piątek, 29 listopada 2013

Igrzyska Śmierci: W Pierścieniu Ognia

Spoiler free zone.

Listopad to bez wątpienia najatrakcyjniejszy miesiąc tego roku. Długo wyczekiwany, a dni do niego były skrupulatnie odliczane w kalendarzu. Czy to pod względem spełnionych marzeń, czy (co może nie dziwi) filmowych nowości, był fantastyczny. Dziś jednak (jeszcze) nie będzie o tym pierwszym. 
Dziś na świeżo (powiedzmy) będzie filmowo.



Poza Thorem na moim kalendarzu widniały jeszcze dwa tytuły: Doctor Who 50th Anniversary Special- o którym nie będę pisać, bo trzeba być fanem serialu by to obejrzeć (odcinek był fantastyczny); oraz drugi  Igrzyska Śmierci: w pierścieniu ognia. Jako fanka trylogii Suzanne Collins wręcz nie mogłam się doczekać. Pierwszy film okazał się zgrabną ekranizacją, która całkiem nieźle oddała klimat książki, jak również wniosła coś, co pozwoliło nam na trochę inaczej spojrzeć na tę historię (która napisana w pierwszej osobie była trochę za subiektywna).

Od czasu pierwszego filmu widziałam niemal wszystkie filmy z Jennifer Lawrence, która bardzo polubiłam i doceniłam. Sama Lawrence niesamowicie się rozwinęła, dojrzała co widać na ekranie. Jaj Katnis jest jeszcze lepsza, bardziej przekonująca. Jeżeli dziewczynki i dziewczyny na całym świecie powinny sobie szukać wzorców, to Jennifer jest odpowiednią kandydatką. Jako jedna z nielicznych zachowała normalność w świetle jupiterów. Jest sobą i nie udaje (a jeżeli tak to robi to cholernie dobrze, ale nie da się tak udawać normalności). A Katnis również znacznie wyróżnia się na tle innych bohaterek i o ile w książce może nas czasem irytować (ze względu na sposób prowadzenia narracji), w filmie pokazana jest jako silna młoda kobieta, której nie obce są uczucia i która nie jest idealizowana, a jej poczynania są dobrze umotywowane.

W pierścieniu ognia to wspaniałe kostiumy, jeszcze lepsze efekty, więcej dramaturgi i zwrotów akcji. Podobnie jak książka, film utrzymuje stałe napięcie. Podobnie jak książka szokuje i trochę nawet bardziej niż pierwowzór wywołuje w nas gniew. Film pokazuje to, czego nie mogliśmy przeczytać, sceny o których istnieniu i przebiegu mogliśmy się tylko domyślać. Co zrobione zostało niezwykle zgrabnie, a w odniesieniu do książki, uzupełniło braki i podkreśliło walory.


Dużym plusem filmu jest obsada. Josh Hutcherson jest lepszym Peetą niż w pierwszej części, Donald Sutherland kapitalnie wciela się w prezydenta Snowa, a Stanley Tucci jakCaeser Flickerman jest jak błyszcząca, fenomenalna gwiazda, jakby ta postać była specjalnie dla niego napisana. Aktorów dobrano tak, iż nie mam żadnych zastrzeżeń, wszyscy odtwarzają bohaterów bardzo dobrze.

Ze wszystkich książek z gatunku young-adult, to właśnie Igrzyska są najdoroślejsze, to one najwyraźniej odbijają się od pozostałych. Możemy przeczytać i obejrzeć wiele produkcji o dystopijnej tematyce, ale wydaje mi się, że to Igrzyska spodobają się ludziom bez względu na wiek. Są dorosłe, niesztampowe, świetnie napisane i umówmy się, to reszta dąży do nich, a nie na odwrót.

W kinie nie spotkamy dzieci, ta historia z pewnością nie jest dla nich. Drugi film jest jeszcze brutalniejszy, porusza ważniejsze tematy. Dorośli aktorzy, dorośliśmy i my. Bardzo mnie cieszy, że twórcy również to widzą, nie łagodzą historii, nie zmieniają fabuły, jeszcze ja uwypuklają. Nie starają się zrobić filmu dla każdego.
Głodowe Igrzyska są same w sobie przerażające dlatego i sami odbiorcy muszą być na tyle dojrzali by zrozumieć sam tragizm tego pomysłu.

Nie jest też tak, że ta część jest lepsza od drugiej. Odniosłam wrażenia, że podobnie jak książki, są na tym samym dobrym poziomie. Pomimo dość ciężkiej tematyki nadal pozostają dobrą rozrywką i ciekawą propozycją. 

Colins stworzyła historię, która nie bez powodu stawiana jest przy chyba (a w mojej ocenie na pewno) najlepszej serii dla młodzieży, czyli Harrym Potterze. W swojej czytelniczej karierze przeczytałam wiele książek, które walczyły o miano następcy Harry'ego Pottera i chociaż, pewnie taki się nie znajdzie, to wiem, że teraz wszyscy będą dążyć do zastąpienia Igrzysk. Ponownie szczerze wątpię, by cokolwiek, co powstanie później miało tę świeżość i polot, a którakolwiek bohaterka siłę Katnis.

Film jest świetnym uzupełnieniem trylogii. To świetna rozrywka nie tylko dla dzieci i młodzieży. Zatem zarówno książki jak i filmy bardzo polecam. 






sobota, 9 listopada 2013

Loki: The Dark World

(no spoilers!)

Będzie to recenzja niezwykle subiektywna. Patrzyłam na film przez różowe okulary, ekscytując się każdym najmniejszym szczegółem, każdą sceną, zapominając o bożym świecie. Zbyt długo czekałam na ten film, zbyt wielkie miałam oczekiwania, by wziąć to na spokojnie. Za "ochy" i "achy" przepraszam... albo nie, to mój blog i moja recenzja- deal with it! 

Uwielbiam tę nerdowską cząstkę siebie, która pozwala mi na ekscytacje produkcjami typu Thor. Nie jest to tylko wpływ mojego licencjatu. Uwielbiam produkcja kina popularnego. Uwielbiam wybuchy, kicz, i nierealność filmów. Filmy o superbohaterach... uwielbiam comics movies!


Na drugą część Thora czekałam odkąd obejrzałam Avengers. Moje oczekiwania były niezwykle wygórowane, a wszystko podsycały wszelkie przecieki z planu, spekulacje, wywiady. Produkcje Marvela maja w sobie coś takiego, czego nie maja inne. Mają te iskrę, ten humor i dramatyzm. To nie są ot takie historyjki o ludziach z super mocami. Marvel to organizm, który napędza się samodzielnie. Nakręcają nas jak zabawki i po każdym seansie puszczają w świat z nowymi pomysłami, z nowymi pytaniami i oczywiście z dawką bardzo pozytywnych energii.

Pierwsza część Thora była kiepska. W moim rankingu filmów Marvela plasował się w dolnej części tabeli. Jedynie Hopkins i Hiddleston ratowali cała koncepcję. Po sukcesie, powalającym bądź co bądź i poprzeczce jaka ustanowiły filmy z Iron Manem, producenci pewnie wyrywali sobie włosy z głowy, co tu zrobić, by znów nie zawieść. Nie wiem jak długo nad tym siedzieli, ile nieprzespanych nocy i wypitych kaw maja za sobą, ile ton papieru zużyli scenarzyści. Ale się udało. 
Thor: Mroczny świat wspiął się na wyżyny i jest rewelacyjny.

Alan Taylor to nieprzeciętny reżyser. Twórca Gry o Tron, Mad Man, Lost. Powierzenie mu Thora.. sprawiło, że tchnął w tę produkcję nowe życie, obdarł ja z kiczu i śmieszność. 

Po wydarzeniach z filmów "Thor" i "Avengers", Thor próbuje zaprowadzić porządek w kosmosie, ale starożytna rasa, dowodzona przez mściwego Malekitha powraca, by zepchnąć wszechświat w ciemność. Stając do walki z wrogiem, którego nie może pokonać nawet Asgard pod wodzą Odyna, superbohater musi udać się na niebezpieczną wyprawę, podczas której ponownie zjednoczy siły z Jane Foster i poświęci wszystko, by ratować nas wszystkich.

Thor się zmienił, ewoluował (podobnie jak Chris Hemsworth, który pokazał na co go stać, wyluzował i bawił się rolą).  Już nie jest tym dzieciakiem, zadufanym i pewnym siebie księciem. Teraz to pretendent do tronu, silniejszy i mądrzejszy. Obdarty z wszelkich złudzeń, nie czeka aż zło go dopadnie, ale działa, tym razem nie pochopnie, ale z rozwagą i determinacją (podszytą chęcią zemsty). Jane, która nie należy do najlepszych bohatera filmowych, zaskakuje poczuciem humoru i odwagą. W pierwszej części Natalie Portman nie zachwycała, jej rola była szara i bezpłciowa (znam osoby, które jawne życzyły Jane śmierci, bo miały jej dosyć), tu pokazuje pazur, nie jest idealna, ale już nie irytuje. Poza tym, Rene Russo (Frigga) zaskarbia serce chyba każdego, podobnie jak Kat Dennings (Darcy), która z każdym pojawieniem się na ekranie wywołuje uśmiech i przypływ pozytywnych emocji. Thor: Mroczny świat pełen jest barwnych i ciekawych postaci. Jak przystało na film o superbohaterze pojawia się i przeciwnik. Christopher Eccleston nie jest tak demonicznie zły jakby można było oczekiwać. To potwór, który trochę z niewiadomych przyczyn chce zniszczyć wszystko i nie cofnie się przed niczym. Nie ma w nim jednak tej desperacji i wściekłości jaką charakteryzuję się inne czarne charaktery. Ma w sobie coś z majestatyczności i z pewnością brakuje mu poczucia humoru. Ale to nie wady.

Thor zawsze był częścią mitu. W przeciwieństwie do swoich przyjaciół z Avengers jego świat to bajka, w którą trudno jest uwierzyć. Jednak jego historia ma w sobie coś z klasyki. To opowieść o królach,  niezbadanych światach. Thor jak król Artur ma swoich rycerzy, ukochaną dla której jest gotowy poświęcić życie. Królestwo i tron które na niego czekają. Tworząc tę historię Joss Whedon i Kenneth Branagh wpadli w pułapkę mitu i bajki, przez co ich świat kojarzy się nam bardziej z tęczą i jednorożcami niż bogami wikingów, Alan Taylor natomiast ratuje sytuację.

Akcja w Thor: Mroczny świat nabiera tępa już od pierwszych scen. Film nie jest tak przegadany. Kilkakrotnie dochodzi do efektownych walk i zwrotów akcji. Walka głównego bohatera z Malekithem to majstersztyk. Kapitalne efekty tylko podgrzewają atmosferę. Jest jak u Hitchcocka- najpierw bum, a później może być tylko lepiej. Do tego dużo humoru i zaskakujących wydarzeń. Kapitalne dialogi. Wielokrotnie puszczane jest oko do fana. Każdy orientujący się w uniwersum Marvela dostrzeże te małe aluzje, które są ukłonem dla tych wszystkich, którzy wiernie trwają przy ich produkcjach. To co właśnie najbardziej u nich lubię, to dbanie o swoje dzieci i trzymanie ich przy sobie, pozwalanie na współistnienie. (Dlatego Superman i Batman maja się połączyć- to działa). Aż do końca ciężko oderwać wzrok od ekranu, a końcowa scena jest ukoronowaniem filmu i spełnieniem moich najśmielszych oczekiwań. 

Może was trochę zaskoczy temat tego posta, zwłaszcza, że ani razu nie wspomniałam o Lokim, ale najlepsze zawsze zostawiam na koniec.



To wielka miłość jaką żywię do Toma Hiddlestona, w moim mniemaniu najlepszego aktora swojego pokolenia, sprawiała, że odliczałam dni do premiery. Już w przypadku dwóch poprzednich filmów, Tom udowodnił, że potrafi grać i wie o co w tym wszystkim chodzi. Jego kreacja Lokiego, uważana za jedną z najlepszych w produkcjach Marvela, przyćmiewała wszystkie inne postacie i nawet rewelacyjny Robert Downey Jr musiał się nieźle namęczyć. Loki Hiddlestona, jak na boga oszustwa przystało, ma najbardziej złożony charakter ze wszystkich bohaterów produkcji. Pod powłoką zła kryje się ból i cierpienie, które go tylko napędzają do zemsty. Hiddleston ponownie kradnie show. Każda scena w której się pojawia (a nie jest ich tak dużo jakbym tego chciała), nabiera dodatkowego kolorytu. Potyczki słowne Lokiego i Thora są wręcz kapitalne. Jego gra stoi na najwyższym poziomie, bez problemu pokazuje wszystkie emocje i to w taki sposób, że nie raz uginają nam się kolana. Tom ponownie wyciąga z postaci to co najlepsze i o ile w pierwszym filmie wiele pochodziło od niego, to tu widać, że twórcy zrozumieli jak kierować jego postacią i teraz w każdej scenie błyszczy, a widzowie go wręcz kochają. Loki to fenomen, nic wiec dziwnego, że fandom Hiddlestona jest ogromny i a Loki's Army zdobywa kolejnych członków. Nawet w połowie, nie jestem w stanie opisać, jak jego kreacja jest rewelacyjna. Loki zasługuje na spin offa, bez wątpienia film byłby sukcesem. Może wystarczającym dowodem na to, będzie fakt, że wychodząc z sali słychać było tylko jedno imię: "Loki".

Podsumowując. Jestem niesamowicie mile zaskoczona. Film podobał mi się na tyle, bym nie była w stanie wczoraj nic napisać. Thor: Mroczny świat dostarczył mi tyle rozrywki i emocji ile potrzebowałam. Moja recenzja nawet w połowie nie opisuje tego co czuję. Nie chciałam niczym spoilerować. Jeżeli mam jakoś was zachęcić do pójścia do kina to proszę: Tom Hiddleston, Chris Hemsworth, Alan Taylor, efekty, fabuła, świeżość i najważniejsze: świetna zabawa. Można chcieć czegoś więcej?

Thor: Mroczny świat jest tak dobry jak Iron Man i może lepszy od Avengers, a z pewnością lepszy od Thora. Czekanie na trzcią część chyba mnie wykończy....


czwartek, 7 listopada 2013

After reading: "Pokuta" i "Miasto Kości"


Przedzierając się przez stosy książek zalegających na półkach i przeglądając dziesiątki stworzonych przeze mnie list, coraz trudniej jest mi dokonywać wyborów. Mam za mało czasu, a ilości tego czego jeszcze nie widziałam jest zbyt duża, bym mogła temu w jakikolwiek sposób podołać. Jest tysiące pozycji, które chciałabym mieć w swoich rękach, i równie wiele, które muszę przeczytać. Do tej pory jednak nie zdarzyło mi się tak, by książki z stosu "chcę" pokrywały się ze stosem "muszę". Nigdy nie byłam wielbicielką poezji ani tekstów staropolskich. Nie ekscytowałam się widokiem "dzieł wybranych Mickiewicza" i nie nie mogłam się doczekać aż sięgnę po Sienkiewicza. W tym roku jednak, z nie znanych mi powodów, nabrałam dystansu do słowa "lektura" i postanowiłam zgłębiać tajniki nawet tych, które wcześniej traktowałam jako przykry przymus. Zrozumiałam, ze literatura polska, której znajomość zazwyczaj ogranicza się do lektur szkolnych, to zbiór fantastycznych i wartościowych dzieł, które niesłusznie zostały wypatrzone przez szkołę. 

Już jakiś czas temu zmierzałam zganić oświatę, za przesiew jaki zrobili w kanonie lektur, ale przeglądając go na spokojnie, zrozumiałam, że żyjemy w innych czasach. Tempo naszego życia się zmienia, a młodzi nie interesują się jakimś dziełem sprzed 200-stu lat napisanym 13-sto zgłoskowcem. Wiele z lektur, które nas obejmowały, było nudnych. Musicie to przyznać. Dlatego pojawienie się Tolkiena, Sapkowskiego czy Lewisa jest jakimś sposobem na urozmaicenie i odmłodzenie listy, a nauczyciele, jeżeli maja jeszcze siłę, zawsze mogą coś z klasyki przeszmuglować. Zresztą mamy wspaniałe adaptacje "lektur szkolnych"- dlaczego ich nie wprowadzić do kanonu? 
Zostawmy jednak szkołę na boku.

Moja lista książek "do przeczytania" osiągnęła już rozmiary Wieży Eiffla i ciągle się powiększa. Pogodzenie tego z czasem, którego mam coraz mniej, to nie lada wyzwanie. Jednak opozycja pomiędzy "chcę" a "muszę" na reszcie zaczęła się zacierać, a dowodem na to jest pierwsza z wymienionych tu przeze mnie lektur.




Nie powinno się oglądać filmu zanim się nie przeczytało książki. Na pewno nie powinno się oglądać "Pokuty" zanim się nie przeczytało książki.

Upalny dzień roku 1935. U Tallisów ma odbyć się przyjęcie. Trzynastoletnia Briony jest świadkiem sceny miłosnej pomiędzy jej siostrą Cecilią i synem gosposi Robbiem. Dziewczynka jednak widzi całkiem coś innego, a dalszy przebieg wieczoru i wszystkie jego następstwa są konsekwencją jej wyobrażeń. Los sprawi, że zachowanie Briony i jej słowa będę miały tragiczne, wręcz niszczące skutki, a ona sama, z czasem zacznie rozumieć swoją pomyłkę i będzie musiała odbyć bolesna pokutę. Wybuch II wojny światowej, rozłam w rodzinie i jej bezradność co do wydarzeń nie będzie sprzyjał rehabilitacji. Czy jej się uda, czy Cecilia i Robbie będą szczęśliwi, czy miłość może przetrwać w obliczu katastrofy? 

Powieść McEvana nie mogła mnie niczym zaskoczyć. Znając tę historię, zapamiętałam każde najważniejsze wydarzenie, dlatego też nie miałam większych oczekiwań co do lektury. Chciałam sprawdzić na ile oryginał zgadza się z adaptacją. Jakie było moje zaskoczenie gdy odkryłam, że te dwa dzieła współgrają ze sobą, a jednocześnie, każde z osobna, dostarcza niezwykłych wrażeń i działa jakby na dwóch płaszczyznach.

McEvan stworzył przykład znakomitej prozy, która niebezpodstawnie uznawana jest przez krytyków za arcydzieło. W "Pokucie" wkraczamy w świat miłości, wojny, grzechu i zadośćuczynienia. W znakomity sposób, wręcz po mistrzowsku, autor manewruje pomiędzy różnymi poziomami świadomości bohaterów, ukazując ich psychikę i sposób patrzenia na świat. Umiejętnie buduje napięcia, tworząc przeplatający się ciąg zdarzeń i ukazując czytelnikowi świat takim jaki on jest, z rożnych perspektyw. Daje nam wszystkie niezbędne element,y dzięki którym zrozumiemy tragiczność sytuacji, a która by się nieudała prowadząc narrację jednopłaszczyznową. Lawiruje między bohaterami, nie pozwalając na cień przypadku, na niedomówienie. 

Całość powieści podzielona jest na 4 etapy. Są to poszczególne etapy życia, etapy historii. Pierwszy opisuje jeden dzień roku 1935. Ten tragiczny dzień, który miał być tak piękny. McEvan daje nam poznać każdego, zrozumieć ich motywację, miarkuje napięcie. Na początku sami popadamy w rozluźnienie za sprawą promieni słonecznych, upału i wolności, by za chwilę w niezwykle dynamiczny sposób, niczym po uderzeniu meteorytu, wszystko się zmieniło. 
Część druga przenosi nas w czas II wojny światowej. Znajdziemy tu niesamowite opisy walki, dokładne i surowe. Część trzecia rzuca nam więcej światła na postać Briony, na jej dochodzenie do prawdy by w kolejnej części zaskoczyć nas, zmusić do refleksji, zadumy nad cała sytuacją. Do uronienia łzy?

"Pokuta" do emocje. Emocje o jakie trudno. Myśląc o tej historii czujemy ścisk w żołądku. Ian McEvan pokazał w niezwykle plastyczny i wysublimowany sposób jak bardzo musimy być świadomi konsekwencji własnych czynów, gdyż nasze życie może się rozpaść, a jego posklejanie, choćbyśmy się bardzo starali, może zająć nam lata i być niezwykle trudne. 

Natomiast co do filmu i jego stosunku co do książki, to jest to przykład niezwykle przemyślanej i dopracowanej adaptacji. Jak już wspomniałam obie pozycje współgrają ze sobą, jednak oddzielnie dają nam dodatkowe przezycia, a o to właśnie chodzi- o poruszenie odbiorcy, poruszenie do głębi.



Lektura z cyklu: young-adult, na jedno popołudnie.

Życie Clary zmienia się gdy jest świadkiem morderstwa. Zaczyna dostrzegać rzeczy, której nikt z ludzi widzieć nie powinien, a na jej drodze staje tajemniczy i przystojny Jace. Na domiar wszystkiego jej matka zostaje porwana, co sprawia, że Clary staje się częścią nieznanego jej świata i zaczyna odkrywać prawdę o sobie samej. 

"Miasto kości" to przykład literatury młodzieżowej, po którą sięgają w znacznej mierze ludzie powyżej 18 roku życia. Do tego samego "gatunku" zaliczamy też "Harry'ego Pottera" "Igrzyska Śmierci" czy nawet "Hobbita". Jest to literatura niewymagającą, łatwa i przyjemna, która jednak odchodzi od dziecinności na rzecz podejmowania bardziej poważnych tematów.
Po raz pierwszy o "Mieście Kości" usłyszałam przy okazji promocji filmu. Tak to już jest, że obecnie każda książka, która ma jakikolwiek potencjał zostaje zekranizowana w zaskakująco szybkim tępię (co zawdzięczamy bez wątpienia sukcesowi Pottera). Nie ma oczywiście w tym nic złego, uwielbiam adaptacje filmowe, pod warunkiem, że są one dobra, a w tym przypadku mam kilka zastrzeżeń... ale o tym później.

"Miasto kości" to pierwsza część cyklu "Dary anioła". Już na początku fabuła się rozkręca. Od razu jesteśmy świadkami morderstwa. Nie znając jeszcze dobrze głównej bohaterki jesteśmy uraczeni serią pytań i tajemnic. Przez cały tom rozwiązujemy historię i wkraczamy w świat magii (ale nie takiej z różdżkami) niesamowitych stworzeń, aniołów i demonów. Autorka sięgnęła do mitów, albo do innych licznych już książek gatunku. Zebrała je wszystkie i starał się stworzyć własny mit, rozgrywający się na planie współczesnego Manhattanu.

Jak przystało na powieść young-adult tak i tu nie mogło zabraknąć oczywiście niezwykle istotnego elementu romansowego pomiędzy głównymi bohaterami. Ich "romans" kwitnie niemal od pierwszego wejrzenia i chociaż przez cały czas zawija się on niczym wąż, to gwarantuje wam, że na końcu będziecie zaskoczeni finałem. Tego jeszcze chyba nie było.

Czytając miałam jednak nieodparte wrażenie, że czytam coś napisanego przez nastolatka. Nie wiem czy to wina tłumaczenia, w którym roiło się od błędów stylistycznych, czy fandomowy rodowód. Czasami narracja kulała i wątki były śmiesznie naiwne i bez sensownego podłoża, a kreowane napięcie, w pewnym momencie zostało złamane przez, według mnie niewłaściwe fabularne posunięcia. 

"Miasto Kości" nie jest książką która zmieni wasze życie. Nie wnosi ona nic odkrywczego.  Nie jest najlepszym dziełem literackim.
Jest to jednak coś nowego-starego. Jest to przyjemna lektura na wolne popołudnie (albo dwa). Wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Są tacy, którzy ja pokochają, są tacy, którzy wyśmieją. Według mnie ma jednak to "coś", co spowoduje, że sięgnę po kolejne części, bo czy wszystko co czytamy musi być z najwyższej półki?

PS. Film psuje wszystko. Oderwany od książki, zmieniając kilkukrotnie fabułę oferuje kilka spoilerów co do dalszych tomów, a to nie jest fajne...