Spełnione marzenia! (cz. I)

Grudzień to miesiąc życzeń. Życzenia składane są na każdym kroku i w niemal każdej sytuacji. Od wielu lat, czy to z okazji świąt, nowego roku, urodzin, życzono mi jednego: "Londynu". Z uśmiechem, potulnie kiwałam głową odpowiadając "Mam nadzieję", a w myślałam "taaa, jasne, już widzę że się uda".

Nie pamiętam jak dawno temu owo marzenia zakwitło w moich myślach. Bez wątpienia duży wpływa na to miał Harry Potter, ale nie jestem pewna jak bardzo i czy to właśnie od tego się zaczęło. Widzicie, to było tak dawno, że nie jestem sobie w stanie przypomnieć. W moim pokoju pełno jest zdjęć, obrazków, motywów związanych z Londynem. Ekscytowałam się każdym durnym gadżetem w sklepie. Oglądałam każdy film z wypiekami na twarzy widząc Big Bena.
Gdy coraz częściej widziałam zdjęcia znajomych z Londynu zalewała mnie krew, że każdy może się zebrać i jechać, bo Londyn jest fajny, a ja, która dokładnie wiedziałam po co tam mam jechać nie zebrałam się i nadal tkwię tu gdzie jestem.

Gdy ktoś spełnia twoje marzenie to boli najbardziej.

Szala przebrała miarę gdy Ana tam pojechała. Spełniając swoje marzenie, które wryło się w jej myśli tak mocno jak u mnie, dała mi porządnego kopniaka i postanowiłam działać.


Razem z Anią (osobą bez której, wiem, żeby się to nie udało) postanowiłyśmy położyć wszystko na jedną kartę. Rozpoczęłyśmy poszukiwania. W sierpniu w jednej chwili kupiłyśmy bilety na samolot na listopad, znalazłyśmy nocleg u znajomych i zakreśliłyśmy datę w kalendarzu. 19 listopada. Odliczałam dni, a im było ich mniej tym bardziej się stresowałyśmy. Jeden dzień do odlotu to było już istne szaleństwo.


Dzień 1.
Czekając w hali odlotów, widząc tych wszystkich wyluzowanych ludzi, ręce mi się trzęsły. Mój pierwszy lot, pierwsze samodzielne, w 100% samodzielnie zaplanowane "wakacje" w obcym kraju. Do momentu zapięcia pasów nie wierzyłam, ale gdy samolot zaczął kołować, wiedziałam, że jestem bliżej Londynu niż kiedykolwiek.

 

 Polska z lotu ptaka jest piękna, ale...

Anglia jeszcze piękniejsza.

W pierwszym dniu miałyśmy proste zadanie. Dotrzeć do Londynu i zaplanować kolejny dzień. Nie było czasu na zwiedzania, a że mieszkałyśmy w 6 strefie założyłyśmy, że będzie mało czasu na cokolwiek. Miałyśmy rację :)
Jednak już sam jazda autobusem była przygodą.




Dzień 2.
Jak inaczej można rozpocząć wizytę w Wielkiej Brytanii nie wstępując na herbatkę do Królowej? Oczywiście nie miałyśmy na co liczyć, a szkoda, bo Londyn przywitał nas iście londyńską pogodą, co było wielkim pechem zważywszy na to, że dzień wcześniej miałyśmy bezchmurne niebo... olbrzymi pech, ale nic nam nie było strasznym. Zmiana warty przebiegała bez zakłóceń do momentu gdy z sekundy na sekundę pogoda uległa załamaniu i mieliśmy gradobicie z grzmotami. Takie rzeczy w listopadzie to chyba tylko tam. Woda płynęła strumieniem ulicą, więc Buckingham Palace nie wyglądał jakoś bardzo zjawiskowo, chociaż i tak był fantastyczny!



Pogoda była straszna, Londyn cudowny. Nie było się gdzie schować, więc dzielnie kroczyłyśmy dalej. Pierwsze spojrzenie na Big Ben i kolejny dowód, że tam jesteśmy. Co nas jednak najbardziej zaskoczyło? Pogoda w UK jest tak zmienna, że nie nadążasz za tym co się właściwie dzieje. Po godzinie było fantastycznie i tak już pozostało.




Londyn nocą...

Londyn nocą dane nam było oglądać codziennie. Zdjęcia są jakie widać... ale Londyn nocą jest piękny. Nie mogło być inaczej, prawda?


Dzień 3.
Jeden dzień miał być naszą największą wyprawą. Nie marnowałyśmy pieniędzy na przejażdżki metrem, bo na mapie wszystko było blisko. Rzeczywiście wszystko było blisko. Gdyby nie to, że nienawidziłam wtedy swoich nowych butów pewnie kilometry jakie przeszłyśmy nie robiłyby na mnie wrażenia. Postanowiłyśmy, że musimy odhaczyć z listy absolutnie najważniejsze miejsca z przewodników więc podzieliłyśmy Londyn na swoje własne strefy. Tym razem zwiedzałyśmy tę wschodnią część na naszej mapy z Katedrą Św. Pawła, Tower i wszystkimi ważnymi mostami.



Zrezygnowałyśmy z wejścia do Tower, bo to spory wydatek, a dzień wcześniej również sporo przeznaczyłyśmy na Westminster Abbey (które, czego wcześniej nie napisałam, było absolutne fantastyczne i robiło olbrzymie wrażenie. I nawet mieli audio-przewodnik po polsku!)

Widok Tower z zewnątrz też jednak robi spore wrażenie i Tower Bridge w tle to już wisienka na torcie. Stałyśmy tam sporo czasu i napawałyśmy się widokiem. Widokiem mostu- świrusy- ale prawda jest taka, że to najpiękniejszy most na jakim byłam.




Standardowo udałyśmy się do McDonalda (które są wszędzie, podobnie jak KFC i Starbucksy) bo tam można było coś tanio zjeść i wypić i połączyć się ze światem (dziękuję za darmowe wifi!). I oczywiście jak dnia poprzedniego po wyjściu znów było słonecznie.



Idąc dalej tropem mostów, trafiłyśmy wreszcie do Shakespeare's Globe Theatre. To była absolutnie najlepsza część dnia. Jak przystało na szekspirowski teatr dostaliśmy 100% Brytyjczyka ze 100% brytyjskim akcentem i poczuciem humoru, który chyba postawił sobie za punkt honoru zmienienie naszego pojęcia o standardowym oprowadzaniu. Facet wyglądał jak Jim Carey, miał mimikę jak Jim Carey i grał lepiej niż Jim Carey, przez co stał się największą atrakcja teatru.





Następnie zwiedziłyśmy Tate Modern, gdzie próbowałyśmy zrozumieć sztukę współczesną. Z różnym skutkiem, ale Picassa widziałyśmy. 

 Pisałam już, że Londyn nocą jest piękny?


Marzłyśmy, mokłyśmy, ale nic nas nie zrażało. Spełniałyśmy marzenie! 

Koniec części I. 



Komentarze

  1. asdfghjkl;'
    nic innego nie jestem w stanie powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotkamy się w połowie drogi z Islandii do Polski, co ty na to?

      Usuń
  2. Ah, Westminster Abbey i Globe - dwa miejsca w których absolutnie nie powinno mnie zabraknąć! Ale wszystko przede mną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę iść jeszcze raz, don't mind :) A poza tym nie wyobrażam sobie, że to nasza ostatnia wizyta tam i liczę na to, ze następnym razem pojedziemy większą grupą.

      Usuń

Prześlij komentarz