czwartek, 7 listopada 2013

After reading: "Pokuta" i "Miasto Kości"


Przedzierając się przez stosy książek zalegających na półkach i przeglądając dziesiątki stworzonych przeze mnie list, coraz trudniej jest mi dokonywać wyborów. Mam za mało czasu, a ilości tego czego jeszcze nie widziałam jest zbyt duża, bym mogła temu w jakikolwiek sposób podołać. Jest tysiące pozycji, które chciałabym mieć w swoich rękach, i równie wiele, które muszę przeczytać. Do tej pory jednak nie zdarzyło mi się tak, by książki z stosu "chcę" pokrywały się ze stosem "muszę". Nigdy nie byłam wielbicielką poezji ani tekstów staropolskich. Nie ekscytowałam się widokiem "dzieł wybranych Mickiewicza" i nie nie mogłam się doczekać aż sięgnę po Sienkiewicza. W tym roku jednak, z nie znanych mi powodów, nabrałam dystansu do słowa "lektura" i postanowiłam zgłębiać tajniki nawet tych, które wcześniej traktowałam jako przykry przymus. Zrozumiałam, ze literatura polska, której znajomość zazwyczaj ogranicza się do lektur szkolnych, to zbiór fantastycznych i wartościowych dzieł, które niesłusznie zostały wypatrzone przez szkołę. 

Już jakiś czas temu zmierzałam zganić oświatę, za przesiew jaki zrobili w kanonie lektur, ale przeglądając go na spokojnie, zrozumiałam, że żyjemy w innych czasach. Tempo naszego życia się zmienia, a młodzi nie interesują się jakimś dziełem sprzed 200-stu lat napisanym 13-sto zgłoskowcem. Wiele z lektur, które nas obejmowały, było nudnych. Musicie to przyznać. Dlatego pojawienie się Tolkiena, Sapkowskiego czy Lewisa jest jakimś sposobem na urozmaicenie i odmłodzenie listy, a nauczyciele, jeżeli maja jeszcze siłę, zawsze mogą coś z klasyki przeszmuglować. Zresztą mamy wspaniałe adaptacje "lektur szkolnych"- dlaczego ich nie wprowadzić do kanonu? 
Zostawmy jednak szkołę na boku.

Moja lista książek "do przeczytania" osiągnęła już rozmiary Wieży Eiffla i ciągle się powiększa. Pogodzenie tego z czasem, którego mam coraz mniej, to nie lada wyzwanie. Jednak opozycja pomiędzy "chcę" a "muszę" na reszcie zaczęła się zacierać, a dowodem na to jest pierwsza z wymienionych tu przeze mnie lektur.




Nie powinno się oglądać filmu zanim się nie przeczytało książki. Na pewno nie powinno się oglądać "Pokuty" zanim się nie przeczytało książki.

Upalny dzień roku 1935. U Tallisów ma odbyć się przyjęcie. Trzynastoletnia Briony jest świadkiem sceny miłosnej pomiędzy jej siostrą Cecilią i synem gosposi Robbiem. Dziewczynka jednak widzi całkiem coś innego, a dalszy przebieg wieczoru i wszystkie jego następstwa są konsekwencją jej wyobrażeń. Los sprawi, że zachowanie Briony i jej słowa będę miały tragiczne, wręcz niszczące skutki, a ona sama, z czasem zacznie rozumieć swoją pomyłkę i będzie musiała odbyć bolesna pokutę. Wybuch II wojny światowej, rozłam w rodzinie i jej bezradność co do wydarzeń nie będzie sprzyjał rehabilitacji. Czy jej się uda, czy Cecilia i Robbie będą szczęśliwi, czy miłość może przetrwać w obliczu katastrofy? 

Powieść McEvana nie mogła mnie niczym zaskoczyć. Znając tę historię, zapamiętałam każde najważniejsze wydarzenie, dlatego też nie miałam większych oczekiwań co do lektury. Chciałam sprawdzić na ile oryginał zgadza się z adaptacją. Jakie było moje zaskoczenie gdy odkryłam, że te dwa dzieła współgrają ze sobą, a jednocześnie, każde z osobna, dostarcza niezwykłych wrażeń i działa jakby na dwóch płaszczyznach.

McEvan stworzył przykład znakomitej prozy, która niebezpodstawnie uznawana jest przez krytyków za arcydzieło. W "Pokucie" wkraczamy w świat miłości, wojny, grzechu i zadośćuczynienia. W znakomity sposób, wręcz po mistrzowsku, autor manewruje pomiędzy różnymi poziomami świadomości bohaterów, ukazując ich psychikę i sposób patrzenia na świat. Umiejętnie buduje napięcia, tworząc przeplatający się ciąg zdarzeń i ukazując czytelnikowi świat takim jaki on jest, z rożnych perspektyw. Daje nam wszystkie niezbędne element,y dzięki którym zrozumiemy tragiczność sytuacji, a która by się nieudała prowadząc narrację jednopłaszczyznową. Lawiruje między bohaterami, nie pozwalając na cień przypadku, na niedomówienie. 

Całość powieści podzielona jest na 4 etapy. Są to poszczególne etapy życia, etapy historii. Pierwszy opisuje jeden dzień roku 1935. Ten tragiczny dzień, który miał być tak piękny. McEvan daje nam poznać każdego, zrozumieć ich motywację, miarkuje napięcie. Na początku sami popadamy w rozluźnienie za sprawą promieni słonecznych, upału i wolności, by za chwilę w niezwykle dynamiczny sposób, niczym po uderzeniu meteorytu, wszystko się zmieniło. 
Część druga przenosi nas w czas II wojny światowej. Znajdziemy tu niesamowite opisy walki, dokładne i surowe. Część trzecia rzuca nam więcej światła na postać Briony, na jej dochodzenie do prawdy by w kolejnej części zaskoczyć nas, zmusić do refleksji, zadumy nad cała sytuacją. Do uronienia łzy?

"Pokuta" do emocje. Emocje o jakie trudno. Myśląc o tej historii czujemy ścisk w żołądku. Ian McEvan pokazał w niezwykle plastyczny i wysublimowany sposób jak bardzo musimy być świadomi konsekwencji własnych czynów, gdyż nasze życie może się rozpaść, a jego posklejanie, choćbyśmy się bardzo starali, może zająć nam lata i być niezwykle trudne. 

Natomiast co do filmu i jego stosunku co do książki, to jest to przykład niezwykle przemyślanej i dopracowanej adaptacji. Jak już wspomniałam obie pozycje współgrają ze sobą, jednak oddzielnie dają nam dodatkowe przezycia, a o to właśnie chodzi- o poruszenie odbiorcy, poruszenie do głębi.



Lektura z cyklu: young-adult, na jedno popołudnie.

Życie Clary zmienia się gdy jest świadkiem morderstwa. Zaczyna dostrzegać rzeczy, której nikt z ludzi widzieć nie powinien, a na jej drodze staje tajemniczy i przystojny Jace. Na domiar wszystkiego jej matka zostaje porwana, co sprawia, że Clary staje się częścią nieznanego jej świata i zaczyna odkrywać prawdę o sobie samej. 

"Miasto kości" to przykład literatury młodzieżowej, po którą sięgają w znacznej mierze ludzie powyżej 18 roku życia. Do tego samego "gatunku" zaliczamy też "Harry'ego Pottera" "Igrzyska Śmierci" czy nawet "Hobbita". Jest to literatura niewymagającą, łatwa i przyjemna, która jednak odchodzi od dziecinności na rzecz podejmowania bardziej poważnych tematów.
Po raz pierwszy o "Mieście Kości" usłyszałam przy okazji promocji filmu. Tak to już jest, że obecnie każda książka, która ma jakikolwiek potencjał zostaje zekranizowana w zaskakująco szybkim tępię (co zawdzięczamy bez wątpienia sukcesowi Pottera). Nie ma oczywiście w tym nic złego, uwielbiam adaptacje filmowe, pod warunkiem, że są one dobra, a w tym przypadku mam kilka zastrzeżeń... ale o tym później.

"Miasto kości" to pierwsza część cyklu "Dary anioła". Już na początku fabuła się rozkręca. Od razu jesteśmy świadkami morderstwa. Nie znając jeszcze dobrze głównej bohaterki jesteśmy uraczeni serią pytań i tajemnic. Przez cały tom rozwiązujemy historię i wkraczamy w świat magii (ale nie takiej z różdżkami) niesamowitych stworzeń, aniołów i demonów. Autorka sięgnęła do mitów, albo do innych licznych już książek gatunku. Zebrała je wszystkie i starał się stworzyć własny mit, rozgrywający się na planie współczesnego Manhattanu.

Jak przystało na powieść young-adult tak i tu nie mogło zabraknąć oczywiście niezwykle istotnego elementu romansowego pomiędzy głównymi bohaterami. Ich "romans" kwitnie niemal od pierwszego wejrzenia i chociaż przez cały czas zawija się on niczym wąż, to gwarantuje wam, że na końcu będziecie zaskoczeni finałem. Tego jeszcze chyba nie było.

Czytając miałam jednak nieodparte wrażenie, że czytam coś napisanego przez nastolatka. Nie wiem czy to wina tłumaczenia, w którym roiło się od błędów stylistycznych, czy fandomowy rodowód. Czasami narracja kulała i wątki były śmiesznie naiwne i bez sensownego podłoża, a kreowane napięcie, w pewnym momencie zostało złamane przez, według mnie niewłaściwe fabularne posunięcia. 

"Miasto Kości" nie jest książką która zmieni wasze życie. Nie wnosi ona nic odkrywczego.  Nie jest najlepszym dziełem literackim.
Jest to jednak coś nowego-starego. Jest to przyjemna lektura na wolne popołudnie (albo dwa). Wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Są tacy, którzy ja pokochają, są tacy, którzy wyśmieją. Według mnie ma jednak to "coś", co spowoduje, że sięgnę po kolejne części, bo czy wszystko co czytamy musi być z najwyższej półki?

PS. Film psuje wszystko. Oderwany od książki, zmieniając kilkukrotnie fabułę oferuje kilka spoilerów co do dalszych tomów, a to nie jest fajne...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz