środa, 5 września 2012

Love Of My Life


Dzisiaj miałam zamieścić swój pierwszy post. Miał on wyrażać jeden z moich poglądów na sprawy aktualne. Kiedy jednak odpaliłam komputer zrozumiałam, że dzisiejszy dzień to zbyt ważna data by zaprzepaścić ją dla jakiś wywodów które mało kogo obchodzą.


Tak, dzisiejszy post, mój pierwszy post, poświecę dla mojej muzycznej miłości.



Macie tak, że pierwsze dźwięki jakiegoś utworu wywołują u was tak sile emocje, że każda nuta drażni wasze nerwy? Łzy napływają do oczu? Serce przyśpiesza bicie?



5 września przyszedł na świat człowiek który odmienił oblicze muzyki, a z pewnością moje jej postrzeganie. Gdyby żył dziś wyprawiałby pewnie huczne, spektakularne, królewskie 66 urodziny.

Freddnie Mercury zmienił mój świat. 


Kiedy dziś zastanawiałam się jaka piosenka najlepiej pasuje do moich uczuć względem niego zdecydowałam się na ‘Show Must Go On’. Dawno jej nie słuchałam. Z reguły ją omijałam na mojej playliście by mi się nie znudziła. Więc gdy tylko usłyszałam pierwsze takty, łzy napłynęły mi do oczu i uświadomiłam sobie, że taki odpoczynek był mi potrzebny. Utwór nie napisany przez Freddiego, ale zaśpiewany w sposób niezwykły stał się jego utworem pożegnalnym, przesłaniem ważnym dla wszystkich fanów.



Freddiemu zawdzięczam wiele. To dzięki niemu muzyka stała się tak ważna w moim życiu.

Chciałam mu podziękować za wiele. Za co go kocham?


Za 'Bohemian Rhapsody' które mnie do nich przyciągnęło.

Za 'Love of My Life', które jednoczyły tysiące fanów na koncertach.
Za 'Somebody to Love'- jeden z najlepszych utworów grupy.
Za 'Bicycle Race' w którym przyznał się, że nie lubi Gwiezdnych wojen co nie przeszkadzało my                                           wkroczyć na scenę na barkach Lorda Vadera.
Za niepohamowaną energię w 'Don’t Stop Me Now'.
Za udawanie gry na gitarze w 'Crazy Little Thing Called Love'.
Za odważne 'We Are The Champions'.
Za improwizację z publicznością na koncertach podczas których owijał ją sobie wokół palca.
Za wyrażanie siebie.
Za wąsy.
Za długi włosy.
Za charyzmę.
Za energię i przeistaczanie się w zwierza estradowego.
Za dobroć i nieśmiałość poza nią.
Za wiarę i pielęgnowanie przyjaźni.
Za płaszcz z purpury i koronę na zakończenie koncertów.
Za talent.
Za głos.
Za inspirowanie innych.
Za pomysł teledysku do I Want To Break Free.
Za wykorzystanie okazji gdy zespół Smile się rozpad.
Za namówienie chłopaków do nazwy Queen.
Za dwuznaczność tej nazwy.
Za nieafiszowanie się z życiem prywatnym.
Za miłość do muzyki.
Za mieszanie gatunków.
Za walkę o życie.
Za tworzenie do ostatniej chwili.
Za kochanie życia.
Za czerpanie z niego garściami z niego garściami.
Za szacunek jaki wzbudził u innych.
Za zostanie legendą za życia.
Za bycie niezwykłym.











Dlatego Freddie- gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy i bawisz się świetnie. 

Wszystkiego Najlepszego.


3 komentarze:

  1. Wiem, wiem, dokładnie wiem o czym mówisz :)
    I awww, aż mi się zachciało Queen posłuchać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. najlepsiejszego, Freddie! :)

    OdpowiedzUsuń