środa, 8 stycznia 2014

Spełnione marzenia! (cz. II)

Nie bez przyczyny poprzedni post przerwałam tam gdzie przerwałam. Londyn ma dwa wymiary. Dla nas. Nasza wycieczka też poniekąd składała się z dwóch części. 



Dzień 4.
Przed przyjazdem do Londynu zastanawiałyśmy się czy w ogóle będziemy korzystać z metra. Oczywiście, to wielka wygoda, ale z drugiej strony spory wydatek. Nie da się jednak przejechać na drugi koniec Londynu nie korzystając z metra i nie tracąc godzin. I jak się okazało korzystałyśmy z niego niemal codziennie, ale w tym szczególnym dniu było ono nam nie zbędne.

Who Shop był na drugim końcu świata, a absolutnie nie mogłyśmy sobie go odpuścić. Nie wstydzę się przyznać, ze jestem olbrzymim nerdem. A odwiedzanie Londynu bez kontaktu z kultowym serialem od 50 lat zakorzenionym w ich kulturze byłoby bez sensu. Tak więc pojechałyśmy do sklepu w którym było absolutnie wszystko, począwszy od naturalnych rozmiarów (z zewnątrz) TARDIS, oraz takie większe w środku w którym było muzeum, poprzez niesamowite gadżety, skończywszy na ekspedientce o imieniu Amy. Byłyśmy tam na dzień przed emisją specjalnego, rocznicowego odcinka, wiec były też tam kamery i dziennikarze i przeprowadzali wywiady z fanami. Na szczęście dorwali jakiś kolesi z Danii przebranych za Doctora. 



Gdybyście nas tam widzieli. To tak jak wchodzenie do sklepu z cukierkami. Niestety chociaż chciałyśmy nie udało nam się wynieść połowy sklepu- 10kg walizki to był nasz największy problem.


Niestety pewnie większość z was nie zrozumie genialności tego miejsca, ale absolutnie było fantastyczne!


Kolejny przystanek to King's Cross. Myślę, że w kontekście naszego pierwszego przystanku nie trudno domyślić się dlaczego się tam udałyśmy. Kolejka do wózka na peronie  9 i 3/4 była spora, a chyba to co mnie najmocniej uderzyło, był fakt, że średnia wieku wynosiła, na oko, jakieś 20 lat. Każdy mógł wybrać szalik i zrobić sobie zdjęcie. Niestety już w samym Hogwarcie aparaty nie działały dlatego nie mamy zdjęć, sorry :)


Zaraz obok jest sklep z pamiątkami...




Wtedy pożałowałyśmy, że nie mamy czasu na studio Warner Bros...

Poza tym King's Cross jest za duże jak dla mnie. Jak się tam ludzie odnajdują nie mam pojęcia. Podobnie zresztą w British Library (tyyyyyyle ksiażków!)

Stamtąd udałyśmy się na Baker Street do muzeum Sherlocka Holmesa, które było Najlepszym Muzeum W Jakim Chyba Byłam!


Na Baker Street wszystko jest na miejscu. Jest Muzeum, jest Sklep i jest Kawiarnia Pani Hudson.



Pan sprzedający bilety jest bardzo elegancki i zwraca się do ciebie per "Madam". Przy wejściu stoi albo Sherlock, albo jak w naszym wypadku Lestrade. A w środku... w środku mamy wszystko, począwszy od mebli po pióra do pisania, szkła, fajki, wizytówki skończywszy na woskowych figurach z opowiadań. I wszystko można dotknąć. 


Na zakończenie dnia odwiedziłyśmy świątecznie przystrojone Coven Garden, zjadłyśmy Fish&Chips i poszłyśmy oglądać portrety w National Portrait Gallery.



Dzień 5.
Wybierając się do British Musemu najlepiej mieć na to cały dzień. Spędziłyśmy tam 3 godziny- nie widziałyśmy połowy :)




Kiedy moja współtowarzyszka podróży przepadła na 3 godziny w Queen's Theatre oglądając "Les Misérables" i wylewając morze łez  ja odkryłam miejsce które dosłownie mnie zaszokowało.


Wchodząc do Krainy M&Ms nagle masz ponownie 5 lat i ekscytujesz się wszystkim z dziecięcą fantazją. Przechodząc tamtędy najpierw poczułam zapach czekolady i idąc tym tropem trafiłam do krainy kolorów i zarazem największego sklepu z jednym rodzajem jedzenia jaki chyba powstał. 






Przyznam się jednak, że najważniejszym punktem tego dnia było dla mnie zobaczenie tego miejsca: 



Znacie mnie, wiecie dlaczego...


Ale, że już był czas by zgłosić się po Anię i sprowadzić ją na ziemię, to spędziłyśmy jeszcze godzinę pod Queen's czekąjąc na autografy.


Ania się nie obrazi jak sie pochwalę- w końcu się poświęcałam:) 


Też mam zdjęcie z Carrie- dziewczyna jest świetna :)


I mamy też Piccadilly Circus, chociaż było za ciemno i za ciasno by coś więcej zobaczyć:



Dzień 6.
Dzień szósty to powrót... 
Smuteczek...


Ale też możliwość powiedzenia "SPEŁNIŁYŚMY MARZENIE!"




Te sześć dni to najlepsze dni mojego życia i niezapomniane chwile. Może komuś wydać się to dziwne, wiecie to tylko jedno z miast Europy. Pewnie niektórzy z was tam byli. No cóż, Londyn dla mnie nie jest, nie będzie nigdy zwykłym miastem. Londyn jest niesamowity. Uwielbiam to miasto i jeszcze bardziej o nim marzę odkąd go troszeczkę poznałam.

I nadal nie mogę w to uwierzyć. Wiecie nie potrafię się tym tak ekscytować, jak myślałam, ze będę. Dla mnie to jest trochę nadal surrealistyczne przeżycie. Dopiero jak patrzę na te zdjęcia, jak sobie przypominam te chwile... łza się w oku kręci.

Najlepsze wspomnienie zeszłego roku?
Londyn

Pod jakim hasłem zapamiętam 2013?
Londyn














Czytaj dalej »

sobota, 4 stycznia 2014

Spełnione marzenia! (cz. I)

Grudzień to miesiąc życzeń. Życzenia składane są na każdym kroku i w niemal każdej sytuacji. Od wielu lat, czy to z okazji świąt, nowego roku, urodzin, życzono mi jednego: "Londynu". Z uśmiechem, potulnie kiwałam głową odpowiadając "Mam nadzieję", a w myślałam "taaa, jasne, już widzę że się uda".

Nie pamiętam jak dawno temu owo marzenia zakwitło w moich myślach. Bez wątpienia duży wpływa na to miał Harry Potter, ale nie jestem pewna jak bardzo i czy to właśnie od tego się zaczęło. Widzicie, to było tak dawno, że nie jestem sobie w stanie przypomnieć. W moim pokoju pełno jest zdjęć, obrazków, motywów związanych z Londynem. Ekscytowałam się każdym durnym gadżetem w sklepie. Oglądałam każdy film z wypiekami na twarzy widząc Big Bena.
Gdy coraz częściej widziałam zdjęcia znajomych z Londynu zalewała mnie krew, że każdy może się zebrać i jechać, bo Londyn jest fajny, a ja, która dokładnie wiedziałam po co tam mam jechać nie zebrałam się i nadal tkwię tu gdzie jestem.

Gdy ktoś spełnia twoje marzenie to boli najbardziej.

Szala przebrała miarę gdy Ana tam pojechała. Spełniając swoje marzenie, które wryło się w jej myśli tak mocno jak u mnie, dała mi porządnego kopniaka i postanowiłam działać.


Razem z Anią (osobą bez której, wiem, żeby się to nie udało) postanowiłyśmy położyć wszystko na jedną kartę. Rozpoczęłyśmy poszukiwania. W sierpniu w jednej chwili kupiłyśmy bilety na samolot na listopad, znalazłyśmy nocleg u znajomych i zakreśliłyśmy datę w kalendarzu. 19 listopada. Odliczałam dni, a im było ich mniej tym bardziej się stresowałyśmy. Jeden dzień do odlotu to było już istne szaleństwo.


Dzień 1.
Czekając w hali odlotów, widząc tych wszystkich wyluzowanych ludzi, ręce mi się trzęsły. Mój pierwszy lot, pierwsze samodzielne, w 100% samodzielnie zaplanowane "wakacje" w obcym kraju. Do momentu zapięcia pasów nie wierzyłam, ale gdy samolot zaczął kołować, wiedziałam, że jestem bliżej Londynu niż kiedykolwiek.

 

 Polska z lotu ptaka jest piękna, ale...

Anglia jeszcze piękniejsza.

W pierwszym dniu miałyśmy proste zadanie. Dotrzeć do Londynu i zaplanować kolejny dzień. Nie było czasu na zwiedzania, a że mieszkałyśmy w 6 strefie założyłyśmy, że będzie mało czasu na cokolwiek. Miałyśmy rację :)
Jednak już sam jazda autobusem była przygodą.




Dzień 2.
Jak inaczej można rozpocząć wizytę w Wielkiej Brytanii nie wstępując na herbatkę do Królowej? Oczywiście nie miałyśmy na co liczyć, a szkoda, bo Londyn przywitał nas iście londyńską pogodą, co było wielkim pechem zważywszy na to, że dzień wcześniej miałyśmy bezchmurne niebo... olbrzymi pech, ale nic nam nie było strasznym. Zmiana warty przebiegała bez zakłóceń do momentu gdy z sekundy na sekundę pogoda uległa załamaniu i mieliśmy gradobicie z grzmotami. Takie rzeczy w listopadzie to chyba tylko tam. Woda płynęła strumieniem ulicą, więc Buckingham Palace nie wyglądał jakoś bardzo zjawiskowo, chociaż i tak był fantastyczny!



Pogoda była straszna, Londyn cudowny. Nie było się gdzie schować, więc dzielnie kroczyłyśmy dalej. Pierwsze spojrzenie na Big Ben i kolejny dowód, że tam jesteśmy. Co nas jednak najbardziej zaskoczyło? Pogoda w UK jest tak zmienna, że nie nadążasz za tym co się właściwie dzieje. Po godzinie było fantastycznie i tak już pozostało.




Londyn nocą...

Londyn nocą dane nam było oglądać codziennie. Zdjęcia są jakie widać... ale Londyn nocą jest piękny. Nie mogło być inaczej, prawda?


Dzień 3.
Jeden dzień miał być naszą największą wyprawą. Nie marnowałyśmy pieniędzy na przejażdżki metrem, bo na mapie wszystko było blisko. Rzeczywiście wszystko było blisko. Gdyby nie to, że nienawidziłam wtedy swoich nowych butów pewnie kilometry jakie przeszłyśmy nie robiłyby na mnie wrażenia. Postanowiłyśmy, że musimy odhaczyć z listy absolutnie najważniejsze miejsca z przewodników więc podzieliłyśmy Londyn na swoje własne strefy. Tym razem zwiedzałyśmy tę wschodnią część na naszej mapy z Katedrą Św. Pawła, Tower i wszystkimi ważnymi mostami.



Zrezygnowałyśmy z wejścia do Tower, bo to spory wydatek, a dzień wcześniej również sporo przeznaczyłyśmy na Westminster Abbey (które, czego wcześniej nie napisałam, było absolutne fantastyczne i robiło olbrzymie wrażenie. I nawet mieli audio-przewodnik po polsku!)

Widok Tower z zewnątrz też jednak robi spore wrażenie i Tower Bridge w tle to już wisienka na torcie. Stałyśmy tam sporo czasu i napawałyśmy się widokiem. Widokiem mostu- świrusy- ale prawda jest taka, że to najpiękniejszy most na jakim byłam.




Standardowo udałyśmy się do McDonalda (które są wszędzie, podobnie jak KFC i Starbucksy) bo tam można było coś tanio zjeść i wypić i połączyć się ze światem (dziękuję za darmowe wifi!). I oczywiście jak dnia poprzedniego po wyjściu znów było słonecznie.



Idąc dalej tropem mostów, trafiłyśmy wreszcie do Shakespeare's Globe Theatre. To była absolutnie najlepsza część dnia. Jak przystało na szekspirowski teatr dostaliśmy 100% Brytyjczyka ze 100% brytyjskim akcentem i poczuciem humoru, który chyba postawił sobie za punkt honoru zmienienie naszego pojęcia o standardowym oprowadzaniu. Facet wyglądał jak Jim Carey, miał mimikę jak Jim Carey i grał lepiej niż Jim Carey, przez co stał się największą atrakcja teatru.





Następnie zwiedziłyśmy Tate Modern, gdzie próbowałyśmy zrozumieć sztukę współczesną. Z różnym skutkiem, ale Picassa widziałyśmy. 

 Pisałam już, że Londyn nocą jest piękny?


Marzłyśmy, mokłyśmy, ale nic nas nie zrażało. Spełniałyśmy marzenie! 

Koniec części I. 



Czytaj dalej »

See you 2013!

Nie lubię robić noworocznych podsumowań tego co było i postanowień związanych z tym co będzie. Jednak 2013 był całkiem udanym rokiem. Spełniłam swoje marzenie, największe i najstarsze -> Londyn. Obroniłam licencjat o superbohaterach, skończyłam pierwszy stopień studiów. W październiku porwałam się na dwie magisterki jednocześnie. Zostałam matką chrzestną. Przeczytałam ok 30 książek, tak dla siebie, nie na potrzeby studiów i widziałam 29 filmów w kinie. 

Ale najważniejsze jest to że zaczęłam poznawać siebie, to kim jestem i przestałam się zastanawiać jak odbierają mnie inni. 

Jak się tak zastanowię... 2013 był bardzo dobrym rokiem. 



Postanowienia co do kolejnego? 

Wycisnąć z niego jeszcze więcej!


I tego wam Wszystkim życzę. 
Abyście wycisnęli 2014 jak tylko się da, by za rok powiedzieć "Było zajebiście!"




Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia