007. Nie potrafię zarzucać cytatami, nie posiadam tej ładnej skrzyneczki z DVD i nawet nie widziałam wszystkich filmów. Bonda jednak traktuję jak kultową postać, która stała się już legendą. Bond wymieniany jest w każdej książce jaką muszę przeczytać w ramach przygotowań do pracy licencjackiej. Bond to wzorzec bohatera kultury masowej. Bond to symbol Wielkiej Brytanii, wzór do naśladowania, niedościgniony wzór (kto nie chciałby nim być?:)). Nic więc dziwnego, że od 50 lat pojawia się na ekranie, a tłumy ruszają do kin by ponownie ujrzeć jego zmagania ze złem.


Nie mogłam sobie odmówić i nie skorzystać z okazji by zobaczyć tak zachwalaną nową część. Podobno najlepsza, najefektowniejsza i porywająca. Jak można sobie odmówić? Muszę przyznać, że wmawiałam sobie również, że to w ramach odrabiania pracy domowej:) ale i rzeczywiście, oglądając Bonda patrzę na niego z perspektywy...  zboczenia zawodowego.

W każdym razie poszłam do kina. Pierwszym zdziwieniem był przeogromny tłum, problem z rezerwacją miejsca. Poważnie- jeśli ktoś kto to czyta wybiera się na ten film, radze zarezerwować bilet. Dzikie tłumy jak na premierze "Zmierzchu" w 2008... Musieli puścić 30 min reklam by wszyscy weszli i się ulokowali. Coś strasznego...


Idąc na Bonda oczekujesz pewnych typów zachowań, jakiś schematów, ukazania charakterystycznych cech. Widz nie oczekuje radykalnych zmian, nikt nie zaakceptowałby Bonda jako kowboja osiedlającego się na prerii. Byłam trochę zdziwiona jak w mediach trąbiono, że 007 porzuca swój wizerunek, sięga po piwo i chodzi w dresie. Jak tak można?
Już pierwsze minuty filmu utwierdził mnie w przekonaniu, że ktoś czegoś nie dopatrzył, albo wyolbrzymił. Bond w nienagannie skrojonym garniturze otrzepuje się po bójce i poprawia mankiet- klasyka. Bond nie zapomina o martini- wstrząśniętym, nie mieszanym. Korzysta z nowych zdobyczy techniki nawet jeśli to zwykłe "radio", a nie wybuchający długopis. Stał się Bondem naszych czasów, ze smartphonem i kilkoma bliznami. Nic jednak nie odebrało mu dawnego uroku.

Jak przystało na porządny film o agencie Jej Królewskiej Mości, od pierwszych minut rzucani jesteśmy na głęboką wodę, w wir akcji, by tylko na moment, gdzieś między piosenką tytułową, a kilkoma minutami po niej, złapać oddech. Napięcie nie spada, a wręcz rośnie, by w momencie pojawienia się tzw. "czarnego charakteru" utrzymywało się na wysokim poziomie aż do samego końca.

James Bond. Niezawodny agent sięga bruku. (Myślę, że nie będzie to spoilerem). Już na początku ulega pewnemu wypadkowi, zapuszcza się, sięga po flaszkę z którą się nie rozstaje, by w pewnym momencie wrócić do macierzy i odpowiedzieć na wezwanie MI6 i założyć idealnie skrojony garnitur. Zostaje poddany próbie, nagle wszystko w  co wierzył zostaje poddane w wątpliwość, musi stoczyć bój nie tylko z wrogiem, ale z samym sobą, z tym kim był przez całe życie. Nie mam w tym wszystkim nawet cienia niepotrzebnego patetyzmu, przesady. W jak najlepszym wydaniu wraca do tego, co w Bondzie najlepsze. Gdy z ust Craiga padają znamienne słowa, słowa kluczowe, które są tylko i aż jego własnym nazwiskiem, wiemy, że stoi przed nami "Bond. James Bond". Po Skyfall wiem, że wszelkie wątpliwości co do nowego aktora powinny być rozwiane. Nie wiem jak to dobrze wyrazić, ale Daniel Craig jest perfekcyjny i ujmujący. Działa na kobiety, ale i na mężczyzn, budzi zachwyt i postrach. Nic dodać nic ująć.

Co mnie skusiło do napisania tego posta? Nie kto inny jak właśnie czarny charakter. Mam coś takiego, że właśnie te złe osoby mnie najbardziej interesują. Bond nie mógłby istnieć gdyby ktoś nie stanął mu na drodze. Tak samo nie istniałby Robin Hood bez Szeryfa, Trzej Muszkieterowie bez Kardynała, Thor bez Lokiego, Harry bez Voldemorta, Jerry bez Toma. To już stały element. Czasami jednak zdarza się, że czarny charakter nie dorównuje swojemu przeciwnikowi. Jest sztuczny, śmieszny, zbyt słaby. Jak spisał się  Javier Bardem? Biję pokłony przed tym panem. Składam wyrazy szacunku i podziwu. Dawno nie widziałam tak niesamowitego bohatera drugoplanowego. Gdybym mogła, już dziś pognałabym do Bardema i wręczyła mu Oscara. Raoul Silva w jego wykonaniu to chodzące zło. Przepełnia go chęć zemsty, jest szaleńcem, czasami wywołującym śmiech, czasem zażenowanie, by za chwilę wywołać dreszcz. Ma w sobie coś z każdego znanego nam złego bohatera. Dopatruje się w nim czegoś z Moriarty'ego (Sherlock BBC), trochę  Normana Stansfielda ("Leon Zawodowiec"). Bardem wręcz momentami kradnie show, ale nie umniejsza roli Bonda. Razem tworzą parę, duet i są w tym znakomici.

W Skyfall nie zawodzi nas i pozostała część obsady. Co do dziewczyny Bonda nie będę się wypowiadać. Po filmie miałam wrażenie, że to M odegrała tu najistotniejszą rolę i reszta tych ładnych dziwczyn nie umywa się do wspaniałej Judi Dench, której aż nie wypada krytykować. Do tego Ralph Fiennes na którego nie mogę obiektywnie patrzeć, a który jak zawsze pokazał wysoki poziom. Ben Whishaw jako Q to natomiast taki znak, że idzie młode pokolenie, które jest za  pan brat z najnowszą technologią, a które wprowadza humor i powiew przyszłości.

Poza tym wszystkim mamy w Skyfall wiele smaczków, takiego puszczania oka do widza. Żałuję, że nie znam każdego filmu, ale sam fakt, że Q  podkreśla, że nie zajmują się już wybuchającymi piórami, a w pewnym momencie 007 przesiada się to przepięknego Aston Martina DB5 zamiast do jakiegoś wycackanego, nowego samochodu, również u mnie wywołał dreszcz zachwytu.

Bardzo dobre efekty specjalne, scenografia, zdjęcia i piosenka Adel powodują, że przenosimy się do tego świata i dajemy się porwać historii. Twierdze, że wszystkie te opinie (pozytywne) jakie słyszałam nie były chybione. Spędziłam w kinie kilka godzin na dobrej zabawie i niczego innego nie oczekiwałam. Bond to taki nasz stary przyjaciel, towarzyszący nam od 50 lat i bez wątpienia będzie nam towarzyszył dalej. Co w tym złego, że to komercyjny sukces, że miliony chcą to oglądać. Nie obchodzi mnie to, że na każdym kroku zostaje nam zareklamowany produkt, że filmem rządzą sponsorzy. Co z tego, skoro wychodząc z kina nie żałuję wydanych pieniędzy, czuję się zrelaksowana i zadowolona. Osiągnęłam katharsis takie jak to opisywał Umberto Eco, wszystko skończyło się tak jak tego oczekują widzowie, zostaliśmy oczyszczeni. Dlatego jeżeli ktoś będzie chciał doznać jakiś głębszych emocji i intelektualnego wyzwania to raczej niech nie idzie na Bonda. Dajmy Agentowi 007 spokój i przyjmijmy go takim jakim jest. A ten w moim odczuciu jest znakomity.



niedziela, 4 listopada 2012

Lustereczko powiedź przecie, którą Śnieżkę wybierzecie?

Filmowe podsumowanie tygodnia part 2

Jak nie superbohaterowie to baśnie. Jak widać potrzebujemy ckliwych historyjek o zwycięstwie dobra nad złem. Jeżeli jedna  produkcja odnosi sukces, zaraz sięga się po kolejną. Słyszałam o planach Angeliny Jolie odnośnie ekranizacji Śpiącej Królewny. Ciekawa jestem kiedy powstanie kolejna filmowa Piękna i Bestia, Kopciuszek (ale nie kolejne Cinderella Story), może doczekamy się Małej Syrenki?




Na razie doczekaliśmy się 2 Królewien Śnieżek w jednym roku. Całkiem od siebie różnych, na szczęście, ale którą wybrać? No cóż, należy obejrzeć obie. Ja wiem, że to już chwilę po premierze, ale nigdy nie jest za późno na nadrobienie zaległości.




Królewna Śnieżka/ Mirror Mirror







We wstępie zaznaczę, że nie był to mój faworyt. Długo wzbraniałam się by to obejrzeć, ale teraz z czystym sumieniem podkreślę, że nie żałuję.

Mirror, mirror to przepiękna baśń. Inaczej nie można tego określić. Począwszy od przepięknego rozpoczęcia, każda kolejna minuta utwierdzała mnie w tym przekonaniu. Niezwykle cukierkowy i bajkowy klimat ani na moment nie wydał mi się przesadą. Na miłość Boską to przecież bajka! Piękne kostiumy, przepiękna sceneria i bardzo dobra obsada. 

Bałam się, ze to filmik dla dzieci, ale w rzeczywistości to bajka dla wszystkich. Cały czas się uśmiechałam, często wybuchałam śmiechem, a jak ujrzałam Sean Bena w roli króla to aż zaklaskałam w dłonie. 

Znam dość dobrze całą tę historię. Na potrzeby filmu została ona troszeczkę poprzekręcana, ale zrobiono to rewelacyjnie, nie zatracają najistotniejszych motywów baśni.

Zacznijmy od krasnoludków. Pamiętam do dnia dzisiejszego piosenkę  jaką śpiewały disnejowskie krasnale idąc z kilofami do pracy. W filmie…. mamy wyrzutków, którzy napadają na ludzi w dość niesłychany sposób. Nie dość, że to złodzieje to do tego są bandą… niezwykle zabawnych facetów, o różnych osobowościach, którzy byli taką wisienką na torcie.

Małe wtrącenie. Z zasady nie oglądam filmów z polskim dubbingiem (no chyba, że to bajka, albo Asterx i Obelix), dla mnie to profanacja, niszczenie filmu, czasami uważam, że to wręcz zbrodnia i powiem szczerze, śmieszą mnie ci którzy wola obejrzeć film z dubbingiem a nie z napisami. (dobra lektor może być…) No mniejsza o to. W przypadku Mirror, mirror nie miałam za bardzo wyboru. Ale już pierwsze słowa padające w filmie utwierdziły mnie w przekonaniu, ze może nie będzie tak źle. Brawo dla Agaty Kuleszy, spisała się Pani znakomicie!

Wracając do tematu. Dialogi (nie wiem jak w oryginale) w polskiej wersji językowej były świetne. Krasnoludki zaskarbiły sobie moje serce.

Następny na liście jest książę. Najbardziej książęcy jaki mógł być, nie był tu ani za słodki ani zbyt waleczny. Był to książę z bajki. Zabawny, uroczy, który  nie chce zmieniać sprawdzonych zakończeń popartych badaniami opinii publicznej. I chwała mu za to.

Najważniejsza jest tu jednak Śnieżka (chociaż na początku filmu dowiadujemy się, że jest on o królowej…) Na pierwszy rzut oka na plakat widać, że bardzo się postarano by imię dziewczyny odpowiadało jej wyglądowi. Lily Collins to Śnieżka idealna. Słodka, piękna i zabawna. (niepotrzebnie jednak śpiewa w pewnym momencie…) Ale te jej urocze minki i wielkie oczy spowodowały, że widziałam w niej Królewnę. 

Prawdziwą gwiazdą filmu jest świetna w swojej roli Julia Roberts. Jako zła królowa wypada fantastycznie. Nie jest piekielnie złą macochą tylko taką co to niby jest wspaniała a tak naprawdę to wiedźma w ładnej sukience ( swoją drogą wielkie brawa i pokłony za wspaniałe kostiumy całej obsady), która tylko zastanawia się jak tu znaleźć przystojnego, bardzo dzianego faceta, który zapłaci za jej zabiegi upiększające. Julia dodaje czaru całej opowieści. Jest świetna w swojej roli, a byłam pewna, że wypadnie katastrofalnie. Ależ ja się myliłam.

Może i rzeczywiście film wydaje się słodki i totalnie nierealny, ale utrzymany jest w konwencji baśni. Zadbano o każdy detal by bajka trwała przez te prawie 2 godziny. Wydaje mi się, ze niestety kolejny film o którym napiszę był lepiej promowany i Mirror mirror nie zostało należycie docenione. 
Ja biję się w piersi i mówię tak! dla tej klasycznej, kolorowej baśni bez zbędnego łubu-dubu i latających ostrzy, wybuchów, których tak pełno w dzisiejszym kinie.






Królewna Śnieżka i Łowca/ Snow White and the Huntsman







Ten film od początku wzbudzał u mnie duże emocje. Widząc zwiastun wiedziałam, że to coś dla mnie. Z czasem mój zapał jednak malał, najpierw usłyszałam o tym kto gra Śnieżkę, a później dowiedziałam się, że reżyserem nie jest Tim Burton (tak jak byłam przekonana przez pół roku) więc wyszło na to, że nie widziałam filmu w kinie.

No ale i nadszedł na niego czas.

Królewna Śnieżka i Łowca to produkcja, która ma tyle wspólnego z piękną baśnią co ja z fizyką. Jest to opowieść z pewnością nie dla dzieci i nie na niedzielne popołudnie w gronie rodzinnym. W zasadzie to nie ma to nic wspólnego z historią jaką znam i mało tu Śnieżki w Śnieżce. Ciężko też powiedzieć czy film jest dobry. Z jednej strony to zaskakujący, ciekawy i oryginalny film, z drugiej wywrócenie klasycznej baśni o 180 stopni.  

Poza tym wydaje mi się, że już gdzieś to widziałam, tylko gdzie?… A no tak: Burtonowskie podejście, Alicja w Krainie Czarów, trochę tu każdego z tych wszystkich filmów którymi jesteśmy raczeni ostatnio. Trochę trylogii Tolkiena. Kostiumy jak z Tristana i Izoldy. Sama nie wiem…

Najważniejsze- Śnieżka. Mój stosunek do Kristen Stewart nie jest najlepszy. Ni to utalentowane, ni  to ładne. Śnieżka była pięknością. Miała przebić wszystkie kobiety swoją bladą cerą, kruczoczarnymi włosami, i bladą cerą. No może się nie znam, ale dla mnie pannie Stewart to do Królewny wiele brakuje. Poza tym już dawno zauważyłam, że jej zdolności mimiczne są bardzo ograniczone. We wszystkich filmach gra jedną miną, nie potrafi wyrażać emocji i ciągle chwyta się za głowę jak jej ukochany. Może gdyby Śnieżkę zagrał ktoś inny niż Bella to bym inaczej odebrała tę produkcję, a tak byłam ciągle zła. Ona jest najsłabszym punktem filmu, a niestety pojawia się niemal w każdej minucie:/

Jakby co nie to, że nie lubię Kristen bo "to ta dziewczyna ze Zmierzchu". Nie mówię złego słowa jeśli chodzi o sagę, ale jej po prostu nie lubię. Sory, ale widziałam z nią wystarczająco dużo produkcji by wiedzieć co mówię.

Krasnoludki pojawiły się po godzinie filmu i … no cholera. Nie tak.
Miałam wrażenie, że tak naprawdę nie były tam potrzebne, ale są one symbolem tej historii i Śnieżka bez krasnoludków to jak Kopciuszek bez pantofelka. Rozumiem, ale ciekawsze wejście miał już ten cały trol.

Kolejna rzecz to motyw łowcy. Thor pasuje na taką postać i wszystko byłoby super, ale jednak nie trafia do mnie taka historia… Dobra, odcinając się od moich widzimisię przyznam, że wypadł wiarygodnie. Pasował do swojej roli, przystojny, dobrze zbudowany łowca był konieczny by Kristen nie wypadła jeszcze bardziej komicznie.


Książę. A poco on komu jak mamy Łowcę. Ale taka historia. Z chęcią bym coś zaspoilerowała, ale… Powiem tylko, że by było zabawnie to do tanga potrzeba trojga. Dzięki temu, że nie zapomnieli o księciu mamy tu nagle (ni w pięć ni w dziewięć) wzruszającą historię o miłości i wyborze między dwoma facetami. To chyba nie spoiler. Niemniej jednak mogli sobie to darować. Walka o serce Śnieżki? Czy dzięki takiemu zabiegowi byłam jakoś bardziej poruszona? Nie sądzę. 

Najbardziej jednak rozśmieszyła mnie cena (kto oglądał to wie) jak po pewnym epizodzie, trochę ckliwym, gdzie łza powinna mi się zakręcić w oku, Śnieżka wygłosiła trochę patetyczną przemowę, która w jakikolwiek sposób nie przybliżyła mnie do osiągnięcia katharsis którego chyba film był celem.

Jakie są plusy tej produkcji. Oryginalność i odwaga w podejściu do klasyki. Z pewnością przepych i polot. Uważam również, że historia miała w sobie sporą możliwość dotarcia do szerszej rzeszy widzów i że jeżeli poszedł na nią ktoś kto lubi błoto, miecze, szczęk oręża, sceny walki to mogło mu się to bardziej spodobać niż Mirror, mirror
Największym plusem całej produkcji jest jednak jedna osoba. Ponownie zła królowa (widocznie granie wrednej mamuśki jest bardzo ciekawe). Charlize Theron to gwiazda stworzona do tej roli. Jako wiedźma, bezwzględna królowa błyszczała na ekranie. Nie rozumiem też jak Kristen mogłaby z nią konkurować o tytuł najpiękniejszej. Theron jest zjawiskowa, królewska w każdym geście spojrzeniu i słowie. Jest nieziemska. Zachwyca. Kradnie każdą sekundę filmu. 

Niestety więcej plusów nie mogę się dopatrzeć. Uważam jednak, że to bardzo interesująca produkcja. Z chęcią się dowiem jakie są opinie innych, gdyż sama nie mogę swojej ukierunkować.




Podsumowując, porównując obie produkcję skłaniam się ku Mirror, mirror. Oglądając ten film dużo lepiej się bawiłam. Przy Łowcy były momenty nużące i w zasadzie ciągle się czymś irytowałam. Myślałam, że słodka, klasyczna bajka nie przypadnie mi do gustu. Zafascynowana stylistyką burtonowską jeszcze kilka miesięcy temu wyśmiałabym osobę, która powiedziałaby, że Łowca może być niewypałem. Szczerze powiedziawszy sama się sobie teraz dziwię.
Zdaję sobie sprawę, że Mirror, mirror nie spodoba się wszystkim, jednak w czasie gdy na warsztat zaczynają być brane klasyki, chyba wolę by były właśnie tak przedstawiane. 


A może to tylko wina Kristen i jej zbolałej twarzy, ciągle otwartych ust i wzroku "i tak mam was gdzieś"...






czwartek, 1 listopada 2012

Hello. My name is Tony Stark, and I am Iron Man.

Filmowe podsumowanie tygodnia part 1.


W następnych miesiącach temat superbohaterów będzie mi towarzyszył bardzo często. Wiem, że ten motyw był już tu poruszany, ale dziś postanowiłam, że napiszę recenzje filmu (pseudonieudolną recenzję), który pewnie 99,9% z was widziało. No cóż nie ukrywam, że jestem trochę zacofana.


Przez długi czas wzbraniałam się przed Iron Manem. Jako superbohater kompletnie mnie nie ruszał. Szpaner w blaszaku- tak myślałam.
Jednak jak wspomniałam nadrabiam zaległości, a zarazem odrabiam pracę domową z seminarium licencjackiego. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja wiedza na temat superbohaterów wzrasta. Systematycznie zaczynam skreślać z mojej listy kolejne pozycje. Czas przyszedł i na produkcje Marvela, a jako, że teraz został mi wybór między zielonym, napromieniowanym stworem, a Iron Manem (który podskoczył w rankingu po Avengersach) wybrałam tego drugiego.

Trochę teorii. Iron Man należy do bohaterów wykreowanych przez Marvel Comics Group, która zaskarbiła sobie rynek w latach sześćdziesiątych tworząc panteon gwiazd. Wtedy też nastała moda na tworzenie zespołów bohaterów w tym przypadku mamy Fantastyczną Czwórkę, Avengers, X-Men- nieźle :)  Marvel stał się prawdziwym potentatem na rynku. Doktor Strange, Hulk, Spider-Man, Thor, Capitan Ameryka. Nowe opowieści o superbohaterach pojawiały się w każdym dziesięcioleciu. Wydaje mi się jednak, że prawdziwym bohaterem naszych czasów jest nie kto inny jak Iron Man.

Kim jest Tony Stark? To miliarder, jeden z najbardziej pomysłowych wynalazców technologii wojskowej. Podczas podróży służbowej zostaje ranny i porwany przez terrorystów. Aby utrzymać się przy życiu, konstruuje reaktor łukowy, dzięki któremu odłamki metalu, które go zraniły, nie dochodzą do serca. Buduje też nowoczesny kostium-zbroję, aby uciec porywaczom. Z czasem produkuje coraz nowsze i potężniejsze wersje kostiumu i postanawia ich używać do zwalczania przestępczości jako Iron Man.
Co ciekawe wcale się z tym nie kryje. Nie bierze przykładu z Supermana, Batmana, Spider-Mana. Olewa tradycję i głośno i wyraźnie podkreśla kto tu rządzi.
Jak już powiedziałam bohater naszych czasów.



Filmy o Iron Manie to z pewnością coś z goła odmiennego od znanych nam wzorców. Tony Stark nie zakłada obcisłych galotów, rezygnuje z peleryny w którą można się niebezpiecznie zamotać. Z swoich wyczynów robi prawdziwe show. Lubi się otaczać gadżetami, wie na co go stać. Podkreśla, że jest geniuszem, playboyem, lubi dobrą zabawę, a reszta może mu tylko podskoczyć. 

Wielką zasługą fenomenu i uwielbienia jakie nasze społeczeństwo darzy te filmy jest bez wątpienia Robert Downey Jr. Wydaje się wręcz, że aktor ten urodził się by grać superbohatera o wysokim ego. Nic tu nie jest sztuczne i naciągane. W zasadzie to reszta bohaterów (w Avengers) wypada przy nim niezwykle blado. Robert stworzył postać, która do końca będzie utożsamiana właśnie z nim. Nic więc dziwnego, że filmy z cyklu wychodzą niezwykle regularnie, a gościa w stalowym kostiumie będziemy  mogli podziwiać w kolejnych produkcjach.
Bez wątpienia aktorzy to mocna strona produkcji, podobnie jak efekty specjalne.

Prawda jest jednak taka, że cała historia to komercyjna sieczka bez głębszego przesłania i fabuły. To taka papka dla mas która się każdemu spodoba i dostarczy dobrej zabawy. Każdy przeciętny Smith, który wyjdzie z kina wyjdzie mniej lub bardziej zadowolony, ale z pewnością obejrzy kolejną część by móc ją porównać do poprzedniej. Kto jednak oczekuje od takiej produkcji czegoś więcej? Idąc na Iron Mana żądamy widowiskowych scen walki, świetnych efektów specjalnych, znakomitego humoru, a nie przesłań i dysput o polityce, moralach, światopoglądzie. Chociaż...

O podtekstach kryjących się w filmach o superbohaterach pisałam wczesniej i nie będę się powtarzać by nie wyczerpać pomysłów do mojej pracy licencjackiej.

Ogólnie muszę powiedzieć, że Iron Man (obie części) bardzo mi się podobały. Jest to historia łatwa, lekka i przyjemna, w sam raz na jesienną chandrę. Jest to jedna z ciekawszych pozycji swojego gatunku.  Polubiłam tego milionera o niezwykłych umiejętnościach i muszę z przykrością stwierdzić, że stał się kolejnym gwoździem do trumny dla Supermana, którego nie znoszę, a który jest już symbolem.