"(Nie) oceniaj książki po okładce"

Wszyscy zawsze powtarzali: "Nie oceniaj książki po okładce!" ale ja ma wam do powiedzenia jedno na ten temat:



Twierdzenie, że okładka nie ma wpływu na zawartość i nasze czytelnicze odczucia, wyszło chyba od tych ślepych, albo tych, którzy nigdy książek nie kupowali.
Dla mnie osobiście jest to tekst typowy dla wydawców, którzy w pewnym momencie zostali totalnie zaślepieni, popełnili błąd i teraz próbują wcisnąć coś, co im się nie sprzedaje.

Uważam, że okładka jest równie ważna jak zawartość. Na dobrą książkę składa się wiele czynników, a jej wygląd jest jednym z ważniejszych.

Dzisiaj spróbuje wam to udowodnić, pokażę co myślę i mam nadzieję obronię swoją tezę.

Pierwszą rzeczą jaką widzimy po wejściu do księgarni są właśnie okładki. To one mają przyciągnąć nasz wzrok, to one powodują że z setek innych, sięgamy po tę konkretną i dopiero wtedy czytamy ewentualny opis czy recenzję. Okładka ma do nas przemówić!

Czy zdarzyło mi się, że kupiłam książkę tylko po okładce? Oczywiście! Dlatego też powstał ten post.

To jeden z moich najnowszych przykładów. Książka, która po prostu przyciągnęła moje oczy. Absolutnie fantastycznie intrygująca. Cena też odgrywała rolę, ale była to rzecz drugorzędna. Dobra okładka ma zwracać uwagę, ma nawiązywać do fabuły, ale jej nie zdradzać. Ma przyciągać i sprawić, że masz ochotę ją przeczytać, bez względu na to o czym jest. Zdarzyło mi się to kilka razy, niska cena i ciekawa okładka:


Zdarzyło mi się również kupić książkę tylko ze względu na okładkę, chociaż słyszałam niepochlebne recenzje.

Książka ta była przecenione, to fakt, ale prawda jest też taka, że gdyby nie ta konkretna okładka, pewnie bym nigdy po nią nie sięgnęła. Cykl Dobrani to podobno idealny przykład tego, gdy wnętrze jest znacznie gorsze od obwoluty. Szkoda tylko, że według wielu recenzentów, tak dobrze się zapowiadająca lektura (poprzez okładkę), nie dorównała jej treścią. Ale o tym też sama się kiedyś przekonam. 

Polscy wydawcy popełniają często jeden zasadniczy błąd- zmieniają oryginalne okładki. Cieszące się wielkim powodzeniem za granicą książki, okazują się niedoceniane w naszym kraju. Możliwe, że to wina słabej reklamy, ale wizerunek (tu okładka) to jeden z kluczowych narzędzi PR. 

Są przypadki, w których polska okładka jest absolutnie nieporozumieniem i tylko można spędzić godziny na zastanawianiu się "DLACZEGO?!"



W pierwszym przypadku, wszystko tam jest pomyłką, a zacytowana wypowiedź Michała Piróga całkowicie przepełnia czarę.

Jest to też dobry przykład tego, że wciskanie ludzi na okładkę może ją oszpecić. Po co mi przypadkowe zdjęcie, przypadkowego człowieka, które sugeruje jak mam sobie go wyobrazić, a jego twarz przez cały czas mnie obserwuje. Ten zabieg sprawdza się tylko w przypadku tanich romansideł.


Stephanie Perkins na pewno nie stworzyła płytkiego romansu, ale okładka mówi coś innego. Wieża Eiffla, ławka, chłopak, dziewczyna. To aż woła, by nie zbliżać się do tej powieści.

Niedawno mogliście przeczytać na blogu recenzję Cinder Marissy Meyer. Książka o której mówi cały zagraniczny booktube, która z sukcesem doczekała się już 4 części, u nas w kraju publikacja została zaprzestana po 2.


I chociaż osobiście uważam, że jest to piękna okładka, jednak musicie przyznać, że jest dość niepozorna, zwłaszcza w porównaniu z amerykańską, która jest nowoczesna i przyciąga oko:


Czasem się jednak uda i polska okaże się lepsza.
Jednym z lepszych przykładów są książki Johna Greena wydawane przez Bukowy las. Nie tylko cała seria pasuje do siebie, ale też są tak ładne, że sam green trzyma je w widocznym miejscu.


A oryginały mogą się schować.


I nagle nie wystarcza ci jedna, chcesz mieć wszystkie. Pasujące okładki podnoszą sprzedaż!
Podobnie jest z cyklem powieści dla młodzieży Matthew Quicka wydawanym przez Moodrive. Tylko popatrzcie na te cuda!


Powieści Quicka są też dobrym przykładem tego, że zmiana okładki może być zmianą na lepsze.


Tak też się stało w przypadku kilku bardziej znanych serii:




Stare jakby wykonane po kosztach, nowe atrakcyjne i wpadające w oko.

Zmiana ma też związek z ekranizacją i chęcią zysku. Jednak osobiście uważam, że często to oryginał jest lepszy:



Mimo, że na podstawie książek Greena powstają teraz filmy, wydawnictwo nie rezygnuje z pierwszych wydań, a na forach z ogłoszeniami, ludzie pozbywają się tylko plakatowych wydań. To chyba świadczy o czymś.
Służące nie zostały w Polsce, na całe szczęście, wydane w okładce filmowej. By podkreślić powiązanie tych obu produkcji, nałożono na stara okładkę kawałek papieru, z plakatem, który każdy może ściągnąć. I całe szczęście, bo ta niebieska wersja jest absolutnie piękna!

Są też przypadki, gdy piękna okładka nadrabiająca stosunkowo słabą treść, została zmieniona i to książkę całkowicie pogrążyło, bo cały problem serii tkwił właśnie w filmie.

 
Jednak zdarza się tak, że to filmowy plakat na okładce powoduje, że chętniej po nią sięgamy, bo oryginał był koszmarny.


 

 
Proszę Was, kto chciałby mieć te po lewej, gdy może mieć taki ładny mini plakat?! 
1) Na końcu tęczy/ Love, Rosie. Patrzysz na tę po lewej i myślisz "Boże co za harlequin. Pewnie jakaś tania historyjka dla gospodyni domowej" patrzysz na filmową i nagle widzisz to piękne oświetlenie, dwoje młodych ludzi i chcesz ją mieć na swojej półce.
2) To coś, co nazywali okładką wygląda jak nieudolna próba zrobienia czegoś w Paint. Widzimy chłopaka siedzącego po ciemku i najtańszą i najbrzydszą czcionkę na świecie! Nie kupowałam tej książki przez dwa lata, zanim nie wydano jej w pięknej, zielonej okładce. Nie żeby aktorzy też nie decydowali o mojej decyzji. Stare wydania powinno się spalić by nikogo nie prześladowały!
3) Stara okładka Hobbita mogła wywoływać koszmary u dzieci, serio, była tragiczna. Na całe szczęście Jackson zrobił film, i na całe szczęście na okładce książki wylądowali jego bohaterowie. I widzisz teraz Gandalfa i magiczne Shire i aż chcesz ja przeczytać ponownie.



I chociaż tu oryginał jest ok, to ja nie mogę oderwać oczu od filmowego cuda:


Są też takie, które pomimo bardzo dobrych filmów, nie powinny zostać zmieniane:


Harry Potter w filmowej okładce byłby świętokradztwem. I chociaż wydań jest już sporo nikt nie przekroczył tej świętej granicy. Dzięki Bogu!

Mam niestety też takie, które są po prostu brzydkie i gdyby nie ich cena pewnie nigdy nie znalazłyby się na mojej półce:


Przepraszam was bardzo, ale okładka Był sobie chłopiec, co wam mówi o książce? Że co, że jest to opowieść o chłopcu, który miał niebieską kaczkę? I lubił zielony kolor? Jaki to ma związek z treścią?! Tego aż nie chce się oglądać, a co dopiero po to sięgnąć? Widzisz ja na półce i myślisz: "Hmm intrygujące! Chcę to przeczytać!"? Nie, myślisz "Grafik miał zły dzień".

I oczywiście jest tak, że często słaba okładka okazuje się ciekawą, czasem fantastyczną lekturą, ale nie oszukujmy się, zanim po nią sięgniemy, musi zrobić to ktoś inny. Często to zwykły przypadek.


All My Friends Are Superheroes to jedna z moich ulubionych książek tego roku, ale okładka nie mówi nam jak książka jest wspaniałą. Nie, jedyne o czym myślisz to facet w czepku i okularach umorusany błotem! A Lucas? Wprawdzie widzisz, że nie jest to najzabawniejsza i najsłodsza historia ever, ale ten napis-cytat na froncie totalnie odbiera jej mroczny charakter. I znów przechodzisz obok nich obojętnie, a nie powinieneś!


Jeżeli tylko czytacie książki i zaraz odkładacie je na półkę, i nie ma dla was większego znaczenia to, jak ta półka wygląda, rzeczywiście, może nie oceniacie książki po okładce. Dla mnie jednak czytanie to bardziej złożony proces. Zaczyna się on wraz z wyborem, zakupem, lub pożyczeniem książki. Jestem wzrokowcem i estetką. Lubię rzeczy ładne, takie które do mnie jakoś przemawiają. I wiem, że może to się wam wydać głupie i naiwne, ale tak czuję się w stosunku do książek. Gdy już od pierwszego wejrzenia coś mi się w niej nie podoba, pewnie odłożę ją na bok. Dla mnie ma znaczenie to jak wygląda moja półka z książkami, jak się prezentują wybrane pozycje. Lubię nie tylko przeczytać, ale też poczuć książkę.

Gdy jesteście w księgarni i zobaczycie to:



Od razu wiecie, że lektura będzie przyjemniejsza.

Okładka to punkt finalny produkcji książki. Jeżeli ktoś nie dba o tak ważny element, czy można mu zaufać, że zadbał też o treść? Sposób prezencji świadczy nie tylko o wydawcy, ale i o autorze, o tym co tworzy. Gdy widzę półkę zapełnioną tanimi, robionymi na jeden wzór publikacjami, to zastanawiam się, czy tak właśnie nie powstała ta książka- szybko, tanio i na jeden wzór. Wiem, wiem, bardzo często autor nie ma w gruncie rzeczy wpływu na to jak będzie wyglądało jego dzieło, ale wydawca też ma oczy, skoro decyduje się na publikację, to znaczy, że coś mu się podobało. Dlaczego więc to Coś niszczy?!


Gdy widzę takie małe dzieło sztuki, wiem, że mam do czynienia z kimś, kto tak jak ja kocha to co robi, kocha książki. 

Możecie się ze mną nie zgadzać. Mówić "to płytkie myślenie", ale wiecie co, nie ufam tym, którzy w ogóle tak nie robią. Wszyscy oceniamy książki po okładkach! Czasem się mylimy, ale jeżeli chodzi o nasze wybory, to właśnie wygląd ma znaczenie. Lubimy rzeczy ładne. Co w tym złego? Jako miłośniczka książek, chyba mam prawo czegoś wymagać!

Chcę patrzeć na książkę i powiedzieć: 


I chyba o to chodzi w polityce wydawniczej.





BONUS: 
Najgorsza okładka w historii okładek!

Tak to jest gdy ktoś odkrywa photoshop...



Komentarze

  1. Nominowałam cie na swoim blogu do Liebster Blog Awards!
    Miłej zabawy!

    http;//slowniksztuki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. "Cyrk nocy" ma cudowną okładkę. Pamiętam, że gdy ją zobaczyłam od razu chciałam ją przeczytać i nie zawiodłam się. Bardzo dobry tekst, świetnie obrazuje, że ludzie jednak oceniają po okładce :) Pozdrawiam
    www.oczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz