niedziela, 6 grudnia 2015

BookNerd Challenge: książki Colleen Hoover

Jak się macie? Jak tam prezenty, dostaliście coś od Mikołaja, czy czekacie na Święta?

Dziś czas na drugą blogmasową recenzję. Na razie Blogmas idzie mi całkiem dobrze. Wczoraj rozpoczęłam maraton Starej Trylogii Gwiezdnych Wojen, co mnie bardzo cieszy ponieważ, nie oszukujmy się, stare filmy są dużo lepsze. Chociaż ta świadomość tez przychodzi z czasem. Jeżeli chcecie wiedzieć co o tym myślę, możecie zobaczyć moje mini recenzje na facebooku.

Zastanawiałam się jaką recenzję przygotować na dziś i postanowiłam dać wam coś niestandardowego - bonus 3 in 1.



Przygodę z książkami Colleen Hoover rozpoczęłam w lipcu. W ogóle lato to był okres kiedy nie przeczytałam prawie nic co planowałam. W ten niewyobrażalny upał jaki mieliśmy w lipcu, jedynym gatunkiem na jaki miałam ochotę były bardzo cliche książki New Adult. O Colleen Hoover słyszałam wiele, a większość opinii była bardzo pozytywne. Niektórzy booktuberzy określali ją nawet mianem królowej New Adult. Do dnia dzisiejszego przeczytałam 4 jej książki i muszę przyznać, że coś w tym jest. 

Colleen Hoover potrafi pisać takie historie, które mimo, że są lekko przewidywalne stale zaskakują. Jej styl jest dojrzały, niebanalny. Nie popada w płytkie schematy. Doskonale rozumie stereotypy jakie krążą wokół gatunku i nie popełnia tych samych błędów, wielokrotnie wyrażając to w słowach swoich bohaterów.

Wyrobiła sobie swój własny styl. Większość jej książek posiada ten sam zarys na którym oparta jest fabuła, ale zawsze możemy odnaleźć w nich coś nowego, świeżego.

Osobiście stałam się fanką Hoover. Lubię jej styl, jej historię. Często w lekką opowieść potrafi wpleść naprawdę ciężką dawkę dramatyzmu, która w przeciwieństwie do wielu książek NA jest tu od początku przemyślana, nie wpychana na siłę i dodaje książce dodatkowych wartości.

Wydaje mi się, że jeżeli ktokolwiek z was, podejrzewam że raczej będą to panie, chociaż nikogo nie zniechęcam, chce rozpocząć przygodę z literaturą NA (jeżeli chcecie wiedzieć co rozumiem pod tym pojęciem zapraszam tu) to najlepiej rozpocząć od Hoover. Wprawdzie inne książki mogą wam się wtedy wydać słabe, ale przynajmniej zaczniecie od czegoś, w mojej ocenie, dobrego.

Dziś wybrałam trzy książki, które pokrótce zrecenzuję. W zeszły weekend zrobiłam sobie mini maraton książek tej autorki i chociaż nie udał się tak jak to planowałam, mam możliwość podzielenia się z wami kilkoma moimi przemyśleniami.


"Ugly Love"


Jest to owa książka od której zaczynałam w lipcu. Wydaje mi się, że jest też najbardziej dorosła z tych które do tej pory przeczytałam. 

Kiedy Tate spotyka Milesa nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia jakiej możemy się spodziewać. Ich relacji nie można nawet określić jako przyjaźń. On jest jej sąsiadem, kumplem jej brata i od początku wiadomo, że nie interesuje go żaden związek, ale Tate czuje tak samo. Jedyne co ich łączy to pewne wzajemne przyciąganie. Wydaje się to układ idealny. To tylko seks. I wszystko byłoby ok, gdyby nie dwie zasady, które wyznaczył Miles: nie pytaj o przeszłość, nie oczekuj przyszłości. Są to proste zasady, którym obojgu nie będzie tak łatwo przestrzegać.

Wiem jak to wszystko brzmi, ale ta opowieść jest dużo bardziej skomplikowana. Hoover idealnie balansuje na przestrzeni prostego romansu i dramatu. Jakkolwiek by opis nie brzmiał, nie jestem w stanie bez spoilerowania wyrazić elementów, które czynią tę książkę wyjątkową. Ta książka was zaskoczy. Hoover w swoim stylu, zawsze trzyma dla nas fabularny twist, który pojawia się nieoczekiwanie.

Książka poza interesującą fabułą opiera się jednak głównie na pożądaniu. Po Pięćdziesięciu twarzach Grey'a używanie tego słowa jest dość niebezpieczne, jednak jest różnica pomiędzy książka ze scenami seksu i grafomaństwem niewyżytej autorki. Chemia między Tate i Milesem nie jest narzucona na siłę, wyczuwa się ją bardzo naturalnie. Oboje są bardzo ciekawymi postaciami, które mają charakter, interesującą przeszłość i coś znacznie więcej niż ładne twarze. 

Ugly Love jest książka w której wrażliwość przeplata się z wyrachowaniem. Jest bardzo intensywną, sensualną, zmysłową opowieścią o zmysłach i namiętności ale nie w odpychającym stylu książek E.L. James. Wszystko wyważone i delikatne, zrobione z dużym smakiem i myślę zdrowym rozsądkiem.

Książka nie jest dostępna jeszcze na polskim rynku, jednak doszły mnie słuchy, że będzie jedną z premier 2016. Polecam.


"Maybe Someday"


Chyba pierwsza książka tej autorki o której usłyszałam. Przeczytałam ją w ramach mojego readathonu i powiem wam że było to jedno z moich najciekawszych doświadczeń czytelniczych.


On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.

Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…*


Jest to książka w której najważniejszą rolę odgrywają zmysły, ale nie tak jak w Ugly Love. Maybe Someday to przede wszystkim słuch i dotyk. Czucie. Jest to książka - eksperyment. To opowieść, gdzie najważniejszym elementem jest muzyka i Hoover zadbała o to by i czytelnicy mogli tę muzykę poczuć i nawet usłyszeć. Bohaterowie tworzą muzykę i za każdym razem gdy tekst utworu pojawia się w książce mamy okazję go posłuchać. Autorka wraz z Griffinem Petersonem stworzyli unikatowy soundtrck, który dodaje książce dodatkowych walorów, a czytelnikowi dodatkowych przeżyć.

Ponownie Colleen stworzyła książkę, gdzie liczy się nie tylko to co, ale też jak czują jej bohaterowie. Jednak mimo podobnych elementów żadna z jej książek nie jest taka sama. Maybe Someday uspokaja, pozwala wczuć się zarówno w dźwięki jak i słowa. Nie narzuca nam uczuć, nie naciska i nie zaskakuje niewyobrażalnymi zwrotami akcji.

Związek Ridge'a i Sydney jest bardzo zdrowy, oparty na przyjaźni i podziwie dla talentu. Są dla siebie uzupełnieniem ale własnie na przestrzeni zdolności. Wyrażają siebie głównie poprzez muzykę, ponieważ zwykłe słowa są zbyt trudne. Uczucia skrywane między słowami piosenek i akordami gitary. To opowieść która mówi, ze "może kiedyś" ale raczej "nie teraz".

Jak pisze Hoover, alfabet angielski liczy dwadzieścia sześć liter i chociaż wydaje się, że stwarzają one ograniczone się możliwości wyrażania uczuć, to jednak, w praktyce jest ich tak wiele, że trudno wszystko wyrazić w słowach.



"November 9"


Najnowsza powieść Hoover jest chyba też moją ulubioną, przeczytałam ją również podczas readathonu i bardzo się cieszę, że postawiłam akurat na nią.

Fallon poznaje Bena w dniu jej wielkiej przeprowadzki na drugi koniec kraju. Ich natychmiastowa sympatia sprawia, że postanawiają spędzić ze sobą cały dzień, a ich "związek" ma się stać inspiracją dla książki Bena, który jest aspirującym pisarzem. Mimo, że żyją całkowicie inaczej, z dala od siebie, postanawiają spotykać się raz w roku by na jeden dzień znów być parą i dać Benowi kolejne pomysły do książki. Każdy 9 listopada jest zarezerwowany dla nich. Jednak nie wszystko jest takie proste. Oboje posiadają spory bagaż który wkrótce bardzo łatwo może rozdzielić ich an zawsze.

Jeszcze nie tak dawno temu najważniejsza w książce była dla mnie fabuła, ale odkryłam, być może zawdzięczam to moim studiom, że teraz to słowa stanowią dla mnie prawdziwy wyznacznik jakości. November 9 jest napisane pięknie. Nie doskonałe, nie nadzwyczajnie, a pięknie i prosto. Wiele momentów, sentencji chciałabym zachować sobie na zawsze. Hoover ma ten dar, że potrafi dostosować swój język do fabuły i postaci. O ile Maybe Someday było o muzyce i to ona była tam najważniejsze, tak November 9 jest całym wachlarzem przemyślanych słów, które niejednokrotnie układają się w piękne zdania. 

Ponownie przeszłość bohaterów odgrywa tu bardzo ważną rolę, ale do końca pozostaje to książka o przyszłości - nawet jeżeli jest ona niepewna i nieplanowana.
To książka o miłości. Trudnej miłości, której oboje chcę zaprzeczać. Dzielą ich tysiące kilometrów, ale już od pierwszego spotkania wiedzą, ze zachowanie dystansu będzie niezwykle trudne.

Słowa Hoover sa tak prawdziwe i szczere, że cała historia nabiera dodatkowych sensów. Mówi o cierpieniu i nawet o śmierci, o poszukiwaniu siebie  i przede wszystkim o miłości.
Dobrze znane myśli przekuwa na słowa, które trafiają w samo serce, które w kontekście Fallon i Bena stają się dowodem na to, że nawet jeżeli wszystko wydaje się skomplikowane i nieosiągalne, nie można od tego uciekać, warto ryzykować i warto się poświęcić. Złe rzeczy zdarzają się cały czas, każdy posiada jakiś bagaż doświadczeń ale nie warto skreślać przyszłości, patrząc ciągle w przeszłość.

November 9 jest dla mnie odkryciem Colleen Hoover na nowo. Książką która dostarczyła mi wiele pozytywnych emocji, dobrych myśli. Książką, poruszającą bardzo trudny temat samoakceptacji udowadniającą, że nawet jeżeli wydaje nam  się że na zewnątrz jesteśmy nikim, to ktoś może dojrzeć w tym coś wyjątkowego. Ponieważ jak pisze Hoover, czasami liczy się wnętrze, ale dla niektórych to co na zewnątrz brzydkie innym może wydać się piękne.

"People say not to judge a book by its cover, but what if you somehow read the inside of the book without seeing the cover first? And what if you really liked what was inside that book? Of course when you go to close the book and are about to see the cover for the first time, you hope it’s something you’ll find attractive. Because who wants an incredibly written book sitting on their bookshelf if they have to stare at a shitty cover?"
Mam nadzieję, że książka szybko pojawi się na polskim rynku. Chętnie się w nią zaopatrzę chociażby po to by móc te słowa przeczytać jeszcze raz.


Colleen Hoover wydaje mi się autorką idealną dla ludzi powyżej 18 roku życia, którzy będą mogli choć trochę utożsamić się z bohaterami, zrozumieć co nimi kieruje i czego oczekują od życia.

*opis zaczerpnięty ze strony wydawnictwa



Blogmas trwa. Mam dla was pewną niespodziankę, oczywiście wszystko będzie zależało od odzewu i zainteresowania. Ale to niespodzianka książkowa. Śledźcie facebooka - w tym tygodniu powinno pojawić się specjalne info :)


5 komentarzy:

  1. czytałam "Hopeless" i "Losing Hope" tej autorki. całkiem przyjemne, ale oczarować mnie nie oczarowały.
    ja bym raczej (na podstawie tych dwóch przeczytanych książek) twórczość Colleen Hoover kierowała do osób w wieku 14-18 lat.

    OdpowiedzUsuń
  2. O książkach Hoover usłyszałam od zafascynowanej kuzynki, jednak nie umiała mi dokładnie wyjaśnić co w nich takiego jest, co tak intryguje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O książkach Hoover usłyszałam od zafascynowanej kuzynki, jednak nie umiała mi dokładnie wyjaśnić co w nich takiego jest, co tak intryguje :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Również przepadam za książkami Hoover. Mają w sobie "to coś", co wyróżnia ją wśród innych autorek NewAdult :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam Colleen Hoover po tym, gdy w wakacje przeczytałam Hopeless. Mam już na półce inne jej książki i zamierzam przeczytać tak dużo, jak tylko będę mogła :)
    Pozdrawiam,
    isareadsbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń