poniedziałek, 7 listopada 2016

Spójrz mi w oczy Audrey - polskie wydanie vs oryginalne

Jak często czytając książkę myślimy o tych którzy ją dla nas przetłumaczyli? 
Jak często zastanawiamy się jak ta książka brzmiała w oryginale?
Ile swojego pierwiastka włożył w nią tłumacz?

Dziś skupimy się właśnie na tłumaczeniu, na tym jak i czy w ogóle polskie wydanie różni się od oryginalnego. Czy emocje są te same, czy klimat jest ten sam.

Wydawnictwo Media Rodzina wydało właśnie jedną z moich ulubionych książek zeszłego roku i niezmiernie się cieszę, że dane jest mi porównać oba wydania. 

Z wielką radością ogłaszam że Findng Audrey aka Spójrz mi w oczy Audrey jest już w naszych księgarniach!



Dopóki nie zaczęłam czytać książek po angielsku niewiele myślałam o tym jak brzmi ona w oryginale, ile daje tłumacz od siebie. Odkąd po angielsku czytam niemal tak dużo jak po polsku zaczęłam się też zastanawiać czy książka naddawałaby się na przetłumaczenie, czy w naszym języku byłoby to to samo. Ok, poniekąd to część mojej "drugiej pracy" i ten nawyk nieodwracalnie mi się wbił w umysł, ale myślę, że jeżeli czytasz książkę w oryginale i ci się podoba, chętnie ujrzałbyś ja na półce w polskiej księgarni.

Tak też było z Finding Audrey. Od razu zaznaczam, że dziś nie dostaniecie pełnej recenzji. Dzisiejszy post poświęcony jest polskiemu wydaniu. Zanim więc przejdziemy do dalszej części posta, najlepiej przeczytajcie moją recenzję książki sprzed roku

Gotowe?
To przejdźmy dalej.

Rok temu napisałam Niestety, książki nie ma jeszcze na polskim rynku, ale jeżeli zostanie wydana... kiedy zostanie wydana, będę pierwsza w kolejce. Potrzebujemy wszyscy takich lektur! i jakże się cieszę, że miałam rację. 

Nie musieliśmy w cale tak długo czekać i nie tylko dostaliśmy ją całkiem szybko, to jeszcze przetłumaczoną tak, że nie mam zastrzeżeń ( a chciałam wam fragmentami przytaczać przykłady co mogło być zrobione inaczej... no cóż :))

Przy czytaniu oryginału obawiałam się o kilka żartów sytuacyjnych, które nie byłam pewna czy wyjdą w języku polskim. Pan Maciej Pokutny spisał się wyśmienicie. Książka tak samo bawi, humor jest czytelny i nic nie zostało spłycone. Jedyny problem mogło stanowić "bloody hell", dobrze nam znany zwrot z Harry'ego Pottera, który w tym też kontekście będzie tu też użyty. Każdy fan Harry'ego, nawet bez późniejszych tłumaczeń od razu złapie aluzję. Po polsku nie jest to takie oczywiste - mamy zbyt bogaty słownik by móc to jednoznacznie przetłumaczyć, ale tłumacz spisał się bardzo dobrze.

Możecie sobie zadawać pytania, dlaczego w ogóle zastanawiać się nad tłumaczeniem? Przecież sens jest ten sam, słowa te same, wystarczy wszystko przełożyć. Wierzcie mi, nie wystarczy. Szczególnie jeżeli chodzi o powieści młodzieżowe, obyczajowe, których często najważniejszą bronią jest właśnie język. W tym roku przeczytałam już sporo powieści, które w języku polskim brzmiały płytko, jakby tłumaczone od niechcenia, po prostu źle. Jestem pewna, że prędzej zaakceptowałabym je w oryginale. Tymczasem Spójrz mi w oczy Audrey jest tak samo fantastyczna jak pamiętam sprzed roku. Wydawnictwo Media Rodzina od lat kojarzy mi się z fantastycznymi tłumaczeniami - Harry Potter! i tym razem też nie zawodzą. 

Już pomińmy samo tłumaczenie. W czytaniu liczą się emocje. Po to sięgamy po książki by poczuć "to coś". Ile razy słyszałam "nie lepiej wypożyczyć książkę z biblioteki, przecież nie przeczytasz jej drugi raz". Moja teoria jest taka, że jeżeli nawet nie pomyślisz o tym, że po książkę warto sięgnąć ponownie, to nie jest ona wystarczająco dobra. Po Audrey chciałam sięgnąć tuż po jej skończeniu.  Wiedziałam, że jeżeli nie będę mieć papierowej kopii w naszym języku to jak będę miała taką okazję kupię oryginał. Po prostu chciałam ją mieć w swojej kolekcji. 
Jest o niej u nas stanowczo zbyt cicho i nie będę ukrywać, że głównym powodem tego postu jest chęć przekonania was, że warto udać się do księgarni. Ja jestem przekonana, że ta książka zostanie przeze mnie zaczytana. Dlatego też cieszę się, że mam swoją kopię, która nie tylko zawiera wszystko co kocham w tej ksiażce, każde słowo, ale i wygląda, nie boję się tego powiedzieć, lepiej niż oryginał.

Kochani, jeżeli oszukaliście i czytaliście dalej to jeszcze raz zachęcam do kliknięcie TU by zapoznać się z moja recenzją.

Spójrz mi w oczy Audrey to zabawna, ciepła i oryginalna opowieść w której choroba, mimo, że jest kluczowym motywem, tak naprawdę stanowi tło do pokazania czegoś ważniejszego. Każdy człowiek jest istotą społeczna, gdy ten czynnik zawodzi, trudno jest odnaleźć samego siebie. Sophie Kinsella nie napisała książki o chorobie, napisała książkę o rodzinie, miłości i młodej istocie która ponownie musi pokochać i zrozumieć samą siebie. 
Dała mi też książkę do której będę wracać bardzo chętnie i często, a którą i wy teraz możecie przeczytać!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz