Nadrabianie oscarowych zaległości- Rydwany ognia.

Niedawno w głowie zaświtał mi pomysł, dość szalony (szaleństwo!), by nadrobić oscarowe zaległości. Jest wiele filmów, które na przestrzeni lat dostały tę najważniejszą statuetkę, w tej najważniejszej kategorii, a których ja nie miałam okazji obejrzeć. Zabrałam się więc do wypełninia ambitnego planu i tak wybrałam wszystkie filmy od roku 1950, które były najlepsze, przygotowałam losy i teraz raz w tygodniu możecie się spodziewać notki "Nadrabianie oscarowych zaległości". W każdy weekend będę oglądać coś nowego, nie będę oszukiwać, daję słowo. Może podpowiem wam dzięki temu co warto, a co nie warto zobaczyć. Sprawdzę też gust Akademii, z którym czasem jest kiepsko. No cóż, do dzieła. 

Pierwszy los:

Rydwany ognia (1981)



Zanim zrobicie cokolwiek, zanim zaczniecie czytać, chciałabym byście uruchomili poniższy filmik, żeby muzyka ta leciała wam w tle podczas czytania. Wierzcie mi to niezwykle ważne, dla odbioru tego posta.


Słyszycie, włączyliście?
Poczekajcie aż zacznie grać fortepian.
Dobrze. 

To co teraz słyszycie to muzyka autorstwa Vangelis za którą dostał Oscara. 
To co teraz słyszycie to najmocniejszy i najlepszy element filmu. Niestety jeden z niewielu.

Z całym szacunkiem dla wielkiej i klasycznej kinematografii, Rydwany ognia to niestety ogromne NUDY. Nie należę do osób, które łatwo nudzą się podczas oglądania filmów, zawsze staram się doszukać pozytywów, jednak teraz...

Prawdziwa historia dwóch brytyjskich lekkoatletów startujących na Igrzyskach Olimpijskich w 1924 r. Jeden z nich biegnie ku chwale Boga, drugi robi to dla sławy. -oto i cała fabuła.

Oczywiście rozumiem całą tę koncepcję kina dziedzictwa, którym pasjonowała się Wielka Brytania w latach 80. Rzeczywiście udało im się pokazać potęgę narodu, te dobre czasy zwycięstw, białych sweterków, zasad i porządku, ale udało m się też pokazać stereotypowy flegmatyzm. Film, którego głównym motywem jest sport powinien być bardziej porywający, ciekawszy, a tymczasem Rydwany ognia są przegadane. Dłużą się niemiłosiernie. 

Plusem filmu oczywiście jest klimat. Uwielbiam Wielką Brytanię za te jej wszystkie dziwactwa i dbałość o szczegóły, jednak piękne widoczki i znakomite kostiumy nie przysłonią średniej gry aktorskiej i braku ciekawej fabuły. W zasadzie nie wiem o czym ten film był. Postacie były mało wyraziste, aktorzy i imiona postaci mi się myliły. 

Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, ze krytykuję film za to, że jest stary i klimat nie ten co trzeba. Wychowałam się na takich filmach, pięknych kostiumowych produkcjach z lat 80. Oglądałam ich wiele, problem w tym, że Rydwany ognia są przereklamowane, mówi się o nich jak o wielkim arcydziele tymczasem wieją nudą i nie maja niczego co zasługiwałoby na uwagę.

Poza muzyką. 

Teraz dźwięki utworu który wam leci w tle zmierzają do końca, a to oznacza, że kończy się jedyna warta uwagi scena w filmie. Muzyka stanowi ponad połowę sukcesu i popularności jaką cieszy się ta produkcja. Śmiem twierdzić i może zbyt odważnie, że film na nią nie zasługuje. Nie lubię komuś odradzać oglądania czegoś, dlatego tak tego nie ujmę. 

Jeżeli macie sporo wolnego czasu i chcecie zobaczyć Rydwany ognia, dla samego faktu obejrzenia tak wielkiego klasyka kina, to serdecznie wam polecam. Nie przesadzajcie jednak z odbiorem tej serdeczności. Jeżeli wystarczy wam sama muzyka to wsłuchajcie się w te piękne dźwięki, a jak chcecie streszczę wam fabułę.

Komentarze