Hello. My name is Tony Stark, and I am Iron Man.

Filmowe podsumowanie tygodnia part 1.


W następnych miesiącach temat superbohaterów będzie mi towarzyszył bardzo często. Wiem, że ten motyw był już tu poruszany, ale dziś postanowiłam, że napiszę recenzje filmu (pseudonieudolną recenzję), który pewnie 99,9% z was widziało. No cóż nie ukrywam, że jestem trochę zacofana.


Przez długi czas wzbraniałam się przed Iron Manem. Jako superbohater kompletnie mnie nie ruszał. Szpaner w blaszaku- tak myślałam.
Jednak jak wspomniałam nadrabiam zaległości, a zarazem odrabiam pracę domową z seminarium licencjackiego. Łączę przyjemne z pożytecznym. Moja wiedza na temat superbohaterów wzrasta. Systematycznie zaczynam skreślać z mojej listy kolejne pozycje. Czas przyszedł i na produkcje Marvela, a jako, że teraz został mi wybór między zielonym, napromieniowanym stworem, a Iron Manem (który podskoczył w rankingu po Avengersach) wybrałam tego drugiego.

Trochę teorii. Iron Man należy do bohaterów wykreowanych przez Marvel Comics Group, która zaskarbiła sobie rynek w latach sześćdziesiątych tworząc panteon gwiazd. Wtedy też nastała moda na tworzenie zespołów bohaterów w tym przypadku mamy Fantastyczną Czwórkę, Avengers, X-Men- nieźle :)  Marvel stał się prawdziwym potentatem na rynku. Doktor Strange, Hulk, Spider-Man, Thor, Capitan Ameryka. Nowe opowieści o superbohaterach pojawiały się w każdym dziesięcioleciu. Wydaje mi się jednak, że prawdziwym bohaterem naszych czasów jest nie kto inny jak Iron Man.

Kim jest Tony Stark? To miliarder, jeden z najbardziej pomysłowych wynalazców technologii wojskowej. Podczas podróży służbowej zostaje ranny i porwany przez terrorystów. Aby utrzymać się przy życiu, konstruuje reaktor łukowy, dzięki któremu odłamki metalu, które go zraniły, nie dochodzą do serca. Buduje też nowoczesny kostium-zbroję, aby uciec porywaczom. Z czasem produkuje coraz nowsze i potężniejsze wersje kostiumu i postanawia ich używać do zwalczania przestępczości jako Iron Man.
Co ciekawe wcale się z tym nie kryje. Nie bierze przykładu z Supermana, Batmana, Spider-Mana. Olewa tradycję i głośno i wyraźnie podkreśla kto tu rządzi.
Jak już powiedziałam bohater naszych czasów.



Filmy o Iron Manie to z pewnością coś z goła odmiennego od znanych nam wzorców. Tony Stark nie zakłada obcisłych galotów, rezygnuje z peleryny w którą można się niebezpiecznie zamotać. Z swoich wyczynów robi prawdziwe show. Lubi się otaczać gadżetami, wie na co go stać. Podkreśla, że jest geniuszem, playboyem, lubi dobrą zabawę, a reszta może mu tylko podskoczyć. 

Wielką zasługą fenomenu i uwielbienia jakie nasze społeczeństwo darzy te filmy jest bez wątpienia Robert Downey Jr. Wydaje się wręcz, że aktor ten urodził się by grać superbohatera o wysokim ego. Nic tu nie jest sztuczne i naciągane. W zasadzie to reszta bohaterów (w Avengers) wypada przy nim niezwykle blado. Robert stworzył postać, która do końca będzie utożsamiana właśnie z nim. Nic więc dziwnego, że filmy z cyklu wychodzą niezwykle regularnie, a gościa w stalowym kostiumie będziemy  mogli podziwiać w kolejnych produkcjach.
Bez wątpienia aktorzy to mocna strona produkcji, podobnie jak efekty specjalne.

Prawda jest jednak taka, że cała historia to komercyjna sieczka bez głębszego przesłania i fabuły. To taka papka dla mas która się każdemu spodoba i dostarczy dobrej zabawy. Każdy przeciętny Smith, który wyjdzie z kina wyjdzie mniej lub bardziej zadowolony, ale z pewnością obejrzy kolejną część by móc ją porównać do poprzedniej. Kto jednak oczekuje od takiej produkcji czegoś więcej? Idąc na Iron Mana żądamy widowiskowych scen walki, świetnych efektów specjalnych, znakomitego humoru, a nie przesłań i dysput o polityce, moralach, światopoglądzie. Chociaż...

O podtekstach kryjących się w filmach o superbohaterach pisałam wczesniej i nie będę się powtarzać by nie wyczerpać pomysłów do mojej pracy licencjackiej.

Ogólnie muszę powiedzieć, że Iron Man (obie części) bardzo mi się podobały. Jest to historia łatwa, lekka i przyjemna, w sam raz na jesienną chandrę. Jest to jedna z ciekawszych pozycji swojego gatunku.  Polubiłam tego milionera o niezwykłych umiejętnościach i muszę z przykrością stwierdzić, że stał się kolejnym gwoździem do trumny dla Supermana, którego nie znoszę, a który jest już symbolem.



Komentarze

  1. Nie przeczytałam i nie przeczytam dopóki nie oglądnę, bo w temacie superbohaterów to ja jednak jestem daleko za murzynami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i mogę się wreszcie wypowiedzieć :D W święta nie próżnowałam i razem z Wojtkiem obejrzałam co leci, żeby zaliczyć Avengers (poza Hulkiem, ale może do tego jeszcze wrócimy) i szybko mianowałam Iron Mana moim ulubieńcem. Oj, zdecydowanie wolę zarozumiałych geniuszy, anieżeli zmutowanych nadprzyrodzoną siłą bohaterów :D Że nie wspomnę o Robercie samym w sobie :D

      Serio. Iron Man podobał mi się najbardziej ze wszystkich bohaterów jakich oglądałam. Batman mnie momentami nudził (nie był zły, ale...). Thor był zbyt "poza-ziemski" (nie żebym coś miała do obcych, ale prastarzy Bogowie mnie tak nie jarają...), a Captain America... no nie wiem, po prostu preferowałam tego gościa zanim przybrał ciałka, hahahahaaa, dobra, nieważne zapomnij. Wniosek jest taki, że tylko Tony zdołał podbić moje serce:)

      Usuń
  2. cześć, też nie lubię Supermana. i nie wypowiem się na temat Iron Mana, bo jakkolwiek byłby durny, uwielbiam i samego Tony'ego Starka, jak i grającego go Roberta Downeya Jra. tak więc moja ocena jest totalnie skrzywiona ♥

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz