wtorek, 12 stycznia 2016

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Czy ktoś z nas sądził, że ten moment nastanie? Pewnie to samo pytanie zadawali sobie ludzie czekający na premierę Mrocznego widma w 1999 roku. Jednak my mieliśmy poważne powody, by wątpić, że doczekamy się kolejnego filmu z franczyzy. Tym powodem była właśnie Nowa Trylogia. Chociaż dzięki epizodom I-III mogliśmy zobaczyć wiele znanych nam postaci, poruszono wiele ciekawych wątków, nie oszukujmy się, że te trzy filmy nie były słabe. Nawet technologia, która znacząco się rozwinęła, nie zagwarantowała sukcesu. Co z tego, że miecze świetlne wyglądały lepiej, Yoda był fajniejszy, a odcinane kończyny bardziej wiarygodne, skoro czegoś tam brakowało.
Nowa Trylogia miała potencjał, który został troszkę przytłoczony przez kolory, wybuchy i złe wybory fryzjera. Mimo to każdy z tych filmów dał nam coś, czego nie da się przecenić - popularność. Na fali nowych filmów, w czasach gdy odkrywano potęgę reklamy i marketingu, zaszczepiono w ludziach chęć posiadania wszystkiego związanego ze Star Wars. Teraz wszystko to zaczęło być cool, chociaż filmy nie były doskonałe. Ale potencjał pozostał, a wiemy, że jaka na czymś można zbić jeszcze większą kasę, to ktoś to wykorzysta.




Każdemu z nas zapewne przeszedł dreszcz po plecach gdy nie kto inny a wytwórnia Disney, ta sama która stworzyła Króla Lwa i najlepsze bajki w historii, ale również dzierżąca odpowiedzialność za kreowanie małych dzieci na gwiazdy, które pod masą makijażu zawyżają standardy normalnym dzieciakom, zapowiedziała, że podejmie się wyprodukowania kolejnej części Gwiezdnych Wojen. Śmiano się, że Luck będzie nosił czapkę Myszki Mickey a Leia znajdzie nowe koleżanki- Śnieżkę i Kopciuszka. Ale z drugiej strony LucasFilms nadal miało sprawować nad tym pieczę. Poza tym czy ktokolwiek dopuściłby by zniszczono aż tak Gwiezdne Wojny? Legendę kinematografii?

Machina promocyjna Przebudzenia Mocy była tak wielka, że nawet otwierając lodówkę natrafiało się na jogurty i pomarańcze z logiem SW. Głośno i z rozmachem. Prawa do wykorzystywania loga Disney sprzedał każdemu. No i rzeczywiście można było się martwić, że promocja przerośnie treść.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy okazało się jednym z najbardziej kasowych filmów w weekend otwarcia. Mówi się o tym wszędzie, do kina poszły miliony  co? warto?

Nigdy nie byłam zagorzałym wyznawcą Gwiezdnych Wojen. Nie ukrywam, że jest kilka innych serii, które wywołują u mnie większe emocje. Oglądałam wszystkie 6 filmów, niektóre podobały mi się mniej lub bardziej, ale nie byłam zagorzałą fanką. Nie wyczekiwałam na premierę. Nie bałam się, że coś stracę jak ją sobie odpuszczę.

Gdy po prawie dwóch tygodniach od pojawienia się filmu w kinach sama na niego poszłam, nie drżałam z ekscytacji, traktowałam to jak każdy inny film. Do pewnego momentu.


Gdy pojawił się czarny ekran, nagle wielki napis Star Wars, znana nam wszystkim  muzyka i równie znane żółte napisy i wszystko niezmiennie od czasu Nowej nadziei - to był koniec. Nagle pojawiły mi się łzy w oczach i nagle zrozumiałam, że jednak jestem fanem Gwiezdnych Wojen.

Nie chcę wam dzisiaj dawać pełnej recenzji, normalnej recenzji filmu, tak jakbym to zrobiła przy każdej innej produkcji. Po pierwsze, jest to jednak kolejna część z serii i raczej nierozsądne jest pójście do kina na film, nie znając poprzednich. Po drugie - nie lubię się czepiać detali. Oczywiście zagorzali fani, którzy widzieli filmy kilkanaście razy, będą się doszukiwać błędów, uchybień. Nic przecież nie dorówna pierwszym 3 filmom. Ja jednak podchodzę do całej gwiezdnowojennej sprawy w trochę inny sposób.

Dla mnie filmy pokroju Gwiezdnych Wojen mają przede wszystkim dostarczać rozrywki. Nie przeszkadzają mi uchybienia, nie przeszkadza mi brak doskonałości. Każdy może mówić,  ze można było to zrobić lepiej, ale czy idąc na ten film spodziewamy się perfekcji, czy może jednak kilku godzin niewymagającej rozrywki, mile spędzonego czasu, przygody?

Nie wiem, jak wy, którzy widzieliście film, ale ja właśnie to dostałam. Oglądając film bawiłam się wyśmienicie od samego początku, od napisów, aż po sam koniec. Udałam się w daleką podróż do innej galaktyki, spotkałam dawnych przyjaciół i poznałam nowych. 

Jedną rzecz należy oddać mianowicie twórcom Przebudzenia Mocy - film został zrobiony przez fanów, dla fanów. Jest to dzieło pokoleń wychowujących się na wszystkich 6 filmach. Starano się oddać hołd każdemu, nawet laserowym mieczom. Starano się utrzymać ducha dawnej przygody, nie zaserwowano nam smukłych  nowoczesnych statków, pozostawione te, zrobione niczym z klocków lego. Starano się ukryć nowoczesną technologię, nie miało się wrażenia że wszystko powstało na zielonym ekranie (tak jak to odczuwałam w Nowej Trylogii). Postawiono na realizm w filmie, który tego realizmu mieć od początku nie mógł.

W moim odczuciu J.J. Abrams zrobił wszystko by niczego nie zepsuć. W moim odczuciu bawił się wyśmienicie. Wiedział dokładnie na co się porywa i wyszło mu to dość zgrabnie. Zachował wszystko stare co dobre i podarował również wiele dobrego nowego.

Rey jest bohaterką niezwykle interesującą, odbiegającą od współczesnych standardów filmowych bohaterek. Nie potrzebuje skórzanego, obcisłego kostiumu, nie potrzebuje tony makijażu. Jest bohaterką na miarę Gwiezdnych wojen, gdzie kobieta zawsze była równa mężczyźnie, gdzie Leia udowodniła, że nie ma czegoś takiego jak słaba płeć. Rey jest jej godną następczynią. (i w moim odczuciu, z całą moją miłością do Natalie Portman, Padme została przebita). 
Najlepszą jednak postacią okazał się mały, okrągły BB-8 który nie tylko dostarcza sporo uśmiechu to także, jest dowodem na to, że dobrze wyreżyserowany droid może mieć większy wachlarz emocji niż prawdziwy, oddychający aktor. 



I oczywiście jest kilka niedoskonałości. Wielkie Zło nie jest w żaden sposób przerażające i jak na XXI wiek to może być lekki mankament. Żyjemy w czasach w których widzieliśmy tyle kapitalnych czarnych charakterów, że żadna przerośnięta głowa ani niewzbudzający respektu człowiek w masce, a tym bardziej krzyczący na wszystkich rudzielec nie robią wrażenie. Ciemna strona Mocy jest tu w moim odczuciu troszkę bardziej szara. Vader jak szedł, wiedziałeś, że zbliżą się ktoś, kto bez mrugnięcia okiem jest w stanie... no nie wiem zabić 30 dzieci, tu nasz zamaskowany człowiek jest bardziej śmieszny niż straszny. I jakoś współczucia też nie wzbudza, a wszystko jeszcze bardziej kiepści się gdy ściąga maskę..

Ale za to dostajemy Hana Solo, który się nie starzeje mimo, ze przybyło mu siwizny. Leię lubię bardziej niż ją lubiłam. Chewbacca zainwestował w grzebień, C-3PO jest troszkę bardziej błyszczący, a Sokół równie wspaniały.

Bo właśnie o to tu chodzi- o małe detle, które powodują, że film spaja się z poprzednimi. I jak długo nie trzyma się pewnych standardów i granic, tak długo będę czerpać z filmów przyjemność.

Tylko niech nie ciągną tego w nieskończoność!

I jeszcze jedno. Żyjemy w czasach kiedy interesowanie się i lubienie Gwiezdnych Wojen jest ok - nie zmarnujmy tego na zbędne szukanie dziury w całym. Po prostu się bawmy. Nic gorszego niż niemający sensu plot Ataku klonów nas nie czeka.

4 komentarze:

  1. Też nigdy nie byłam zagorzałą fanką "Gwiezdnych wojen", ale na "Przebudzeniu Mocy" bawiłam się znakomicie i z niecierpliwością wyczekuję kolejnej części :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja swoją przygodę z Gwiezdnymi Wojnami zaczęłam właśnie kilka tygodni temu na seansie "Przebudzenia mocy" i dopiero nadrabiam wcześniejsze części. Ten film przekonał mnie do poznawania uniwersum, które dotąd zupełnie mnie nie pociągało. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "-Is droid hungry?
    No, BB-8."
    Na "Przebudzenie Mocy" czekałam dosyć długo. Nie zawiodłam się, choc nie jestem również wniebowzięta. Trochę stary kotlet i co do zła masz rację, ale i tak film stał się jednym z moich ulubionych! ♥
    Pozdrawiam. :D

    OdpowiedzUsuń