poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Jestem jedną z tych osób, którym chyba nigdy filmy superohaterskie się nie znudzą. Wychowałam się, dorastałam na nich. Nie jestem typem fana który przeczytawszy komiksy uważa, że film /serial powinien je wiernie odwzorowywać, jestem zwolennikiem swobody i wariacji, ale w granicach rozsądku. Zachowując to co święte pozwólmy im być i tworzyć nowe. Nie chcemy ciągle tego samego odgrzewanego kotleta, prawda?

recenzja


Gdy kilka lat temu ogłoszono, że powstanie nowy Superman ucieszyłam się. Nie umniejszając Brandonowi Ruthowi, nie za bardzo podeszła mi produkcja z 2006 roku do gustu, a te wcześniejsze były stanowczo przestarzałe. Człowiek ze stali, mimo różnych recenzji uważam, że był być może najlepszym filmem o Supermanie. Henry Cavill stał się Supermanem na miarę naszych czasów.(recenzja) Gdy niedawno ogłoszono, że do Supermana dołączy Batman, pomyślałam "chwileczkę, ale jak to tak? Po Nolanie chcecie robić coś nowego?", gdy ogłoszono, że Batmana zagra Ben Afleck zareagowałam tak:


Dlatego też tak długo wzbraniałam się przed tą produkcją. Jednak po tej masie naprawdę ciekawych zapowiedzi DC, które pojawiły się podczas San Diego Comic Con, przełknęłam gorycz zawodu i odpaliłam film.

Batman v Sumerman, a już san Człowiek ze Stali mają rozpocząć nowy rozdział w historii filmów DC. Na tej samej zasadzie co Marvel, DC postanowiło wreszcie stworzyć jeden spójny obraz, gdzie sięgnie do bogatych zasobów komiksowych i utworzy jedna wielką rodzinę filmów, która będzie mogła konkurować z bohaterami Avengersów. 

Film Zacka Snydera rozpoczyna się tak jak każdy pierwszy film o Batmanie, ale już na samym początku możemy zwrócić uwagę jak dużą wagę przyłożono tu do warstwy wizualnej filmu. Przepiękne zdjęcia, bardzo dobry montaż i Hans Zimmer, już od pierwszych scen nadają mu bardzo specyficzny dla DC klimat mroczności z artystycznym zacięciem widzianym np u Nolana.
Jak każdy szanujący się film superbohaterski tak i ten zaczyna się od wybuchu i wtedy też po raz pierwszy poznajemy dorosłego Bruce'a Weyne'a i mam pierwszy zgrzyt. Bo wszystko jest takie trochę chaotyczne i niedopowiedziane. Ale to zaledwie początek, Snyder obu bohaterów wprowadza powoli, odseparowanych i zwalczających zło na własną rękę. I tu rodzi się pewien problem bo o ile w przypadku Supermana wszystko jest w sumie jasne, u Batmana którego działania zawsze bardziej przypominały tajniaka służb specjalnych aniżeli superbohatera, tak naprawdę nie mamy powiedziane co on chce zwalczyć i dlaczego. Oczywiście wiemy że ma jakiś problem ze Supermanem ale tak naprawdę nie wiemy o co chodzi, bo na kilku surowych spojrzeniach (albo jak ja to określam Reasting Affleck Face) się kończy. Tak więc mamy po raz kolejny zło nieokreślone, ale jest ono nieokreślone do tego stopnia, że gdybyśmy nie widzieli scen spoza głównego wątku kompletnie nie wiedzielibyśmy o co chodzi. Zło wykreowane trochę na siłę, brakuje jasnego komunikatu, co sprawia że trzeba czytać między wierszami nie widząc realnego zagrożenia.

W porównaniu do Marvela, DC zawsze charakteryzowało się ukazywaniem zła w postaci realnego zagrożenia, takiego które naprawdę może czaić się za rogiem. Szczególnie mocno widoczne było to w przypadku Batmana. Głównym tematem tej opowieści zdaje się jednak być przeciwnik jakiego sami sobie kreujemy. Strach przed tym czego człowiek nie może kontrolować, przed czymś silniejszym niż on jest prawdziwym czarnym charakterem filmu. I  na jego tle rodzi się konflikt pomiędzy najważniejszymi superbohaterami Universum DC. Oczywiście ponownie przychodzi do głowy porównanie z Marvelem. Tu mamy do czynienia z dużo mroczniejszą, w dużej mierze psychologiczna walka bohaterów. W Civil War dużo było wszystkiego, wszyscy bili się ze wszystkimi, oczy nie nadążały za obrazem i miało się wrażenie, że jest się wrzuconym do maszyny z zabawkami. Tu jest inaczej, może realniej, spokojniej chociaż momentami napięcie jest dość wysokie. Idea jest prosta- ukazanie chęci człowieka do bycia istotą najwyższą przejęcia roli nadczłowieka (czyli to o co w komiksach chodziło od początku i o czym mówił już Nietzsche). Pokazuje też upadek bohatera, odwracanie się od niego gdy przestaje być wygodny, nieokiełznany. I wszystko ideowo wygląda naprawdę ciekawie.


Ale w Batman v Superman mija godzina i nic się nie dzieje, sam pomysł i podchody do rozwinięcia problemu nie wystarczają. Klimat, bohaterowie, intryga, które rozbite na czynniki się bronią, razem tworzą bardzo długi prolog do czegoś, co miało nam zaprzeć dech w piersiach, a tak naprawdę zaczyna nużyć.
Oczywiście jest wiele momentów które cieszą, niestety przez pierwszą część filmu ma się wrażenie jakby oglądało się osobne historie zbite razem na siłę. Pojawia się Batman, pojawia Superman, każdy coś tam robi, każdy ma jakiś problem jednak niewiele to daje.
Trudno jest odróżnić Gotham od Metropolis. Clark niknie przy Lois Lane, a jak już zakłada pelerynę dzieje się to stanowczo za rzadko. Bruce nie przekonuje jako playboy i filantrop, a Batmana mamy za mało. Gdybyśmy nie wiedzieli że Affleck gra kogo gra, nie jestem pewna, czy film by nam to wystarczająco mocno nakreślił.

Tak naprawdę film w dużej mierze jest przegadany. Jesse Eisenberg który początkowo naprawdę może się podobać jako szalony Lex Luthor w pewnym momencie staje się karykaturą samego siebie. Chociaż jego szaleństwo, nieustający słowotok i nieobliczalność wydają się odpowiednie do historii to w pewnym momencie masz go już dość. Brakuje mi odpowiedzi dlaczego. Nawet Joker chciał "widzie jak świat płonie", a Luthor? Szaleniec nie musi mieć powodów, ale nawet ich brak musi by podkreślony.

Gdy jednak kończą się podchody rozpoczyna się właściwa akcja. I chociaż 'wojna bohaterów" jest mniej spektakularna niż w Civil War, ma ona tu dożo więcej sensu. Sensu w bezsensie. Bardziej wierze jednak w konflikt Batmana i Supermana niż Iron Mana i Capitana, ponieważ ten pierwszy opiera się na bardziej złożonej psychologii a nie "widzi mi się". Jednak troszkę więcej akcji i dynamizmu by nie zaszkodziło, troszkę żywsze tempo, więcej pokazania, mniej mędrkowania. 
Są jak dwaj chłopcy bawiący się w podchody, szczególnie Batman, który przypomina błądzącego po ciemku faceta, który nie wie co właściwie robi i który jako Bruce jest bardziej zgredem niż playboyem. Oczywiście sporą winę dopatruję się w tym przypadku w osobie Bena Afflecka, który jest najmniej lubianym przeze mnie aktorem i którego wybór do tej roli był ciosem w serce. Nadal uważam, że był to błąd, a postać wiele traci gdy musimy oglądać jego zbolałą twarz i mało wiarygodne sceny walki (do tego ten kostium w którym wygląda jak Transformers który zaraz ma się przeistoczyć w BatMobile). Może lepiej byłoby gdybyśmy dostali wcześniej osobny film o nim, by poczuć zmianę, charakter, a tak mamy urwane informacje i domysły.
I mimo tych minusów jest to dalej bardziej Batman Show bo Supermana mamy jak na lekarstwo, chociaż wszyscy gadają tylko o nim. Superman wydaje sie pionkiem w grze, kolejny raz jest traktowany pobieżnie, a przecież postać ta ma tak duży potencjał...



Przy nich dwóch Diana Prince (Gal Gadot) jawi się bardzo ciekawie i obiecująco, a gdy przywdziewa kostium Wonder Woman nie odstaje panom w żaden sposób. Jest zadziorna, intrygująca i odważna. Dokładnie taka postać była potrzebna w momencie kiedy dwóch facetów nie mogło się ze sobą dogadać. 
Tak samo Alfred (Jeremy Irons) który ponownie inny niż wcześniej, dalej pozostaje tym starym poczciwym Alfredem, bez którego Batman nie mógłby istnieć.

Czy film rzeczywiście jest tak słaby jak to możecie wywnioskować z powyższych słów?

O dziwo nie. Koniec końców jest to całkiem dobre kino superbohaterskie, które czytane między wierszami okazuje się niezłą lekcją gatunku.
Po jakimś czasie wszystko zaczyna wjeżdżać na właściwe tory i trzeba to obejrzeć, ponieważ Batman v Superman to tylko początek. Czuje się to w każdej senie. Przyjdzie coś większego, a my nie możemy sobie pozwolić by już na wstępie zgubić wątek.

Nie zgodzę się też z tymi co zarzucają filmowi zbyt mroczny klimat. Tak, fajnie byłoby gdyby poluzowano troszkę pasa, gdyby nadano filmowi trochę więcej dynamizmu, ale sam klimat jest czymś co kocham w DC. Nie będą na siłę tworzyć komiksowych barwnych historii tryskających humorem, gdy to nie pasuje do charakteru postaci i fabuły.

Film jest niczym jazda pod górkę, zaczyna się wolno, ale rozkręca i kiedy dochodzi do bitwy w punkcie kulminacyjnym... jest spektakularnie. To to czego każdy z nas oczekiwał i chciał od pierwszej minuty. Rozwiązanie napięcia jest równie mocne i uderzające. Podczas tych trzech godzin seansu możemy doświadczyć naprawdę wielu emocji: od początkowej ekscytacji poprzez lekkie znużenie, do momentu kiedy nie możemy oderwać oczu od ekranu, aż do końca gdy zadajemy sobie pytanie "ale...co?"

Ponownie- zdjęcia, muzyka powodują że to coś więcej. Montaż podnosi ciśnienie, tak samo jak dbałość o szczegóły, a niektóre ujęcia Batmana to wręcz ukłon w stronę klasyków komiksów.


Produkcja ta daje mi spore nadzieje na to co ma przyjść już niebawem. Począwszy od zapowiadającego się rewelacyjnie Suicide Squad, poprzez robiącą wrażenie Wonder Women i Justice League, które chyba już wyciągnęło wnioski z BvS wnioskując z zwiastuna.
Wszystkie te plany są niczym wcześniejsza gwiazdka. I chociaż tym razem nie zostałam powalona na łopatki, nie wyobrażam sobie, że mogłabym ten film uznać za beznadziejny (tak jak mi mówiono). W ostatecznym rozrachunku to co złe zapominam, a miejsce niezadowolenia przejmuje ekscytacja co do przyszłości. 

Koniec końców - bardzo mi się podobało.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz