poniedziałek, 24 grudnia 2012

Święta, Święta, ale najpierw...

Zanim zasiądziemy do wigilijnego stołu, połamiemy się opłatkiem, zaśpiewamy kolędy, rozpakujemy prezenty i wbijemy widelce w karpiowy brzuszek nadchodzi tradycyjny czas depresji.

Gorączkę przedświąteczną zaczęłam zauważać dopiero kilka lat temu, gdy zaczęłam zajmować się kupowaniem prezentów i świątecznymi przygotowaniami. 
Co roku, gdy tylko znicze się wypalą a chryzantemy zaczną więdnąć, na półkach sklepowych pojawiają się mikołaje, bałwany, bombki, światełka i inne duperele. To jeden z pierwszych znaków zbliżającego się okresu świątecznego który potraw od tej chwili aż do 26 grudnia gdy Święta staną się przeszłością. Oczywiście w listopadzie nielicznie ulegają namowom półek sklepowych i robią zakupy. Znaczna część populacji naszego globu, zostawia wszystko na ostatnią chwilę i czeka, aż wyprawy do sklepu nie będzie można przełożyć na inny termin.
Mniej więcej na dwa tygodnie przed świętami, gdy rozgłośnie radiowe rozkręcają się w nadawaniu 'Last Christmas', a ciężarówka coca-coli rusza w swoją podróż w spocie reklamowym, zaczyna się okres "co tu mogę kupić?". Ludzie śmigają od jednego sklepu do drugiego, oglądają, odkładają i postanawiają wrócić później. 



Następnie (tydzień przed) nie da się już niczego przesunąć. Tłumy zdesperowanych, zagubionych nieszczęśników błąka się korytarzami galerii handlowych w poszukiwaniu upominków dla najbliższych. Sterty ciuchów odseparowane od wieszaków, walają się po podłogach, bombki tłuką się przewrócone przez obładowanych torbami klientów. Zdezorientowani sprzedawcy starają się zapanować nad tłumem, a ten wyrywa sobie produkty i narzeka na brak odpowiedniego towaru. Nie ma co liczyć na koszyk w markecie, wszystkie pomarańcze są przebrane i zostają tylko te z biały kożuszkiem. Udając się po mleko musisz liczyć się z tym, że szybciej byłoby znaleźć krowę i ją wydoić niż stać w kolejce do kasy. Kurtka, szalik, czapka i rękawiczki ciążą ci jakby ważyły tonę. Szturchany, popychany, niezauważany przez otoczenie, zastanawiasz się czy nie lepiej byłoby wyjechać gdzieś daleko i przeczekać ten armagedon. Gdy już udaje ci się siąść w autobusie, przysięgasz sobie, że nigdy więcej.



Wtedy następuje faza druga. Wracasz do domu i uświadamiasz sobie, że zakupy to pikuś w porównaniu z domowymi porządkami. Zaczynasz od "wielkich" spraw. Zabierasz się za mycie okien, podłóg, gruntowne wycieranie kurzy (tam gdzie się tego zazwyczaj nie robi), szorowanie dywanów, pranie firanek, sprzątanie łazienki (która zdarza się, że cię pochłania na kilka godzin). Musisz jeszcze ubrać choinkę, spakować prezenty. Wszystko to trzeba zrobić dokładnie, ale najlepiej w ekspresowym tempie by się wyrobić. W pewnym momencie nachodzi cię zrezygnowanie i zaczynasz liczyć na to, że Majowie może pomylili się o kilka dni. Nie chce ci się nic, a do Świąt jest na tyle daleko, że wiesz, że czeka cię wiele pracy, ale znów Święta są za moment, więc wiesz, że nie wszystko uda ci się zrobić. Nie pozostaje ci nic innego jak rzucić to wszystko i oddać się świątecznej depresji.



Widząc to wszystko zastanawiam się tylko gdzie podział się ten cały duch świąt. Komercyjny ich wymiar pożarł nas doszczętnie. Symbolem Bożego Narodzenia stała się choinka, prezenty i karp, a nie jak sama nazw wskazuje Narodzenie. Brak nam spokoju, radości i przyjemności w tych całych przygotowaniach. Jesteśmy sfrustrowani i gburowaci. I chyba nawet życzenie "Wesołych Świąt" spowszedniało i nas nie cieszy...



Więc... Życzę wam Wesołych Świąt. Ciepłych, rodzinnych, spokojnych. Życzę wam zdrowia i okazji do relaksu. Byście w momencie zasiadania do kolacji wigilijnej zostawili cały ten nieprzyjemny zamęt za sobą i by nadchodzące dni były okazją do spotkać, wymiany uśmiechu. Pamiętajcie nie ograniczajcie się w jedzeniu. Nie po to się tyle męczymy by później nie korzystać. Smacznego karpia, i barszczyku z uszkami. Stosów prezentów pod choinką. Byście wszyscy wypoczęli i naładowali akumulatory. Nie myślcie o pracy, studiach, szkole. Życzę wam niesamowitego Sylwestra, a jeżeli już mowa o 2013... By nie był pechowy, ale lepszy od poprzedniego. By przyniósł same radosne dni i spełnione marzenia. Zabawę i sukcesy. Miłość i nadzieję. Wszystkiego najlepszego!!!


Nie zapomnijcie jednak po co to wszystko:) W każdym razie jeszcze raz Wesołych Świąt.


PS. Mnie wcale żadna depresja nie dopadła. Świat jest piękny!!!

Czytaj dalej »

piątek, 7 grudnia 2012

Kilka słów o języku polskim

Dziś będzie o tym czym zajmuję się 5 dni w tygodniu, przez ostatnie 2,5 roku. Nie bójcie się, nie chcę was zanudzić na śmierć. Większość moich znajomych nie znosiła języka polskiego więc nie oczekuję, by tytuł posta wywołał jakiekolwiek zainteresowanie. 
Sama zdaję sobie również sprawę, że znawczynią języka polskiego nie jestem i z pewnością nie będę. Nie będę udzielać nikomu żadnych rad, poprawiać, czy rozwiązywać wątpliwości i proszę nie oczekujcie, że będę to robić.
Zdaję sobie sprawę, że sama popełniam błędy i nie jestem nieomylna. Gdyby któryś z moich profesorów przeczytał ten tekst, pewnie znalazłby tu setkę błędów wszelkiego rodzaju. 

Moje studia wydają się większości nudne i nieprzyszłościowe. Według stereotypu tylko czytam, nie będę miała pracy i mam skłonność do ciągłego poprawiania innych. Najgorsze jest to, że nie ma ze mną o czym gadać, bo kto by chciał prowadzić dyskusję o Mickiewiczu?

Gdy rozpoczęłam studia najgorszym przedmiotem na świecie wydawała mi się "gramatyka opisowa języka polskiego". Kto tego nie przeżył nie wie z czym się to je. Godziny spędzone na uczeniu się właściwości głosek, nad słowotwórstwem czy rozbiórką zdań na czynniki pierwsze. Gramatyką nas straszono, mówiono, że egzamin to istny koszmar, a zdanie go to wyczyn godny podziwu. W dniu, w którym otrzymaliśmy wyniki okazało się, że plotka, która głosiła, że ponad połowa co roku oblewa, jest troszkę przesadzona.

Obecnie jednak zastanawiam się, czy osoby, które nas tak bardzo ostrzegały przed tym przedmiotem nie pomyliły go przypadkiem z "gramatyką historyczną". W całej mojej karierze edukacyjnej nie spotkałam się z czymś tak absurdalnie niezrozumiałym i tak bardzo nieprzydatnym w życiu, jak właśnie ten przedmiot. 
Jako osoba która za 2,5 roku ma zamiar chwalić się dyplomem studiów polonistycznych powinnam wiedzieć skąd dany wyraz się wywodzi i jest to w pełni zrozumiałe, być może przydatne, ale według mnie kompletnie bezsensu. Siedząc na tych zajęciach zastanawiam się właściwie co ja tam robię i jak możliwe, że ktoś (czyt. dr.Marceli Olma) ma siłę by prowadzić te zajęcia, skoro większość informacji odbija się od nas jak od pola siłowego. Nie interesują mnie jery, sonanty, przestawiki, przegłosy, deklinacje itd. Staram się z całej siły by pojąć o co w tym chodzi, ale wierzcie mi, gdy widzicie wyraz, który jest napisany po polsku ale polskiego nie przypomina i jeszcze musisz wiedzieć jak to się stało, że z "dъkt'er" otrzymaliśmy "córkę", to wątpicie w siłę własnego umysłu.

Jak się niedawno okazało, język polski to kopalnia bardzo ciekawych przykładów, które mogą wydać się ciekawe nawet tym co język ten uważają za nieciekawy. Uwierzcie mi, między wierszami można odkryć, że etymologia niektórych wyrazów jest nie tyle ciekawa, co zaskakująca. Nagle odkrywasz, że język którym posługujesz się od dziecka nie raz może cię zaskoczyć. 

Czy wiedzieliście, że słowo maciora było kiedyś określeniem nie tylko zwierząt, ale też kobiet karmiących swoje dzieci? Słowo matka (jak i maciora) wywodzi się od słowa mać, które w dzisiejszym języku niewiele ma wspólnego z matką...

Dlaczego pierwszymi słowami wypowiadanymi przez dziecko jast bardzo często "mama"? Niestety panowie, ale prawda jest taka, że słowo "mama" jest znacznie łatwiej wymówić bobasowi niż "tata". Głoska "t" przynależy do głosek przedniojęzykowo- zębowych, a sama nazwa wskazuje, że potrzebne są ząbki by poprawnie ją wymówić. Dziecko raczej się z nimi nie rodzi, ale za to posiada narząd który pozwala wymówić "m" a więc wargi i nawet płacząc ćwiczy się w wydawaniu takich dźwięków. Równie dobrze pierwszym słowem może być "baba", ale to już zostawiam wam, drogie panie, byście odcięły maleństwo od kontaktów z babcią, a będziecie się mogły cieszyć pierwszymi słowami waszych pociech. Jak już nie będziecie się mogły doczekać tego wielkiego momentu, musicie wiedzieć, że również pozycja leżąca sprzyja mówieniu.

Najwyższy czas bym przeszła do "dupy". Słowo, które jest określeniem tylnej części naszego ciała, ale jeśli zostanie wypowiedziane publicznie spotyka się z oburzeniem.
Zastanawialiście się jednak co kiedyś "dupa" oznaczała? 
"Dupa" to nic innego jak po prostu "dziura" (ale jak się dowiedziałam, również "wydrążenie", "rysa"). I tak kiedyś mówiło się, że się ma "dupy w zębach" w znaczeniu "dziury w zębach", w tekstach staropolskich pojawia się również określenie "dupna mogiła" czyli nic innego jak "wydrążona mogiła", albo opis człowieka który miała pełno "dup na ciele", w znaczeniu dziur spowodowanych wrzodami. Również dzisiaj mamy dwa bardzo podobne wyrażenia. Mówimy: "jestem w czarnej dziurze" na określenie stanu gdy znajdujemy się daleko od zamierzonego celu, ale istnieje także określenie "być w czarnej dupie"... czyli tam gdzie ja się obecnie znajduję  w przygotowaniach przed sesją.



Po ostatnich zajęciach z gramatyki historycznej twierdzę więc, że nie są to najgorsze zajęcia pod słońcem. Egzaminu pewnie i tak nie zdam, ale przynajmniej miałam temat na tego posta, co już wydaje mi się sporym wynagrodzeniem tych 3 godzin spędzonych na próbie zrozumieniu deklinacji rzeczowników...

Czytaj dalej »

niedziela, 25 listopada 2012

Stałam się muserem?

Zdjęcia dzięki uprzejmości Pecków, Moniki i Anity:)


Ten post miał w ogóle nie powstać. Po pierwsze miało mnie tam nie być, po drugie nie jest to zespół który po prostu gdzieś tam istniał. To Queen zawsze był, jest i będzie numerem jeden. Niestety nie mogę liczyć na to, że ich wszystkich zobaczę na żywo (dwaj którym się chce są starzy i uważają, że Adam Lampert to dobry pomysł, trzeci umarł, a czwarty przepadł bez śladu i nikt nie wie co z nim się stało).
Mogę więc słuchać płyt Queen w kółko i w kółko i być muzycznie ograniczona, albo się skusić na coś nowego, w czym widzę potencjał i to co w Queen lubię najbardziej- kreatywność, oryginalność i charyzmę.  Post miał nie powstać, ale to co miało miejsce w tych 3 dniach muszę wyrazić głośno, nie mogę tego ukrywać.



Na koncert postanowiłam jechać gdzieś w sierpniu, ale się zbierałam, zbierałam i okazało się, że nie ma biletów. Opatrzność jednak nade mną czuwała i tydzień przed koncertem dostałam wiadomość od Any, że jednak się udało. Przyznam się, że początkowa radość w pewnym momencie została przykryta przez dziwne myśli, które do poniedziałku nie dawały mi spokoju. Zastanawiałam się czy nie będę piątym kołem u wozu. Wszyscy to fani, znają każdą nutę, każde słowo, a ja mam spore zaległości.  Wydawać kasę na Muse jak nie byłam na Queen?! To przecież śmieszne! Nie mogłam jednak znaleźć argumentów za tym bym nie jechała. Przy Queen była tego cała lista począwszy od tego nieszczęsnego “+” po nazwie zespołu. Na drodze do Łodzi nie stawało nic, więc pojechałam.

W Łodzi znaleźliśmy się dzień wcześniej. Wszystko było idealnie zaplanowane, wiedzieliśmy po co tam jesteśmy, że chcemy walczyć i być jak najbliżej. Ja postanowiłam, że jak już się zabrałam to nie pozwolę by cokolwiek zepsuło ten dzień. Jak reszta stoi w kolejce od rana to i ja stoję, jak bijemy się o barierki to i ja miotam pięściami. W momencie robienia transparentu wszelkie obawy znikły a ja sama stałam się równie zdeterminowana co reszta.




Z samego ran ruszyliśmy pod arenę z transparentem na plecach, zwarci i gotowi. Chcieliśmy z podniesionymi głowami stawić czoła tłumom jakich się spodziewaliśmy. Koniec końców tłumów nie było a my zasiedliśmy jako jedni z pierwszych i szybko zintegrowaliśmy się z pozostałymi tworząc nieoficjalną strefę VIP, która ostatecznie zarządzała tłumem. 
Mimo zimna, które po 8,5h spędzonych przed Atlas Areną zabawa była przednia. Dzięki transparentowi staliśmy się sławni, a nasza determinacja została doceniona.



Po otwarciu bramek, mimo przemarzniętych stóp ruszyliśmy ku płycie. Gdy dopadłam barierki wiedziałam, że już wszystko może być tylko lepiej. Warto czekać tak długo gdy widzisz jak blisko jesteś.





Scena robiła pioronujące wrażenie. Nawet taka wyłączona, nieoświetlona budziła respekt. Wszyscy zaczęli odliczać minuty. Gdy na scenę wszedł zespół “Everything, Everything’




 rozległ się aplauz, który spotęgował się gdy wokalista ogłosił, że kolejny utwór będzie ostatnim. 

Później od wejścia Muse na scenę pozostała niespełna godzina, ale nikt nie ośmielił się usiąść, wszyscy z zapartym tchem patrzyli jak techniczni szykują scenę. Śledzili panów od reflektorów którzy na linach byli wciągani pod dach, bili brawo jak każdemu z osobna.

