piątek, 22 stycznia 2016

BookNerd Rev: Armada

Gdy w czerwcu zeszłego roku czytałam Player One Ernesta Cline odnalazłam książkę idealną. Było w niej wszystko czego mogłabym oczekiwać od książki: interesujący bohater, ciekawa akcja, świetny humor i mnóstwo nawiązań do popkultury, która jest jedną z tych dziedzin. Szczególnie jako kulturoznawca. Player One, jak się okazało podczas noworocznych podsumowań moją ulubioną lekturą 2015 roku. Gdy dowiedziałam się, że wydawnictwo Feeria ma w planach publikację drugiej książki Cline'a, wiedziałam, że tej nowości nie odpuszczę!



Zack Lightman całe życie miał głowę w chmurach, marząc, by świat trochę bardziej przypominał filmy i gry komputerowe, które pożera. Niechby jakieś fantastyczne, przełomowe zdarzenie roztrzaskało wreszcie monotonię jego bezbarwnej egzystencji i porwało go na szlaki kosmicznej przygody…W końcu co szkodzi sobie trochę pomarzyć. Ale Zack umie odróżnić rzeczywistość od fantazji. Wie, że tu, w realu, nadpobudliwi nastoletni gracze nie dostają misji zbawiania świata.

Aż pewnego dnia widzi latający spodek. Więcej: ten statek kosmitów jest jakby żywcem wzięty z gry, której oddaje się co wieczór – popularnego symulatora lotów „Armada”.

Nie, nie zbzikował. A jego umiejętności – wraz z umiejętnościami milionów podobnych mu graczy na świecie – będą potrzebne, by uratować planetę. Nareszcie jest jego upragniona szansa! Tylko gdzieś w tyle głowy czai się dziwna wątpliwość – podsycana przez pamięć opowieści sci-fi, z którymi wyrastał – czy coś w tym scenariuszu nie wydaje się zanadto… znajome?

Armada nie jest powieścią dystopijną mającą miejsce w niedalekiej przyszłości jak Player One. Akcja Armady rozpoczyna się jak każda powieść obyczajowa tocząca się tu i teraz, jednak bardzo szybko odkrywamy, że to co znamy, rzeczywistość Zacka, jest zgoła inna niż sam mógł kiedykolwiek sobie wymarzyć. Nagle jego świat przeradza się w najbardziej realistyczną grę komputerową gdzie granice między fikcją a prawdą się zacierają. Ale czy ta granica kiedykolwiek istniała?

Armada to fantastyczna książka przygodowa, która nawet na moment nie zwalnia. Wszystko dzieje się szybko, ale nie brakuje szczegółowych opisów zarówno sprzętu jak i samej akcji. Jest ciekawie i intrygująco. Jest zabawnie ale też mamy sporo niezbędnego dramatyzmu. Nie chcę skupiać się za bardzo na fabule. Cała akcja to zaledwie kilka dni, niezwykłych dni i nie chcę wam odmawiać przyjemności poznania ich samemu. Czasami lepiej wiedzieć mniej by zyskać więcej.

Przewagą jaką ma Ernest Cline nad innymi książkami gatunku jest bez wątpienie jego śmiałe czerpanie z popkultury, które nie tylko wykorzystuje wręcz zachłannie, ale niezwykle umiejętnie. Posiada niesamowitą lekkość w użyciu metafor i wplataniu we własną twórczość twórczości poprzedników. Zarówno Player One jak i Armada są niczym kopalnia odwołań do filmów, komiksów, książek. Ponieważ wyszły spod ręki wielkiego maniaka kultury, są użyte w sposób niezwykle trafny i z należytym poszanowaniem.

O ile jednak Player One skupiał się głównie na grach komputerowych, o tyle Armada to hołd oddany science fiction. Ilość odniesień do Gwiezdnych Wojen i podobnych produkcji jest tak duża, że książka mogłaby wręcz stanowić ich reklamę. Fabuła Armady to wariacja na temat tego co by było gdyby filmy Lucasa nie były tak do końca wytworem fantazji, a Luke Skywalker nie fikcyjnym bohaterem a raczej wzorem do naśladowania. Armada jest niczym dziecko wielu dobrze znanych nam produkcji sci-fi, znajdziemy tu odwołania do Star Treka, Ostatniego gwiezdnego wojownika, E.T., Gry Endera. Fani Władcy Pierścieni również znajdą coś dla siebie. 
Ernest Cline nie ogranicza się w przebieraniu w środkach i zapożyczeniach. Garściami czerpie z najlepszej muzyki lat 70 i 80, a ilekroć wspominany był zespół Queen moje serce radowało się podwójnie.

O ile znam wiele książek, które również wzorują się na wcześniej powstałych tekstach (także filmowych), o tyle Ernest Cline w przeciwieństwie do nich robi to tak jawnie, że każde skojarzenie nie budzi konsternacji a raczej satysfakcję ze zrozumienia odniesień. 

Sam sposób skonstruowania książki, a jako totalny maniak okładek muszę to podkreślić, jest fantastyczny. Książka wygląda doskonale co jeszcze potęguje przyjemność czytania.


Armada nie jest jednak tak kapitalna jak Player One, które było idealną hybrydą dzieciństwa i dorosłości. W Armadzie autor bardziej skupia się na akcji, mniej na wykreowanym przez siebie świecie. Wszystko dzieje się niezwykle szybko i do końca trudno jest odróżnić fikcje od prawdy. Książka jest skonstruowana jak film przygodowy, gdzie liczy się bardziej obraz i efekty niż faktyczna fabuła, na którą nie ma tu do końca czasu. Tak więc nie mamy tak dobrze jak w PO zarysowanych bohaterów, wiele rzeczy przydarza się nagle i niespodziewanie. Gwarantuję wam jednak, że gdybyśmy siedzieli w kinie, patrzyli na to przez trójwymiarowe okulary, nie moglibyśmy oderwać wzroku od ekranu. Ernest Cline ma talent tworzenia w umysłach czytelników niezwykle barwnych i plastycznych obrazów. Dzięki temu każdy, nawet laik, który nigdy nie interesował się sci-fi, zobaczy to, co widzieć powinien. Autor każdą popkulturową pożyczkę wplata tak, że nic się nie traci na jej nieznaniu.

Armada to gratka dla każdego fana Gwiezdnych wojen, Star Treka, sci-fi, gier komputerowych i popkultury w ogóle. Ale jest to też okazja dla wszystkich innych, którzy chcą przeżyć niezwykle interesującą lekcję historii kultury XX i XXI wieku. 

Musimy tylko zapiąć pasy i być gotowym na podróż w nieznane i bliskie spotkanie trzeciego stopnia.

Pisząc tę recenzję słucham playlisty której w książce słuchał Zack i może Armada nie powaliła mnie tak jak Player One, ale z pewnością dostarczyła wiele przyjemności. Cline'owi po raz kolejny udało się oddać pokłon wszystkim, którzy od lat wzbogacają naszą wyobraźnię o nowe światy  galaktyki. Oddał hołd twórcom masowej wyobraźni, a ja oddaje pokłon jemu, ponieważ teraz i Ernest Cline może się do nich zaliczać.

Chcę więcej!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz