Cześć, tak to ja. Wydaje mi się, że ja jestem bardziej zaskoczona tym postem niż Wy... o ile jest tu jeszcze ktoś kto zagląda na tego bloga.
Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo chaotyczne i nie będę Was oszukiwać, blog nie był moim priorytetem. Nie chciało mi się pisać. Ale właśnie naszła mnie myśl, że w gruncie rzeczy za tym tęsknię.
Może niektórzy z Was wiedzą, że od ponad roku tworzę głównie na YouTube, to tam teraz czuję się najlepiej, to tam chce głównie tworzyć, bo to YouTube sprawia mi obecnie największą przyjemność. I tak jak gdy zaczęłam tworzyć na Instagramie ucierpiał ten blog, tak teraz cierpi Instagram. Chyba nie naddaję się na osobę tworzącą na wielu platformach jednocześnie...
Ale już ten krótki post utwierdził mnie w przekonaniu, że nadal lubię pisać. Nie jestem tu tak chaotyczna jak przy nagrywaniu i nikt mi tu nie wytknie wpadek wynikających z mojej dykcji.
Pytanie tylko o czym pisać. Nie wyobrażam sobie nie pisać o filmach i książkach ale może czas wprowadzić tu też więcej mnie? Takich po prostu postów o wszystkim i o niczym. Nie wiem, muszę to jeszcze przemyśleć bo jak wspomniałam weszłam tu na spontanie i zaczęłam pisać więc nie ogarnęłam jeszcze przyszłości tego bloga. Ale chce by on ją miał.
Więc jeżeli ktoś to jeszcze czyta to napiszcie mi czego oczekujecie, o czym chcecie poczytać.
Może zacznę tu zamieszczać tak jak dawniej recenzje tego co czytałam. Staram się to robić na Goodreads ale fajnie jest je mieć w moim miejscu.
Tak czy inaczej cieszę się że wystukałam te kilak słów. Zanim pojawi się coś konkretniejszego zapraszam na mój kanał na YouTube.
Od dawna obiecywałam tu powrót, dlatego dziś tego nie zrobię... Sami widzicie jak to wychodzi. Ale ponieważ rozpoczyna się rok, przychodzę do Was z moim nowym BINGO i zachęcam do korzystania!
Moja recenzja serialu dostępna jest również w formie podcastu (na większości platform podcastowych i youtube na profilu Fishtalking). Poniższy tekst to w dużej mierze transkrypcja tego podcastu uzupełniona o spoilery (zapisane na biało, więc musicie sobie zaznaczyć tekst by je przeczytać).
W piątek 23 kwietnia na Netflix premierę miał serial Shadow & Bone (po polsku Cień i Kość ale pozwólcie, że będę używała angielskiej nazwy). Ci z Was, którzy obserwują mnie na Instagramie, słuchają podcastu wiedzą, że bardzo na ten serial czekałam. Gdy tylko w piątek wróciłam z pracy zabrałam się do oglądania i wszystkie odcinki obejrzałam na raz.
Zanim przejdę do omawiania serialu kilka słów o czym on jest. Cień i Kość to pierwszy tom serii książek Leigh Bardugo a konkretnie Trylogii Grisha opowiadającej losy Aliny Starkov - sieroty, która odkrywa, że posiada potężną moc. Żyje w świecie w ktorym część ludzi posiada pewne niezwykłe moce... umiejętności, które opierają cię na wykorzystaniu otaczającej nas materii. W momencie gdy jej życiu zagraża niebezpieczeństwo jej moce się ujawniają, a Aliną zaczynają się wszyscy interesować łącznie z potężnym generałem... Recenzję książki możecie przeczytać tu.
Serial oparty jest jednak na dwóch seriach książek Bardugo. Drugą jest duologia Szóstka wron której akcja toczy się w tzw. uniwersum Gricha, około dwa lata po zakończeniu akcji trzeciego tomu trylogii. Jest to historia sześciu bohaterów - złodziei, przestępców, kanciarzy... morderców, którzy dostają zlecenie wydostania pewnej osoby z więzienia.
Właśnie fakt, że między jedną a drugą serią mamy odstęp czasowy sprawiło, że zastanawiałam się jak twórcy to rozegrają, ponieważ ze zwiastunów wygląda to tak jakby akcja rozgrywała się w jednym czasie. Jednak (spoiler) twórcy sobie z tym poradzili.
Akcja serialu rozgrywa się w czasie 1 tomu i skupia się głównie na losach Aliny, wszystko dotyczące Wron (Kaza, Inaj, Jaspera ... oraz Niny i Mathiasa) dzieje się przed ich książką, możemy więc uznać to za prequel i jeżeli chodzi o naszą główną trójkę Kaza i spółkę, są to rzeczy, które w książce nie miały miejsca.
Przede wszystkim jestem pod wrażeniem aspektu wizualnego serialu. Wiadomo, że wiele scen było efektem... efektów specjalnych, ale zarówno one jak i efekt wizualne stoją tu na bardzo wysokim poziomie, a musimy pamiętać, że to jednak serial. Akcja serialu rozgrywa się w świecie który ma przypominać carską Rosję i to widać tu na każdym kroku: w strojach, w scenografii, w otoczeniu. Budynki, przyroda wyglądają rewelacyjnie. Z tego co zdążyłam się zorientować, wiele scen nagrywano w Europie i bardzo się cieszę, że postawiono na w miarę... autentyczność.
Kostiumy są rewelacyjne, dopieszczone i oddające idealnie charakter bohaterów.
Przywiązano dużą wagę do szczegółów. Aktorka grająca Alinę posiada bliznę na czole, dlatego młoda aktorka grająca Alinę w dzieciństwie ma widoczne zadrapanie w tym samym miejscu. W przypadku Wron, które jeszcze nie stanowią tak wyrazistego planu, za pomocą tych małych detali kształtuje się bohaterów. Taki szczegół, można się wydawać, jak rękawiczki Kaza na które kilka razy zwracana jest nasza uwaga będzie dość istotny później. Albo napisy na nożach Inej.
Dla osób, które czytały książki, będzie to dowód na to, że twórcy naprawdę chcą oddać książce... honor.