I nagle jedna potężna fala wiwatów i oklasków gdy arenę spowiły ciemności, by zaraz rozbłysło czerwone światło i przy dźwiękach ‘Unsustainable’ Matt, Chris i Dom pojawili się na scenie. Wkroczyli na nią jak burza a napięcie jakie już w tym momencie sięgnęło zenitu nie spadło aż do ostatniej nuty “Survival”.






Po tym wielkim show jestem przekonana, ze nie na darmo nazywa się Muse najlepszym zespołem koncertowym. Takie wydarzenie warto zobaczyć chociażby dla niezwykłej oprawy. Scena pokryta niezliczoną ilością ekranów, wielka piramida na której wyświetlane były wizerunki muzyków, filmy i wszystko co tylko miało poprawić wrażenie i zadziwić publiczność, a w pewnym momencie niczym kurtyna opaść na wciąż grający zespół i tylko wzmóc oklaski.










Muse czerpie energię od publiczności. Widoczna radość w ich oczach gdy publiczność (nieanglojęzyczna) zna każdy tekst i śpiewa zdzierając gardła była niedopisania. Miałam ich metr od siebie i poczułam tę radość i moc którą zarazili wszystkich. Zadziwiające, że jeszcze dzień wcześniej grali koncert w Pradze, a nie widać było po nich ani krzty zmęczenia. Dali z siebie wszystko.

Każdy z osobna udowodnił, że zna się na rzeczy, a scena to ich żywioł. Matt niczym nakręcony biegał po scenie, śpiewał i miał znakomity kontakt z publicznością. Nie musiał mówić nic, nic pokazywać. Publiczność czytała mu w myślach. W momencie gdy zeskoczył ze sceny i ściskał ręce fanów poczułam te kilkaset osób na plecach i choć mnie samej nie udało się przybić mu piątki zauważyłam, że nawet jak chciano wyrwać mu rękę uśmiech nie zszedł z jego twarzy.  To człowiek torpeda, widzę w nim tę samą charyzmę którą posiadał Freddie Mercury, tą samą moc, którą władał publiką. Gdy tylko założył okulary na Madness wręcz bawił się wiedząc, że tego oczekujemy.




Doma podziwiam jak prze 2 godziny, niemal bez przerwy walił w bębny i miał z tego radochę.


A Chris? No cóż nie zapomnę jego uśmiechu gdy stanął na wprost nas i cały rząd zaczął tak jak on bujać głową. Gdy przy “Survival” zszedł niżej i nagle ni stąd ni zowąd w górę wystrzelił dym wszedł w niego i nie przestając grać cieszył się jak dziecko. Poza tym okazał się całkiem udanym wokalistą a Liquid State wypadło bardzo dobrze.



Koncert bez wątpienia się udał. Tysiące gardeł śpiewające ich piosenki mam nadzieję utwierdziły ich w przekonaniu, że Polska to dobre miejsce by organizować koncert.

Nasz transparent jeżeli Matt nie zdążył go przeczytać już widnieje na pierwszej stronie łódzkiego wydania Wyborczej, a i miejmy nadzieję, że zdjęcie trafi do samych zainteresowanych. Wierzę też, że gdyby nie naglący ich czas to odpowiedzieli na zaproszenie, które tak dzielnie z Anitą machałyśmy przed ich oczami.

(Matt na 100% przeczytał tę trzymaną przezemnie i Anitę "And free Peps for Chris")





Po koncercie nie czułam jednak "tego czegoś", aż do momentu wyjścia z pociągu. Wtedy dotarło do mnie, że przeżyłam coś magicznego, surrealistycznego. Może moje wrażenie jest spotęgowane i kiedyś zmienię zdanie, ale teraz uważam, ze to jeden z tych niezapomnianych dni w moim życiu. Wspaniała noc która mam nadzieję się jeszcze powtórzy. Odpowiadając na pytanie z tytułu posta powiem nie jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu :D





I wiecie co? Freddie Mercury miał rację mówiąc "The Bigger is better". Matt, Chris i Dom stosują tę zasadę i wychodzi im to rewelacyjnie.


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia