WyOFFowana: recenzje, recenzje, recenzje

Pewnie zauważyliście że od jakiegoś czasu na blogu ponownie powiało pustką. Żadne z moich postanowień nie zostało spełnione- nie było filmowych recenzji, oscarowego nadrabiania zaległości i booknerdowego challengu. Myślę, że winna jestem kilka słów wyjaśnienie zanim przejdę do właściwego tematu notki.
Mamy już maj i chociaż rozpoczął się mój ulubiony okres w roku, kiedy mam najwięcej energii, świat jest piękny a ludzie tacy bardziej znośni, to jest to okres od kilku lat najtrudniejszy w roku. Egzaminy co roku mnie bardzo spowalniały w kreatywności, ale w tym roku, jak na ironię, kiedy egzaminów już nie mam, jest najtrudniej. Myślę, że jedno słowo mnie usprawiedliwi: magisterka (a w moim przypadku dwie magisterki). Tak więc choćbym bardzo chciała, od kilku tygodni swoje pisanie ograniczam do pracy. Nie chwaląc się, udało mi się już oddać po pierwszym rozdziale, co oznacza kilkadziesiąt stron i jest super wielkim osiągnięciem, ale w praktyce to tylko pierwsze rozdziały, które nieznacznie przybliżają mnie do obrony... którejkolwiek. W ostatnim jednak tygodniu marca, zostałam pochłonięta całkowicie przez pisanie, by pierwsze 10 dni móc przeznaczyć na coś innego.

I tak wkraczamy w temat PKO Off Camera (już nie Plus).




Przez ostatnie 10 dni, jak jeszcze nigdy dotąd, chociaż z Offem jestem przez ostatnie 4 lata, byłam odgraniczona od innego niż filmowego świata. Przez te ostatnie dni spędziłam więcej czasu w kinie niż to wypada przyznać, bo generalnie spędziłam w nim ponad 15 godzin dziennie (mniej więcej). Połowę tego czasu oczywiście przepracowałam jako wolontariusz. W tym roku trafiłam ponownie do Arsa, który zdecydowanie jest najlepszym kinem w Krakowie i jeżeli nigdy tam nie byliście, to wiedzcie, że macie czego żałować.
Miałam szansę pracować ze świetnymi ludzi, z którymi stworzyliśmy Dream Team. By tradycji stało się zadość wolontariusze z Arsa ponownie stanęli na ściance z Gwiazdą.

Ale takie gwiazdy to w Arsie codzienność. 

"Wentworth przyszedł? Spoko. Nic wielkiego" *profesjonalizm, poker face*

I być tak blisko jednego z moich ulubionych ludzi kina

 (którego cenię za wszytko co stworzył począwszy od filmów kończąc na synach #Alexander)

Cały dzień spędzony  w kinie nie oznacza jednak sielanki, ciągłego oglądania filmów i robienia fotek z gośćmi. Wbrew pozorom to ciężka praca i konieczność ogarniania miliona spraw naraz, a nawet siedząc na filmach to stała czujność. Jeżeli byłeś u nas,  nie udusiłeś się z braku klimatyzacji, albo nie zamarzłeś z zimna, miałeś napisy we właściwym czasie i nie zabiłeś się wychodząc do toalety, a popcorn nie skrzypiał ci pod butami- to nasza zasługa :)
Myślę, że o samym wolontariacie jeszcze coś napiszę, ale najwyższy czas przejść do filmów bo po to tu jesteście.



Wbrew wcześniejszym wyliczeniom udało mi się pobić mój filmowy rekord. Obejrzałam 26 filmów, chociaż powiem wam szczerze- zupełnie tego nie odczuwam, wiem też, że mogłam zobaczyć więcej, ale po raz pierwszy w życiu zwyczajnie miałam dość kina. Wykorzystałam każdą wolną chwilę, fakt, jednak to kwestia tego, że poświęciłam każdą minutę mojego wolnego czasu by iść na te filmy. Zdaje sobie sprawę, że to mój ostatni raz jako wolontariusz na tym festiwalu i chyba podświadomie, chociaż nie szczególnie zamierzenie, przedłożyłam przyjemności filmowe nad zdrowie fizyczne. 

Zrobię to inaczej niż dotychczas, nie wiem, czy jestem w stanie teraz wam opisać wszystkie filmy, dlatego prościej będzie, gdy podzielę je na festiwalowe sekcje.

Niektóre tytuły to linki do opisów :)

Konkurs główny

Ixcanul

Akcja debiutanckiego filmu Jayro Bustamante rozgrywa się w Gwatemali, w środowisku, które reżyserowi jest dobrze znane. 17-letnia Maria i jej matka należą do plemienia Majów Kaqchikel.
Żyją u podnóża aktywnego wulkanu, który do pewnego stopnia wyznacza rytm funkcjonowania całej społeczności. Do niego zanoszą swe modły, tam składają ofiary mające odpędzić wszelkie złe demony. Zyskuje to szczególny wymiar w chwili, gdy Maria zachodzi w ciążę z chłopakiem pracującym na plantacji kawy, mimo iż rodzina obiecała ją innemu mężczyźnie. Sytuacja komplikuje się coraz bardziej, a los młodej bohaterki zdaje się być przesądzony. Pochodzący z Gwatemali Bustamante, posiłkując się jednostkową historią, mówi o desperacji i trudnym położeniu całej społeczności, która, co ciekawe, na tych terenach wcale nie stanowi mniejszości. 

Film udało mi się obejrzeć dosłownie godzinę przed ogłoszeniem wyników. Jest to jedna z tych produkcji, po obejrzeniu której, wychodzisz z kina zdumiony tym co obejrzałeś. Wychodzisz i wiesz, chociaż nieraz targały tobą silniejsze emocje, że widziałeś coś bardzo dobrego. Są filmy na których się lepiej bawisz, które bardziej trzymają w napięciu, które maja ciekawszą fabułę, ale w tym konkursie nie było filmu, który byłby bardziej prawdziwy niż Ixcanul. To dlatego zwyciężył. Jayro Bustamante zrobił film, który przypomina dokument, ale jest w pełni fabularyzowana historią. Nie czujesz obecności kamery, czujesz tylko bliskość z bohaterami, tak jakbyś był wśród nich, czujesz intymny związek z dala od zgiełków wielkiego świata, surowość, prostotę. Ukazał bez nachalności, bez perypatetyzmu, bez niszczenia i wkraczania z buciorami, społeczność, która dla nas jest tak egzotyczne, a która w jego obrazie pozostaje nienaruszona. Prostota, piękno, wyważenie między formą i treścią. Nazwałabym Ixcanul filmem ukazującym piękno tradycji bez niszczenia jej podstaw, bez chęci nauczenia nas czegoś o innych kulturach. Tak jakbyśmy tam żyli, jakbyśmy byli częścią ich społeczeństwa. A mimo to film nadal pozostaje mocnym i przejmującym obrazem.

71'


Belfast, 1971 rok. Konflikt pomiędzy katolikami a protestantami przybiera na sile. Oliwy do ognia dolewają stacjonujące w mieście służby porządkowe, które nie stronią od brutalnych pacyfikacji. 
W sam środek tego piekła wysłany zostaje oddział młodych, niedoświadczonych brytyjskich żołnierzy. Nie trzeba wiele, by jedna ze stron nie wytrzymała i doszło do poważnych zamieszek. Iskrą zapalną staje się nalot lokalnej policji, w wyniku którego, przez przypadek, na ulicach Belfastu porzucony zostaje jeden z żołnierzy. Gary cudem unika linczu, ale z każdą godziną jego szanse na przeżycie maleją. Bowiem o tym, że pozostał po niewłaściwej stronie miasta, wiedzą wszyscy. Zarówno ci spieszący mu z pomocą, jak i ci, dla których jest on żywym celem. 

Chyba mój cichy faworyt. Film, który trzyma w napięciu od początku do ostatniej sekundy. Autentyczny, dosłowny, brutalny i przejmujący. Ukazujący jednostkowe oblicze konfliktu, który w tym filmie pokazany jest jako często chaotyczne ruchy grupek, osób nie do końca świadomych konsekwencji swoich czynów, jak również rolę zwykłego żołnierza, który jest tylko pionkiem w większej grze. (dodatkowo coś dla fanów Skinsów i  Jacka O’Connell aka Cooka)

Bridgend


Pełnometrażowy debiut fabularny nagradzanego dokumentalisty Jeppe Rønde’ego jest zainspirowany autentyczną historią. W ciągu pięciu lat, od 2007 do 2012 roku, blisko osiemdziesiąt osób, głównie nastolatków, popełniło samobójstwo w małym walijskim mieście Bridgend. 
Rønde’ego opowiada historię kilkunastoletniej Sary, która wraz z ojcem, funkcjonariuszem policji, powraca do miasteczka. Dave ma za zadanie rozwikłać zagadkę tajemniczego samobójstwa jednego z uczniów miejscowego liceum, tymczasem jego córka zaczyna spędzać czas, wałęsając się z grupą znudzonych i zepsutych do szpiku kości dzieciaków, i szybko zakochuje się w jednym z nich. Zdesperowany ojciec za wszelką cenę stara się uchronić swoje dziecko przed zgubnym wpływem rówieśników, podczas gdy w Bridgend dochodzi do kolejnych samobójczych śmierci. 
To film, którego nie powinno się opisywać a oglądać. Absolutnie przejmujący, trzymający w napięciu i szokujący. Sam fakt, że został oparty na prawdziwej historii, że taka historia miała miejsce powinien was zachęcić do oglądania. Będziecie chcieli wiedzieć więcej.



Te trzy filmy to chyba moje ulubione produkcje z Konkursu Głównego. Jestem pewna, że jeszcze długo będę je wspominać.
Do tych dobrych zaliczę jeszcze, co chyba nie powinno dziwić patrząc wyżej, Glassland- irlandzki film z Toni Collette w jednej z głównych ról. Bardzo prawdziwy, podejmujący, trudny temat, w który mogę uwierzyć.
Key House Mirror to znów film jakich brakuje ukazujący starość, miłość i chorobę. Brakuje w kinach filmów o starszych ludziach, tylko o nich, o ich prawie do kochania i bycia kochanym, o ich problemach, pragnieniach. Film przypomina, że są ludźmi i nie powinni iść w odstawkę.
Niestety reprezentant Polski Kebab i Horoskop, bez wątpienia oryginalny i trochę inny od dobrze nam znanych produkcji chociażby z Konkursu Polskiego, nie był żadną konkurencją dla pozostałych, a z pewnością nie filmem na miarę najlepszego obrazu festiwalu.
Appropriate Behavior to również nic zachwycającego i z pewnością nic nowego. Wydaje mi się, że  osoby zaangażowane w serial Dziewczyny maja podobny styl. Nie jestem specjalnie fanką Leny Dunham i nie zachwycam się nią tak jak zdaje się wszyscy dookoła, ale z pewnością jest interesująca, tak samo jak Desiree Akhavan. Oczywiście nie mówię, że film był zły, bo generalnie mi się podobał, jednak nie sądzę, by na którym ktokolwiek etapie produkcyjnym stanowił kandydata do wygrania jakiejś nagrody. To raczej film, który dobrze się ogląda przed telewizorem, ale czy zasłużenie był w konkursie- wątpię. Podobne odczucia mam co do Fidelio, Alice's Odyssey, kompletnie nie wiem czym ten film się wyróżnia, nie odczułam wyjątkowości bohaterki ani historii, wiem jednak, z pierwszej ręki, że zebrał pozytywne opinie, więc najwidoczniej czegoś nie zauważyłam.


KONKURS POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH

Body/ ciało


Owdowiały prokurator widział już w życiu wszystko: od martwego niemowlęcia w publicznej toalecie na dworcu po wisielca, który po odcięciu z drzewa... spokojnie odszedł sobie brzegiem Wisły. Odkąd umarła mu żona, niewiele go obchodzi – znieczulony alkoholem, stara się ignorować samobójcze próby głodzącej się córki.
Gdy dziewczyna trafi pod opiekę terapeutki Anny, która po godzinach nawiązuje kontakt ze zmarłymi, prowadząc ich pośmiertną korespondencję, jej ojciec zostanie wreszcie zmuszony do czegoś, czego naprawdę nie znosi – do konfrontacji. W „Body/Ciało” Małgorzata Szumowska opowiada o radzeniu sobie ze stratą i desperackim poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, których tak naprawdę nie ma komu zadać.

Film, na który patrzyłam z rezerwą, okazał się koncertem wspaniałego aktorstwa. O ile sama historia nie jest zachwycająca o tyle Gajos, Ostaszewska i Suwała miażdżą. Są kapitalni, rewelacyjni. Bardzo dobry scenariusz, świetne zdjęcia, montaż. Momentami bardzo poruszający. Szumowska sięgnęła po bardzo trudny temat i chociaż nie atakuje nas on z ekranu nie można przejść obok niego obojętnie. I ponownie- aktorstwo na najwyższym poziomie i chociażby dlatego warto film zobaczyć. Zasłużona wygrana.

Carte Blanche



Kacper pracuje jako nauczyciel historii w jednym z lubelskich liceów. Mężczyzna zaczyna stopniowo tracić wzrok, a po wypadku samochodowym, w wyniku którego ginie jego matka, sytuacja ulega nagłemu pogorszeniu. Lekarska diagnoza jest bezlitosna.
W wyniku wady genetycznej bohaterowi grozi całkowita ślepota. W obawie przed utratą pracy postanawia on jednak zataić ten fakt przed przełożonymi. Nie jest to łatwe, gdyż szkolna codzienność i obowiązki, jakie się z nią wiążą, z każdym dniem stają się dla Kacpra coraz większym problemem i obciążeniem. Zwłaszcza gdy powierzone mu zostają obowiązki wychowawcy klasy maturalnej. Jedynym rozwiązaniem stają się dla mężczyzny samotne wieczory spędzane w szkole, podczas których próbuje nauczyć się wszystkiego od nowa. Zapamiętując, ile kroków dzieli pokój nauczycielski od klasy, gdzie dokładnie powieszony jest do niej klucz czy ile stopni doprowadzi go na kolejne piętro. Film Jacka Lusińskiego inspirowany jest poruszającą historią Macieja Białka, który swą chorobę ukrywał przez wiele lat. Udowadniając, podobnie jak ekranowy bohater, że nawet tak dramatyczne wydarzenie paradoksalnie może otworzyć oczy.

Film, który warto zobaczyć choćby dla samej historii. Niesamowita, to najlepsze określenie. I mimo, że momentami film wydaje się trochę patetyczny, taki w amerykańskim stylu bańki mydlanej, to nie można nie przyznać, że jest porywająco-poruszający. Oczywiście wszystko jest słodkie a bohater urasta do rangi Superbohatera, a wiemy, że w filmach biograficznych nie do końca można wierzyć w wyniesione na wyżyny postacie, zwłaszcza gdy pierwowzór jeszcze żyje i cieszy się szacunkiem. Czasami miałam wrażenie, że bohater jest wyidealizowany, nie wieżę w jego prawdziwość, bo takich ludzi nie ma i tylko czekałam aż dzieciaki skoczą na ławki i krzykną "Kapitanie, mój kapitanie" bo czasami lukier ściekał z ekranu, jednak nie znam Macieja Białka, może taki rzeczywiście jest. Trochę (ok często) irracjonalny ale wspaniały nauczyciel. Niemniej film godny uwagi.



Jak całkowicie zniknąć i Strefa nagości to totalny przerost formy nad treścią, wręcz podręcznikowy. To filmy, w których po pół godzinie stwierdzasz, że wystarczy, po godzinie zaczynasz patrzeć co minutę na zegarek a gdy się kończy oddychasz z ulgą. W pierwszym sceny rozciągane są niemiłosiernie, drugi to trochę nieudana próba zrobienia filmu niemego, która byłaby ok ale w którtkometrażówce. 
Resztę filmów widziałam poza festiwalem, ale że o nich nie pisałam, to słów kilka:
Disco Polo to film, który powinien zobaczyć każdy Polak i tak wielu jak nas jest, tak wiele będzie opinii. Ja osobiście bawiłam się wyśmienicie. Pełen komizmu sytuacyjnego, dobrych dialogów i puszczania oka do tych wszystkich, którzy pamiętają lata 90. Jeżeli ktoś nie trawi disco polo nie zdzierży chociaż minuty, jeżeli ktoś jednak kiedyś, po kryjomu, lub całkiem jawnie przytupywał do Białego Misia myślę, ze odnajdzie coś dla siebie.
Bogowie rewelacja, majstersztyk w wykonaniu Kota. Zrobiony w amerykańskim stylu jednak bardzo polski. To film z którego możemy być dumni. Film, który jest dla nas i który chyba trafi do każdego Polaka czego dowodem może być nagroda publiczności na PKO OFF Camera. Aż chciało się posadzić jury przed ekranem i pokazać zarówno nagrania z Religą i Kotem by zobaczyli czego ten aktor dokonał. (zresztą tak mieliśmy też z Ostaszewską która jest kameleonem).
Miasto 44 Komasa stworzył film, który posiada wszystko: dramatyczną historię, wybuchy, czołgi, krew, pot, łzy, młodych walecznych bohaterów, trójkąt miłosny i slow motion. Dla mnie trochę za dużo, ale wiem, że młodszym ode mnie widzom bardzo się podobało, a skoro temat taki ważny to tylko się cieszyć.  Wreszcie film o wojnie, który ja pokazuje a nie opowiada. Szkoda, że momentami totalnie w to nie wierzymy. Nam Polakom patetyzm jest tak samo potrzebny jak Amerykanom, dlatego powiewająca biało-czerwona flaga nie dziwi, końcówka nie zaskakuje. Potrzebujemy bohaterów.

Odkrycia

Jedna z moich ulubionych sekcji, która niestety nie trafia często do Arsa, dlatego nie miałam wiele czasu by się nią nacieszyć. Przedstawiam dwa z czterech filmów, które zasługują na szczególną uwagę.

Rozumiemy się bez słów


Państwo Belier to urocza rodzina. Dobrzy sąsiedzi, kochający rodzice. Może czasem zbyt impulsywni, nadmiernie namiętni. I jeszcze jedno: są niesłyszący. 
Tylko ich córka, nastoletnia Paula urodziła się bez tej niepełnosprawności. Stała się więc ich naturalnym łącznikiem ze światem dźwięków, niezastąpionym przewodnikiem i pomocnikiem w codziennym życiu. Osiągnęła jednak już wiek, gdy dzieci zaczynają wyfruwać z gniazd, szukać swojego miejsca, miłości. Idąc za głosem serca, Paula zapisuje się do szkolnego chóru, w którym śpiewa już „ten” chłopak. Nauczyciel muzyki odkrywa w niej wielki talent wokalny i proponuje szkołę muzyczną w Paryżu. Jak powiedzieć o tym rodzicom? Jak opisać im radość, którą daje muzyka? Jak zostawić zwariowane życie rodzinne i ruszyć w nieznane?     


Film zdaje się właśnie wchodzi do kin. Cieszę się bardzo i polecam. Niezwykle ciepła komedia z nutką dramatyzmu, ale tego przyjemnego. Śmiałam się aż mnie brzuch rozbolał, łza też mi popłynęła. Film idealny by oglądać z rodziną, przyjaciółmi i samemu, gdy ma się już dość ciężkiego dnia. Niektórzy mówili mi, że boją się, że tematyka będzie za ciężka. Nic z tego, film jest po prostu cudny i przyjemny. Chyba najprzyjemniejszy, najmilszy ze wszystkich jakie widziałam na festiwalu. To takie ciastko z kremem i troszkę kwaśną wisienką, by nie było za słodko. 


X/Y

Choć to film o miłości, w obrazie Ryana Piersa Williamsa wszystko paradoksalnie zaczyna się od rozstania. Podczas kłótni z Markiem Silvia przyznaje się do zdrady. Zszokowany w pierwszej chwili mężczyzna wyprowadza się z mieszkania i szuka wsparcia w osobie dobrego przyjaciela Jake’a, kobieta z kolei z tym problemem udaje się do Jen.
Rozpoczyna się, rozpisana na cztery głosy, opowieść o wcale niełatwym poszukiwaniu szczęścia i uczucia w wielkim mieście. Bo kosmopolityczny Nowy Jork, w którym rozgrywa się akcja „X/Y”, staje się mimochodem kolejnym bohaterem filmu. Każde z czwórki przyjaciół szuka jakiegoś punktu zaczepienia, poczucia stabilizacji, ale robi to na swój sposób. Od artystycznej wolności po zorganizowany, korporacyjny model życia. Choć „X/Y” rozgrywa się w konkretnej przestrzeni, jego akcję można by pewnie przenieść do każdego większego miasta. Bo, cytując jednego z bohaterów drugiego planu, obraz Piersa Williamsa to coś więcej niż „film dla pięciu hipsterów z Williamsburga”. 

Podzielony na rozdziały film o poszukiwaniu miłości, odnajdywaniu jej w sytuacjach, w których się tego nie spodziewaliśmy. O odnajdywaniu samego siebie, o próbowaniu nowego, o szukaniu własnej tożsamości, tej w miłości, o poszukiwaniu sensu własnych pragnień. Bardzo dobry, dający do myślenia. Nienachalnie prosty w narracji. I chociaż seans psuła mi dwójka widzów śmiejąca się w momentach jak najbardziej do tego nieodpowiednich, wyszłam z seansu bardzo zadowolona. 

Amerykańscy niezależni

Ciekawe jak fundusze amerykańskich niezależnych mają się do polskiego kina offowego. Z tej sekcji widziałam tylko dwa filmy i przyznam, ze oba mi się podobały, nie zachwyciły, ale podobały. 

Apartment Troubles



Olivia i Nicole to przyjaciółki i współlokatorki przekonane o tym, że ich przeznaczeniem jest sukces. Dodajmy, jako artystki konceptualne. 
Życie to nie jest bajka, zwłaszcza dla artystycznych dusz, w efekcie świat wydaje się obojętny na przejawy ich nietuzinkowego talentu. To, a nie fakt, że nie stać je na opłacenie czynszu, prowadzi w końcu do eksmisji dziewczyn z ich nowojorskiego mieszkania. Pozbawione złudzeń i znudzone nowojorskim życiem postanawiają spróbować szczęścia w Los Angeles, krainie niezliczonych możliwości, a przede wszystkim słońca. Zapowiada się obiecująco, bowiem przyjmuje ich do siebie bogata ciotka Nicole – Kimberly. Bohaterki, za jej namową, postanawiają pójść na przesłuchanie do telewizyjnego talent show. Dopiero tutaj zaczyna się prawdziwa próba ich przyjaźni. 
To kino "niezależne", które może się podobać niemal wszystkim. Jednak, mimo wszystko i pomimo najstaranniejszych prób, amerykańskie filmy różnią się znacznie od kina europejskiego, przez co nawet w kinie niezależnym klimat jest bardziej komercyjny niż w niektórych komercyjnych filmach europejskich. To zadawana komedia pomyłek. Komedia dwóch bohaterek, które generalnie radzą sobie w życiu tak dobrze jak para pięciolatków. Ale sobie radzą. Film z cyklu: lekki, łatwy i przyjemny. Chociaż, nie do zapomnienia, bo ciągle próbuję zrozumieć ich tok myślenia i styl życia, czyli w jakiś sposób zapada w pamięć. 

Imperial Dreams 


Bambi, jak każdy początkujący pisarz, marzy o błyskotliwej karierze. Jednak nie będzie to wcale łatwe. 
Po ponad dwóch latach więzienia wraca do starych kątów i do syna, który wychowywany jest przez babcię. Szybko pojawia się pokusa powrotu do dawnego życia. Praca w charakterze dilera, narkotyki i broń tylko na niego czekają. Bambi przyjmuje to wszystko ze spokojem, choć zdaje sobie sprawę, że nie da się tak żyć na dłuższą metę. 
To typowa historia o american dream, gdzie chłopak z slamsów, członek gangu chce się uwolnić od trudnej przeszłości. Film ma wszystko: silnego i inteligentnego głównego bohatera, który szuka nowego sposobu na życie, słodkiego małego synka, którego trzeba chronić przed złym światem, zgraję gangsterów, strzały, śmierć, biedę a wszyscy bohaterowie są czarni. I to wszystko bardzo skrzętnie i gładko układa się w bardzo dobrą historię. Ponownie- lubimy takich walecznych bohaterów, czy to na wojnie czy w życiu codziennym. 

Inne 
(czyli co jeszcze warto zobaczyć)

Z tego co jeszcze udało mi się zobaczyć, może nie wszystko przypadło mi do gustu, chociaż spodziewałam się nieraz fajerwerków. Do tej pory nie wiem co myśleć o Dziewczynie, która wraca sama nocą do domu (możecie kliknąć w tytuł by przeczytać opis), tak samo chyba jestem za stara by zrozumieć One night in Oslo, a co do Party Girl mam troszkę mieszane uczucia.

Jimi: All is by my side


Aspirująca modelka Linda Keith, znana w muzycznym światku jako dziewczyna Keitha Richardsa, zauważa w pustym nowojorskim klubie gitarzystę Jimmy'ego Jamesa. Zafascynowana jego talentem, postanawia pomóc mu w karierze i odnalezieniu własnego stylu, zaczyna więc od... krytyki jego pseudonimu i kupienia mu gitary. 
Choć początkowo tylko ona wydaje się wierzyć w dar młodego muzyka, Lindzie udaje się nakłonić Chasa Chandlera, basistę zespołu The Animals, by został jego managerem. Oznacza to jednak wyjazd do swingującego Londynu. Na wzór powstałego kilka lat temu filmu o Chanel „Jimi: All Is by My Side" mógłby nazywać się „Jimi przed Hendrixem”. 

Historia tego jak rodziła się legenda. Film ukazujący samiutkie początki kariery Hendrixa. Pełen muzyki, chociaż bez największych przebojów, początki fascynacji i tworzenia się dobrze nam znanego wizerunku. Troszkę mniej znana historia, jednak pełna klimatu lat 60, zarówno w sferze dźwięku jak i obrazu. Bardzo dobrze zrobiony film biograficzny dla każdego kto kocha muzykę.


Stoker


Położona gdzieś na uboczu wiktoriańska posiadłość z rozległym ogrodem. Pan domu umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, na pogrzebie pojawia się jego brat, o którym nikt wcześniej nie słyszał.

Szybko okazuje się, że rodzina Stokerów skrywa niejedną tajemnicę. Każdy z jej członków poczynając od głównej bohaterki – nastoletniej Indii (Mia Wasikowska), jej niestabilnie emocjonalnej matki (Nicole Kidman) oraz charyzmatycznego, nowopoznanego wujka (Matthew Goode) – żyje w świecie sekretów. Te, ze zdwojoną siłą, muszą prędzej czy później wyjść na jaw. 

Ten film musicie zobaczyć. Nie tylko dlatego, że scenariusz napisał Wentworth Miller i ze względu na obsadę. To film, który was chwyci i nie puści do końca. Tajemniczy i wciągający. Rewelacyjny na płaszczyźnie treści ale przede wszystkim formy. Kapitalny montaż i muzyka. Jest jak takie wiertło, które z każdą minutą wwierca wam się w mózg i nie możecie się ruszyć, aż nie wwierci się do końca. Dreszcz nieraz krąży po plecach, nie wiesz o co chodzi, masz to nieprzyjemne uczucie włosów stających na karku, ale nie chcesz odpuścić. Jak Miller tworzy takie scenariusze to chcę ich więcej!

W ramach festiwalu i nadrabiania zaległości mogliście także natrafić na jeden z filmów o których wcześniej pisałam a który bardzo polecam What Maisie knew o którym przeczytacie tu.

To tyle na dziś. Jeżeli oglądaliście jakiś z tych filmów, albo obejrzycie po przeczytaniu tej notki, podzielcie się opinią. Jestem bardzo ciekawa co myślicie!




Komentarze

  1. Potwierdzam to co napisałas o 'Stoker': mega. W ogóle, filmy o psychopatach są świetne :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zachęciłaś mnie do obejrzenia Body/Ciało. Carte blanche i Bogowie - zgadzam się w 100%

    OdpowiedzUsuń
  3. A w temacie Marvela czekam na twoją recenzję serialu Daredevil ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam czasu by się za niego zabrać, ale jak tylko nadejdzie okazja, na pewno podzielę się wrażeniami!

      Usuń

Prześlij komentarz