Tak więc wizualnie serial bardzo mi się spodobał, pomówmy jednak o castingu.
To, że może być dobrze wiedziałam już gdy go ogłaszano ale jednak zobaczyć aktorów w akcji to co innego. W przypadku tak popularnych książek nie chciałabym być w roli dyrektora castingu i mierzyć się z latami wyobrażeń fanów.
Alina grana przez Jessie MeiLu w ksiażce wygląda trochę inaczej, jednak tu twórcy w porozumieniu z autorką zdecydowali się zatrudnić aktorkę o azjatyckich korzeniach by Alina jeszcze bardziej wyróżniała się w otoczeniu. Z Aliny zrobiono w połowie Shu - obcokrajowca z wrogiego kraju. Aktorka też potrafiła połączyć taką normalność Aliny z jej niesamowitymi możliwościami. Chociaż teraz, pisząc to po tygodniu od pierwszego oglądania i już po drugim obejrzeniu całości, muszę przyznać, że Alina nadal nie jest moją ulubioną postacią.
Archie Renaux grający Mala sprawił, że od początku go polubiłam. Coś co powtarza się w wypowiedziach tych co czytali książki - raczej Mal nie jest ulubionym bohaterem. Twórcy sprawili coś niesamowitego, sprawili, że mu kibicujemy. Archie na pewno też dużo pomógł. Relacja Mala i Aliny była też dużo bardziej prawdziwa i ... emocjonująca. Postacie drugoplanowe z Trylogii Grisha: Genia, Zoya, David dobrani super, ale więcej o nich w spoilerach.
No i Ben Barnes... Ben Barnes! W roli Darklinga jest idealny. I pozwólcie, ze będę go nazywać Darklingiem, nie rozumiem wodoru by był Generałem Kiriganem, nie podoba mi się polska nazwa Zmrocz i na pewno nie będę go nazywać Aleksandrem. Ben idealnie odzwierciedla mroczność ale też taki dziwny urok tej postaci. Nic dziwnego, że z taka łatwością zaskarbia sobie serca fanów. Tak w przypadku Darklinga być powinno. Ma on nas oczarować i to robi doskonale. Co ciekawe, przez lata w tzw. fan castach to Ben był ulubionym kandydatem do tej roli. No i chyba pomaga też fakt, że wiele młodzieńczych serc skradł już w roli Księcia Kaspiana.
Dla mnie osobiście jednak najważniejsze były Wrony. Szóstka wron dużo bardziej podobała mi się niż Trylogia Grisha. Chociaż tu mają niewielką rolę, aktorzy grający Ninę i Matthiasa wydaje się spełniają swoją rolę bardzo dobrze. Z każdą sceną zyskują.
Główna trójka momentami kradnie show, i przyznam, że gdy oglądałam serial po raz drugi to na nich skupiła się moja uwaga. Wątek Wron po prostu jest dla mnie dużo ciekawszy. Jasper! Jeśli ktoś go nie pokochał chyba nie ma serca. Kit Young czuje tę postać każdym nerwem. Oddał tę postać rewelacyjnie. Jest zabawny, zawadiacki, czarujący. Świetnie odzwierciedla oddanie Kazowi i przyjaźń z Inej.
Amita Suan jako Inej jest moją Inej. Kocham tę postać i Amita oddaje ją tak jak po prostu mi się marzyło. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Jest cudowna i mam nadzieję, że wszyscy ją pokochają.
No i Kaz. Jeśli u was Darkling wywołał szybsze bicie serca to dla mnie od początku Kaz był dużo ważniejszy. I w serialu było podobnie. Zdaję sobie sprawę, że w serialu nie był tak widoczny, nawet wśród Wron, jego potencjał, wierzcie mi, został tylko muśnięty. Po drugim obejrzeniu jednak jestem przekonana, że Kaz dostanie dokładnie to na co zasługuje. Freddy Carter pokaże nam tak jak należy. Kaz jest tajemniczy, przebiegły i niezwykle inteligentny, ale to jeszcze nie jest Kaz z Szóstki Wron. Najlepsze nadciąga. I dodatkowo, często czytając zapominałam, że Kaz i Wrony nie mają jeszcze 18 lat, aktorzy potrafili to jednak oddać, takie młodzieńcze szaleństwo i jestem za to bardzo wdzięczna.
I na koniec (części bezspoilerowej) akcja. Już oryginalne źródło miało ją dobrze przemyślaną. Bardugo nie tylko potrafiła stworzyć ciekawych bohaterów ale angażującą akcję. I o ile w przypadku książek to Szóstka wron bardziej mi się podobała, to w przypadku serialu twórcy musieli połączyć obie historie, a dodatkowo przełożyć punkt widzenia Aliny na szerszą skalę. Dodali elementy których tylko wzmagały nasze emocjonalne postrzeganie świata. Świetnie udało im się wprowadzić wątek Wron, który trochę rozbijał atmosferę, dodawał świeżości i uatrakcyjniał akcję. Mamy dość typową historię fantasy połączoną bardzo spójnie z wątkiem napadu. Różni się sposób przedstawienia wątków, ale wychodzi to bardzo spójnie i naturalnie.
Dużą zaletą zarówno serialu jak i książek było to, że nie jest to typowa opowieść YA. Ma coś świeżego, ma coś innego i nie dziwię się, że wielu osobom się podoba. Cieszę się, może to oznacza że dostaniemy 2 sezon (w tym momencie nie został na 100% potwierdzony, ale to kwestia czasu).
Co przyniesie 2 sezon? Jeżeli nadal będą opierać się na książce to obiecuję, że będzie lepiej. Jak będzie więcej Wron to musi być lepiej.
Dobra, czas więc na spoilery. Spoilery co do serialu, ale również książek. Zaznaczcie tekst, ale czytajcie na własne ryzyko.
Zacznijmy od wątku Aliny i Mala. Podoba mi się, że dużo bardziej skupili się na ich relacji, na tym jacy byli jako dzieci. W książce mało kto lubił Mala bo był on bardziej obojętny. Myśląc o zakończeniu książki, serial prawdopodobnie dużo lepiej to rozegra i dużo łatwiej będzie mi zaakceptować takie zakończenie.
Bardzo podobało mi się wprowadzenie Wron. Jasper jest tu świetnie ukazany, jego umiejętności, od razu czuć, że jest w tym coś więcej niż talent do strzelania. Podoba mi się, że juz teraz powoli pokazują relację Inej i Kaza.
Inej nadal posiada tatuaż z Menażerii więc przed nią jeszcze daleka droga, tak samo Kaz który dał się pobić ludziom Peeki, jeszcze daleka droga przed nim. Ale znów dał sobie radę z Grishami więc to też aluzja do przeszłości Kaza. Jak pyta Peeke czy kiedyś mieli do czynienia. To dla mnie znak, że dojdzie do ekranizacji wydarzeń z Szóstki wron.
Jeżeli ktoś nie czytał książek może nie od razu zauważyć jak Kaz jest inteligętny. Poza tym scena z Darklingiem była czymś o czym nie marzyłam, nie wiedziałam, że potrzebuję, ale potrzebowałam.
I cieszę się, że nie zrezygnowano z pobożności Inej.
Zoye sobie troszkę inaczej wyobrażałam, ale skoro jej początkowo nie lubiłam aktorka spełniła swoje zadanie. Genia natomiast jest cudowna, a jej interakcja z Davidem była bardzo urocza. David jest doskonały. Totalnie widzę jak będzie walczył o dzienniki Morozowa w 3 części (czy którymkolwiek sezonie).
Nie spodziewałam się, że przed spotkaniem z Matthiasem spotkamy Ninę i że byłą szansa, że wcześniej spotka Wrony. Jeżeli chodzi o dobór aktorki, ja Ninę tak właśnie widziałam, chociaż troszkę bardziej przebojową. To jednak nastąpi i w aktorce widzę, że to coś ma. I jej relacja z Matthiasem jest też piekielnie urocza. Mam nadzieję, że aktor zapuści włosy.
Bardzo nie podobał mi się fakt, że już w 3 odcinku Darkling kazał mówić do siebie "Aleksander" i Alina nazywa go tak ot tak po prostu. To był ważny element 3 tomu. Darkling miał mieć wiele imion ale to prawdziwe było tajemnicą. To go za bardzo uczłowieczyło jak na mój gust. Tak samo scena z początku 7 odcinka. Tak jakby fakt, że on po prostu łaknął władzy nie był wystarczający. Ewidentnie chcę byśmy dłużej mieli wątpliwości kogo Alina powinna wybrać. Tylko jak pojawi się Nikolaj może się robić ciasno.
Fajnie, że dają aluzję, że Mal nie miał testu. Ktoś kto nie czytał książki tego od razu nie zauważy, ale później będzie miało to duży sens.
Podoba mi się też jak za drugim razem zauważyłam więcej detali, jak to gdy spojrzenia Kaza od dłuższego czasu sugerowały zdradę Konduktora. Albo jego reakcja na zranioną Inej, nie tylko się o nią martwi, ale też wie, że jej nie może pomóc bo jej nie dotknie.
I na koniec Milo - Koza. Absolutnie najbardziej potrzebny z niepotrzebnych elementów. Taki uroczy przerywnik na rozbicie atmosfery. Nie sądziłam, że Wrony mogą spełniać rolę rozluźniacza, ale to właśnie robią i bez nich ten serial byłby zbyt typowy.
Jestem bardzo zadowolona i z niecierpliwością czekam na więcej. O ile to w jaką stronę pójdą losy Aliny jest raczej pewne, zastanawia mnie czy w przypadku Wron przeskoczą do przodu. Bo chciałabym by książki, które raczej w opinii większości są lepsze od trylogii, zostały zekranizowane. Więc albo niech przeskoczą, albo przynajmniej trochę przesuną wątki w czasie, w 2 sezonie mogliby już uwolnić Mtthiasa i poznać Wylana, a misja w więzieniu mogłaby być w 3 sezonie. Szkoda tylko, że będziemy pewnie musieli czekać rok...
Kochani, szybko wpadam by ogłosić, że na YouTube pojawił się 2 filmik z moją twarzą. Jak wiecie z poprzedniego posta, od prawie pół roku nagrywam podcasty. Chciałam spróbować czegoś innego i spróbowałam nagrać vloga!
W najnowszym pokazuję moją półkę poświęconą Harry'emu Potterowi!
Wiem że rok temu zapowiadałam powrót, ale jak sami widzicie
nie wyszło. Ostatnio jednak kilka osób mnie o bloga zapytało, a google wysłało
mi statystykę sugerującą, że ktoś ten blog nadal czyta. Postanowiłam więc go
odkurzyć, zrobić wiosenne porządki i znów pisać. Pisanie sprawiało mi wielką
przyjemność i szkoda by to zanikło.
Dziś opowiem jednak co u mnie, bo może dla części z was blog to jedyny kontakt
z Fishtalking.
Ostatni prawdziwy post pojawił się na blogu 19 września 2019
roku więc już około półtora roku temu. Od tego czasu Fishtalking było aktywne
bardzo w Internecie tylko, że nie ty na blogu.
Kiedy zakładałam książkowy profil na Instagramie zarzekałam się, że moim
głównym i podstawowym źródłem „blogowania” będzie ten blog, że nie przerzucę
się na bookstagrama, że to dodatek. Czas i realia szybko zostały zweryfikowane.
Prawda jest taka, że Instagram dużo mniej czasu i poświęcenia ode mnie wymaga i
jest znacznie łatwiejszy w obsłudze. Nie wiem czy to wina mojej „dziennej” pracy,
czy może starzenia się, ale jednak ostatnio jestem ciągle zmęczona i po pracy
ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest pisanie dłuższych tekstów.
Tak więc w sposób bardzo naturalny porzuciłam bloga dla
Instagrama. Tam działam niemal codziennie, tam jest 98% mojej aktywności w
sieci. Instagram okazał się dla mnie szybką i bardziej bezpośrednią platformą
do kontaktu z Wami. I chociaż nie jest tam Was bardzo wielu a ja ciągle tkwię w
martwym punkcie, taka szybka komunikacja najbardziej mi odpowiada. Mniej więcej
w czasie gdy pojawiał się ostatni post na blogu zaczęłam rereading Harry’ego
Pottera, zaczęłam na Instagramie organizować Potter Quizy, zaczęłam robić
gadżety na własny użytek, a w czerwcu 2020 roku zaczęłam współpracę ze
Sklepikiem z Pokątnej i co miesiąc robię unboxingi ich świetnych Paczek z
Pokątnej. Jakoś tam tak działam w tych książkowo – potterowych kręgach i bardzo
mi z tym dobrze.
Zauważyłam jednak, że Instagram to dla mnie za mało, potrzebowałam czegoś gdzie
mogłabym się dobrze wygadać. I znów zamiast wrócić na bloga wymyśliłam coś
nowego. Od października tworzę podcast! Dostępny na większości platform
podcastowych i na YouTube Fishtaling to jak mój blog tylko w mówionej wersji.
Nowe odcinki pojawiają się w każdą środę, w tym tygodniu mogliście wysłuchać
już 23 epizodu!
I znów w pewnym momencie potrzebowałam znów się wyżyć i nagrałam klasyczny,
booktubowy vlog. Nie zamierzam teraz stać się youtuberką. To za dużo zachodu
ale chciałam uszczyknąć kolejnej formy samorealizacji. I gdy już tego
wszystkiego spróbowałam, postanowiłam powrócić tutaj.
Nie wiem na ile znów wracam, nie wiem jaka będzie
częstotliwość tych postów ale będę się starać, chociażby dla samego ćwiczenia
pisania.
Jeżeli chodzi o Kamę a nie Fishtalking to już nie jestem
bibliotekarzem. Moja przygoda z biblioteką i tak trwała dużej niż się
spodziewałam. Teraz pracuję w centrum kultury, uczę plastyki, chociaż prze Koronę
od października nie miałam uczniów. Koronka wiele namieszała w życiu każdego z
nas, ale i tak jestem szczęściarzem, że w moim w bardzo (odpukać) niewielkim
stopniu. Teraz z niecierpliwością czekam na szczepienie i lato. Bardzo
potrzebuję już lata.
Już te kilka słów, które tu zamieściłam udowadniają mi, że
lubię pisać. Naprawdę zrobię co w mojej mocy by tego nie zaprzepaścić.
Trzymajcie kciuki, no i niestety, ale musze poprosić o to byście zaobserwowali
i obserwowali mnie we wszystkich innych miejscach byśmy na 100% mogli utrzymać kontakt!
Witajcie. Nie było mnie tu tak długo, że nie wiem czy nadal umiem pisać. Nie będę się tłumaczyć dlaczego zniknęłam. Może kilkoro z was odnalazło mnie na Instagramie, może ktoś z Was czekał.
To na razie jest post który ma zakomunikować, że żyję i że pamiętam. Szykuję coś lepszego niż to pseudo coś. Nie mogę obiecać, że pojawi się ten post jutro za tydzień czy z a miesiąc ale się pojawi.
Ostatnio szukam ciekawych wyzwań czytelniczych i szukając znalazłam informacje o Tygodniu Zakazanych Książek. Jest to coroczne wydarzenie, którego celem jest świętowanie wolności słowa i czytania oraz zwracanie uwagi na próby ich ograniczenia w bibliotekach i szkołach.
W Polsce takie procedery raczej nie maja miejsca, szczególnie po tym jak przeżyliśmy lata cenzury i nieistniejącej wolności słowa. Jednak ograniczenia takie mają miejsce ciągle na całym świecie, i właśnie uświadamianiu o tych procederach ma służyć Tydzień Zakazanych Książek.
Zachęcam Was byście do mnie dołączyli i w tygodniu rozpoczynającym się 22 września wybrali książkę, która gdzieś kiedyś została zakazana. Takie listy możecie znaleźć bez problemu w Internecie, jednak dla ułatwienia podaję listę, książek które szczególnie przykuły moją uwagę.
1. 451 stopni Fahrenheita Ray Bradbury
Zakazana książka o zakazywaniu książek. Ironia. Przez 13 lat sprzedawana w okrojonej i zmienionej wersji z której zmieniono 75 fragmentów. W 1998 r została usunięta z listy lektur w Missisipi za bluźnierstwo. W 1992 roku w Kalirofnii uczniowie podstawówki otrzymali kopie książki z zamazanymi fragmentami.
2. Buszujący w zbożu Jerome David Salinger
W latach 1961-1982 książka byłą zakazana w szkołach i amerykańskich bibliotekach. Wzbudzała kontrowersje z powodu wulgarnego języka, nawiązań seksualnych, dewaluacji wartości rodziny, promowania alkoholu, papierosów i rozwiązłości. Przez lata wielokrotnie usuwana z listy lektur w USA.
3. Charlie i fabryka czekolady Ronald Dahl
Książka zakazana w bibliotece publicznej w stanie Colorado, USA, ponieważ wg bibliotekarzy promowała ubogą filozofię życiową.
4. Cierpienia młodego Wertera John Wolfgang Goethe
Publikacja książki została zakazana przez kościół, z powodów religijnych i społecznych, nakłaniania do samobójstwa. W 2007 r. Roman Giertych (ówczesny Minister Edukacji) zasugerował wykreślenie jej z kanonu lektur szkolnych.
5. Doktor Żywago Borys Pasternak
Do roku 1988 r. zakazana w Rosji za antywojenny, kontrrewolucyjny wydźwięk i krytykę stalinizmu. Autor został zmuszony w 1958 r do odmowy przyjęcia za nią Nagrody Nobla.
6. Dziennik Anne Frank
Treść została okrojona już przez samego ojca Anne, wydawca usunął również inne fragmenty. Niemieckie wydanie nie posiadało fragmentów uznawanych za obraźliwe dla Niemców. W USA rodzice uznali ją za niestosowną, podważającą autorytet dorosłych. W Libanie zakazano jej ze względu na pozytywny wizerunek Żydów i Izraela.
7. Folwark zwierzęcy George Orwell
Do końca lat 80. zakazana w Polsce przez cenzurę, ze względu na ukazany w niej ustrój totalitarny. Pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1988 roku. Zakazana w Kenii w 1991 roku, za krytykę skorumpowanych przywódców, a w 2002 w Emiratach Arabskich za bohaterów w postaci świń, który godził w wartości Islamu.
8. Rok 1984 George Orwell
W PRLu zakazana w Polsce przez cenzurę, od 1950 w ZSRR, ze względu na odniesienia do komunizmu. W 1981 zakazana na Florydzie za rzekomy prokomunistyczny wydźwięk.
9. Kolor purpury Alice Walker
Zakazana w szkołach w Kalifornii (1984), Pensylwanii (1992) oraz bibliotekach w Zachodniej Virginii za niepokojące idee na temat relacji międzyrasowych.
10. Lolita Vladimir Nabokov
Zakazana przez pewien czas we Francji, Wielkiej Brytanii, Argentynie, Nowej Zelandii, RPA ze względu na kontrowersyjną treść.
11. Lot nad kukułczym gniazdem Ken Kesey
Zakazana w wielu amerykańskich szkołach ze względu na wulgarne słownictwo, opisy brutalności i przyczynianie się do zepsucia młodzieży.
12. Na zachodzie bez zmian Erich Maria Remarque
Zakazana za obsceniczność w USA. W Czechosłowacji i Austrii (1929) zakazano jej czytać żołnierzom a we Włoszech (1933) uznano ja za przejaw antywojennej agitacji. Palona publicznie przez nazistów i zakazana w nazistowskich Niemczech za zniewagę Wermachtu.
13. Nowy wspaniały świat Adolous Huxley
W 1932r zakazana w Irlandii ze względu na nawiązania o charakterze seksualnym. Usuwana ze szkół w USA ze względu an podważanie wartości chrześcijańskich, religijnych.
14. Paragraf 22 Joseph Heller
Książka zakazana w Ohio (1972), Teksasie (1974), Waszyngtonie (1979) za obraźliwy język.
15. Przemiana Franz Kafka
Książka zakazana w nazistowskich Niemczech
16. Rzeźnia numer 5 Kurt Vonnegut
Palono ją w Południowej Dakocie i Mitchigan (1973) z powodu odniesień do kwestii religii, określana nawet jako "narzędzie szatana"
17. Ulisses James Joyce
Zakazana w Wielkiej Brytanii i Austrii w latach 30.
18. Władca much William Golding
W 1992 usunięta ze szkół na Florydzie ze względu na obsceniczny język.
19. Zabić drozda Harper Lee
Zakazywana w wielu krajach ze względu na rasistowski język (użycie słowa nigger/czarnuch)
20. Trzynaście powodów Jay Asher
Poddawana dyskusjom ze względu na tematykę samobójstwa, wątki seksu i alkoholu.
21. Opowieść podręcznej Margaret Atwood
Zakazywana w szkołach m.in na aspekt seksualności i traktowanie religii.
22. Szukając Alaski John Green
wielokrotne próby usunięcia ze szkół w USA za aspekty seksualności i język.
23. Archipelag Gułag Aleksander Sołżenicyn
Książka zakazana w ZSRR i krajach bloku wschodniego. (Teraz obowiązkowa lektura w Rosji)
24. Alicja w Krainie Czarów Lewis Caroll
Zakazywana ze względu na interpretacje sugerujące nawiązanie powieści do narkotyków, seksu pedofilii.
25. Harry Potter J.K. Rowling
Wielokrotnie usuwany z bibliotek i szkół. Krytykowany przez Kościół. W 2019 Szkoła Katolicka w Nashville usunęła ją ze względu na opisy zaklęć i klątw.
To tylko kilka wybranych tytułów. Gdy zagłębiałam się w powody zakazywania tych książek to tylko jakieś 5% miało jako taki sens. Rozumiem dlaczego zakazuje się Mein Kampf ale nie rozumiem dlaczego zakazuje się czytania książek problematycznych. Czy nie w kwestii nauczycieli jest nakierowanie myślenia uczniów tak by odczytać właściwy kontekst utworu?
W każdym razie ja już wybieram kilka książek do czytania w Tygodniu Zakazanych Książek. Jeżeli chcecie dowiedzieć się co wybrałam zapraszam na mojego Instagrama!
Większość swojego siedemnastoletniego życia Alice spędziła z matką w drodze, uciekając przed prześladującym je pechem. Jednak dopiero kiedy jej żyjąca w osamotnieniu babcia, autorka kultowych, mrocznych historii, umiera w swojej posiadłości Hazel Wood, Alice dowiaduje się, co oznacza prawdziwy pech. Jej matka znika, porwana przez tajemniczą postać z groźnej krainy, o której pisała babcia Althea. Jedyną wskazówką Alice jest notka zostawiona przez matkę: „Trzymaj się z dala od Hazel Wood”. Dotychczas Alice wystrzegała się dziwacznych fanów swojej babki. Teraz jednak nie ma wyboru i postanawia skorzystać z pomocy kolegi ze szkoły, a jednocześnie wielbiciela twórczości Althei – Ellery’ego Fincha. Wyruszają do Hazel Wood, by uratować matkę, a następnie trafiają do świata opisanego przez Altheę, gdzie Alice być może uda się poznać prawdę na swój własny temat.
Gdy przeczytałam ten opis, od razu poczułam, że to może być książka dla mnie. Magia, tajemnica, baśnie? Wszystko to mogło być składnikami świetnej książki...
mogło być.
Hazel Wood składa się tak jakby z dwóch części, pierwsza przypomina powieść obyczajową, w drugiej pojawia się magia. Problem książki polega na złym podziale. Bo w opisie mamy obiecane te wszystkie fajne rzeczy, a tymczasem one są w drugiej części. Przez 200 stron nic wielkiego się nie wydarzyło. Główna bohaterka krąży po Nowym Yorku, kilka razy jest w szkole... poza tym naprawdę trudno jest mi opisać co się wydarzyło, bo nic się nie wydarzyło. Do momentu porwania matki, nie dzieje się nic poza chaosem. Autorka dość luźnie skacze między czasem teraźniejszym a przeszłym. Czasem trudno to rozgraniczyć. Może miał być to trochę taki strumień świadomości, ale słabo wyszedł. Gdy mama Alice jest już porwana mamy za sobą 1/3 książki a i od tego momentu do pojawienia się magii mija sporo stron. I w pewnym momencie zastanawiałam się czy nie będzie tak, że jak już wkroczymy do Hazel Wood to nie braknie nam książki na rozwinięcie wątku. Nie brakło, ale wszystko było trochę ponaglane.
Samo Hazel Wood, Uroczysko i ta tajemnica jaka spowija książkę babci Alice mogłaby być świetnym motorem napędowym ale nie jest odpowiednio wykorzystana.
Słyszałam wiele głosów krytykujących główną bohaterkę za jej trudny charakter. Rzeczywiście Alice nie jest miłą osobą, ale mnie akurat to nie przeszkadza. Nie wszystkie bohaterki musza być słodkie i grzeczna, a gdyby to był facet wszyscy zachwycaliby się "bad boyem". To co w Alice mi się nie podobało to brak mojego do niej przywiązania. Dla mnie wszyscy bohaterowie byli troszkę płascy...
Nie lubię pisać niepochlebnych recenzji, ale po prostu mam poczucie, że jestem Wam to winna. To też nie tak, że i książka jest zła. Ona nawet nie jest słaba. Ona po prostu jest taka sobie i to jej problem. Dużo obiecuje a mało daje. Pomysł był super, gorzej z wykonaniem.
Co więcej sądzę, że ta książka tak zwyczajnie nie trafiła w mój gust.
Muszę jednak podkreślić, że czytanie jej, z punktu widzenia często technicznego było niezwykle przyjemne. Okładka jest przepiękna, każda strona tytułowa rozdziału to cudo, i ten papier wspaniały.
Żeby wszyscy tak dbali o jakość swoich publikacji.
To nie była książka dla mnie, ale nie wiem, może warto dać jej szansę.
Reklamowanie czegoś jako połączenie Wrednych dziewczyn i Opowieści podręcznej może być ryzykowne. Takie stawianie sobie poprzeczki bardzo wysoko. Może dlatego miałam do niej małą rezerwę. Gdy jednak zaczęłam ją czytać, skończyłam w jeden dzień.
Wyobraź sobie, że zostałaś zaprojektowana, by być idealną.
Wyobraź sobie, że twoje imię zawsze pisze się małą literą.
Wyobraź sobie, że od zawsze mieszkasz w szkole, w której uczysz się, jak stać się najpiękniejszą, najszczuplejszą i najlepiej ubraną. W której nieustannie porównujesz się z „przyjaciółkami”.
Wyobraź sobie, że najważniejsze dla ciebie jest miejsce w rankingu doskonałości, bo tylko od niego będzie zależało zainteresowanie mężczyzn. To ono określi, co się z tobą stanie, gdy skończysz szkołę.
Musisz być piękna. Musisz być dobra. Musisz być uległa.
Świat w którym kobiety nie rodzą się, ale są robione na wymiar mógłby być dość przerażający. Świat pełen żon ze Stepford. Jednak Louise O'Neill nie poprzestaje na tym. Tworzy cały świat ze swoją naturalnością okropieństwa.Bo jest to świat w którym wszystko jest jasno ustalone. Kobieta ma w życiu jeden cel - być najlepszą. Nie liczy się jednak jej inteligencja, osobowość, umiejętności. Wyznacznikiem jej wartości jest tylko i wyłącznie jej uroda. Może posłuszeństwo. Akcja powieści rozgrywa się w szkole w którym młode dziewczyny od czasu "zaprogramowania" przygotowywane są do objęcia jednej z 3 ról: towarzyszki, kurtyzany, guwernantki. Od najmłodszych lat mają wmawiane, że najważniejsze jest to ile ważą, jak układają się ich włosy, jak się noszą. Od najmłodszych lat uczą się jak być uległe mężczyznom. Swoją wartość poznają po tym na którym miejscu są w rankingu bycia najlepszą. Świat ten jest tak chory, że wydaje się kompletnie surrealistyczny. Jednak gdy się tak nad tym zastanowić to jednak jest też prawdopodobny. Żyjemy w świecie wielbienia doskonałości i pustych ideałów. Nawet modelki z okładek gazet nie wyglądają tak jak widzimy je na zdjęciach. Mimo to wciskane są nam "ideały" piękna do których mimowolnie się porównujemy. Bo może one są "lepsze niż ja". Oczywiście wizja O'Neill jest bardzo radykalna i bardzo chcemy wierzyć, że to się nigdy nie wydarzy. Tak na pewno myśleli też pierwsi czytelnicy Roku 1984 Orwella...
Mimo, że wszystkie te dziewczyny wydają się identyczne, to autorka pozwala nam bliżej poznać jedna z nich. To co mnie się bardzo spodobało, to to że Freida tylko pozornie, bo czytamy z jej perspektywy, wydaje się inna. Myślimy, że jest wyjątkowa, lepsza, kibicujemy jej, ale co jakiś czas mamy przypominane gdzie jesteśmy. I może przez to ten świat jeszcze bardziej przeraża. Bo dzięki przywiązaniu się do Freidy widzimy jak jest to wszystko beznadziejne.
Lepsza niż ja całkowicie mnie pochłonęła. Przeczytałam ją w pół dnia. Czy zapewnienia z okładki są prawdziwe to nie do końca wiem, bo Opowieść podręcznej znam tylko z serialu, ale z tego co już widzę, może być wyznacznikiem. Jest to na pewno jedna z tych dystopii która mogłaby się ziścić i chyba dlatego tak mnie zaciekawiła. Nie przesadzajmy, nie jest to druga Atwood czy Orwell ale z pewnością jest to coś czemu warto się przyjrzeć.
Ja sama troszkę inaczej na siebie spojrzałam i na to jak postrzegać mnie może świat. Nie żeby to miało być jakieś przełomowe odkrycie, po prostu ta książka może dać do myślenia. I chociaż reklamowana jest pod szyldem Ferria Young (czyli wydawnictwa młodzieżowego) myślę, że doroślejsi czytelnicy lepiej ją zrozumieją.
"Kolejny przykład na to jak nie chcę by wyglądał świat"
Pomyślałam, że czas wrócić do pisania recenzji na blogu,
zwłaszcza, że wreszcie mam na czym. Myślę, że powrót tą książką to najlepsze
wyjście, bo w tym roku żadna książka jeszcze nie przyniosła mi tyle radości.
Trzydzieści kopert
to debiut Ewy Mielczarek i myślę, że powinnam już na początku zaznaczyć, że
znam Ewę osobiście i wiem, że to na pewno miało wpływ na mój odbiór książki, bo bardzo się nią ekscytowałam, ale
moja ocena i każde słowo jakie tu padnie jest w 100% szczere.
Hanna Mika jest
nieudacznikiem.
Nie znosi swojej pracy, dokucza jej samotność, nie zrealizowała żadnego
marzenia.
Nieuchronnie zbliżają się jej trzydzieste urodziny, wiek, o którym myślała, że
już będzie szczęśliwą mężatką, matką i kobietą sukcesu. Rzeczywistość miała
inne plany.
Kiedy w noworocznym prezencie dostaje pudełko z trzydziestoma wyzwaniami do
zrealizowania przed następnymi urodzinami, postanawia zaryzykować.
W kopertach znajduje to, czego nie wiedziała, że szuka: szczęście, spełnienie i
miłość.
Hania nie jest
nieudacznikiem, chociaż sama tak myśli i myślą tak niektóre osoby z jej
otoczenia. Jest inteligentną młodą kobietą, która ma całe życie przed sobą,
jednak to że stanęła w miejscu, nie robi wielkiej kariery, nie ma rodziny, domu
z ogródkiem, w oczach jej samej i społeczeństwa robi z niej kobietę „gorszą”.
Niestety ale takie zaściankowe myślenie jest bardzo powszechne.Z tym się musi zmagać Hania i wiele kobiet w
jej wieku. Ewa podkreśla, że nie jest to powieść autobiograficzna, ale ja
myślę, że jednak jest. Chociaż nie w normalnym sensie tego słowa. Jest to
powieść autobiograficzna dla wielu, znacznie więcej niż się Hani wydaje, ludzi
w podobnym jej wieku. Pokolenie około trzydziestolatków, którzy mieli marzenia,
ale życie potoczyło się inaczej niż zakładali a do tego ich środowisko ciągle
przypomina im gdzie być powinni. Myślę, że ta książka może być autobiograficzna
dla wielu czytelników. Ja sama w Hani widziałam wiele z siebie.
Jednak jedna bardzo cenna rzecz jaką daje nam autorka to
nadzieja a raczej motywacja do działania. Cała książka to taki mocny kop w
tyłek by spełniać marzenia i by zmieniać swoje życie by wyglądało tak jak tego
chcemy. Ewa mówi że „marzenia się nie spełniają, a że się je spełnia”. Czytając
Trzydzieści kopert przede wszystkim chce
się działać. Czekając na kolejną kopertę nie tylko zżera cię ciekawość co tym
razem Hania będzie musiała zrobić, ale zastanawiasz się co by było w twojej
kopercie.
Losy Hani przypominają trochę komedię romantyczną, wiecie: dość prosta fabuła, którą momentami nie trudno przewidzieć. Od początku lubimy
główną bohaterkę, szybko wyrabiamy sobie zdanie o jej przyjaciołach i w pewnym
momencie angażujemy się na tyle by jej kibicować a jakimś określonym kierunku,
który prowadzi nas do zakończenia które da nam sporo satysfakcji. I mogłaby być
to taka lekka, łatwa i przyjemna lektura –standardowo banalna i niewymagająca,
jednak autorka wprowadza coś, co powoduje, że nie jest to tak stereotypowo
komediowo romantyczne. Każda z postaci Ewy jest bardzo prawdziwa. Ich
zachowania mają określone, realne przyczyny i skutki. Bohaterowie naprawdę
reprezentują pokolenie współczesnych trzydziestolatków (tych początkujących),
Ewa pisze o tym co zna.
Jak określić Trzydzieści
kopert w kilku słowach? Ciepła, zabawna i wciągająca. Naprawdę to była tak
przyjemna lektura, że nie mogłam się od niej oderwać. Słowo „ciepły” i „przyjemny”
to najlepsze określenie. Sama lubię ją porównywać do takiej babeczki z kremem
jaką widzicie na okładce. Możecie dodać do tego pyszną kolorową posypkę. I owszem ta słodycz mogłaby być
ciężkostrawna ale nie jest, bo jest dobrze wyważona. Mamy trochę dramatyzmu i smutku,
kilka irytujących postaci – czyli życie.
Nie myślcie, że jest to powieść doskonała. Nikt jeszcze
takiej nie napisał. Hania nie jest doskonała, miejscami bardzo irytuje. Jej
samoumniejszanie swoich umiejętności i jej brak asertywności doprowadzał mnie
do szału momentami. Na szczęście tak samo myśleli jej przyjaciele, którzy
stawiali ją do pionu.
Najwspanialsze w tej książce jest jednak to, że napisała ją
osoba, która nie tylko kocha książki całym sercem ale sama postanowiła działać
i wydaniem tej książki spełniła swoje wielkie marzenia. Tę miłość czuć tu na
każdej stronie i udziela się ona czytelnikowi.
Bardzo się cieszę, że ta ekscytacja którą czułam od samego początku
gdy tylko usłyszałam o książce, okazała się współmierna z jej treścią. Oby na tej jednej ksiażce się nie skończyło!
O serialu Czarnobyl napisano i powiedziano już chyba wszystko, więc logiczne, że i ja postanowiłam się wypowiedzieć. Mam też wrażenie, że wszyscy serial już widzieli, więc dzisiejszy tekst traktujcie nie jako zachęcenia a głównie moją opinię. Bo przyznam szczerze od kilu dni nie potrafię myśleć o niczym innym.
Tematem katastrofy w Czarnobylu interesowałam się już od bardzo dawna, widziałam wiele dokumentów, jeden okropny horror i czytałam kilka tekstów, jednak jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego jak serial HBO. Jest to pierwsza produkcja, która tak mocno mną poruszyła i chyba pierwsza, która w pełni uzmysłowiła mi prawdziwą tragedię tego wydarzenia – aspekt ludzki.
Gdy w kwietniu 1986 roku doszło do wybuchu reaktora nr. 4 w czarnobylskiej elektrowni atomowej mnie jeszcze nie było na świecie. Moi rodzice mieli po 23 lata i wspominają, że owszem zostali poinformowani o jakimś problemie z elektrownią ale władze wszystko bardzo uspokajały, a ludzie nie zdawali sobie sprawy z powagi wydarzenia. Dziś wiemy, że waga tego zdarzenia była znacznie większa, a to co się tam wydarzyło realnie zmieniło świat.
I właśnie ta nasza wiedza sprawia, że pierwszy odcinek Czarnobyla ogląda się w takim napięciu jak najlepszy horror czy thriller. Jest to jeszcze bardziej przerażające gdy uświadamiasz sobie, że to nie wymysł scenarzysty. Siedzisz przed ekranem, widzisz nieudolność działań, widzisz strażaków gaszących ziejący reaktor myśląc, że to zwykły pożar, władze, które od początku tuszują i umniejszają powagę sytuacji. Widzisz to wszystko i chce ci się krzyczeć. Widzisz to i wiesz, że wybuch to dopiero początek.
Pod względem fabularnym oczywiście większość z nas wie co się stanie, twórcy serialu jednak udowodnili, że serial, którego zakończenie znasz może być bardziej poruszający niż serial którego napięcie budowano przez 8 sezonów (o tym jednak wolę zapomnieć). Mówi się, że najlepsze scenariusze pisze życie, te najstraszniejsze też. Twórcy serialu posłuchali Hitchcocka i zaczęli od wielkiego bum, a później napięcie rosło tak, że rzadko nam odpuszczano. Jednym z czynników, które mogą o tym decydować jest brak jednego głównego bohatera na którym skupiłaby się akcja. Przynajmniej w pierwszym odcinku mamy do czynienia z wieloma osobami, z których perspektywy katastrofa jest przedstawiona i dzięki temu nie tylko dowiadujemy się co się stało z wielu perspektyw, ale też przejmujemy się losem każdego z nich.
Jeżeli już mówię o bohaterach, nie mogę nie wspomnieć o aktorach. Wszyscy, absolutnie wszyscy wypadli znakomicie. Oczywiście po Jaredzie Harrisie i Stellanie Skarskardzie mogłam spodziewać się tylko tego co najlepsze a i tak byłam mile zaskoczona. Mieli kapitalną chemię, ich duet był takim dobrym dodatkiem do samonakręcającej się fabuły.
Jednak nawet kiedy nie pojawiali się na ekranie inni aktorzy stawali na wysokości zadania. To była historia wszystkich ludzi, prawdziwych ludzi a nie jednostek. Każda z postaci porusza. Bardzo cieszę się również, że HBO nie zatrudniło wielkich gwiazd Hollywoodu, które swoimi pięknymi twarzami i białymi zębami nie pasowałyby do Ukrainy lat 80.
Jednak najbardziej w serialu podobała mi się jego kwestia techniczna. Pod tym względem jest doskonały. Niesamowite zdjęcia. Niektóre ujęcia to czyste arcydzieło. Scenografia i kostiumy tak realistyczne jak to możliwe. I muzyka. W całym serialu mamy do czynienia w zasadzie z jednym motywem dźwiękowym, który naśladuje trochę dźwięk dozymetrów do odczytu promieniowania. I jest to dźwięk tak przejmujący, że po 5 odcinkach na stałe wryje się wam w pamięć.
Naprawdę o tym serialu powiedziano już wszystko. O ile nie zawsze lubię to co popularne, tak tu, każde dobre słowo, każdy zachwyt jest uzasadniony. Ten serial to najlepiej spędzone przeze mnie 5 godzin przed ekranem w tym roku. Przez cały czas utrzymuje bardzo wysoki poziom (jedyny mały minusik to może kilka trochę za bardzo górnolotnych przemów), poziom do którego teraz będą aspirować inni. Jeśli ktoś myślał, że po Grze o tron HBO się skończyło, musi się przyznać do błędu.
Serial niesie ze sobą jeszcze jedną ważną rzecz. Uświadamia nam ogrom tragedii ludzkiej, o której się mówi, owszem, ale bardzo często skupia się jednak na samej katastrofie. W wyniku wybuchu reaktora zginęły dziesiątki ludzi, a teraz wszyscy będą pamiętać o pierwszych inżynierach, którzy pracowali w centrum wydarzeń, o strażakach, którzy tego dnia po prostu pojechali do pracy, a nie dożyli kolejnego tygodnia, o górnikach, którzy również wykonując swoja pracę, nie wiedząc jak bardzo się narażali, pracowali przy reaktorze. Lekarze i pielęgniarki, którzy jako pierwsi ratowali poszkodowanych, a potem sami się nimi stali. Niesamowicie odważni nurkowie, którzy szli na śmierć, wchodząc w samo centrum skażenia. Naukowcy którzy próbowali zaradzić skutkom katastrofy i wszyscy robotnicy, policjanci, żołnierze i cywile którzy w tym pomagali. I w końcu wszyscy mieszkańcy Czarnobyla,Prypeci i całej „strefy wykluczenia”,którzy musieli opuścić swoje domy, a którzy zostali poddani strasznemu promieniowaniu i którzy dużo wcześniej powinni dowiedzieć się co się stało, jednak ówczesna władza na to nie pozwoliła.
Czarnobyl to historia strasznej katastrofy, o której nigdy nie dowiemy się wszystkiego. To też obraz ówczesnego świata- świata w którym władza miała kontrolę absolutną. Czas zakłamania, niedomówień, kłamstw i bezsilności jednostki.
Chociaż mam świadomość, że to nie wszystko co wiemy o Czarnobylu, ani nie jest to dokument i wiem, że nigdy nie poznamy całej prawdy to bez wątpienia na tę historię nigdy nie spojrzę tak samo.
Jeżeli w tym roku macie obejrzeć jeden serial, niech będzie to ten.