Bookish Pet Peeves #2 czyli książkowe NOPE.

Dawno temu (we wrześniu) obiecałam wam pewną serię postów. Wydaje mi się, że Blogmas to odpowiedni czas na kolejną część. 

Ostatnio było głównie o bohaterach, dziś postanowiłam skupić się na fizycznym aspekcie książek. 


6. Trylogia na siłę i seria z niczego.

Wszystko jest trylogią. Chcesz osiągnąć sukces napisz trylogię, z trylogii zrób serię, a później masz Niekończącą się opowieść.

Nie zrozumcie mnie źle. Często dziękuję niebiosom, że jak kończę książkę mogę sięgnąć po kolejną, że mamy tyle czasu na kontakt z ulubionymi bohaterami, że dostajemy więcej i więcej. 

Niestety zdarza się też tak, że dostarczana nam przez autora opowieść nie jest odpowiednia na trzy i więcej książek. Niezgodna to był naprawdę świetny pomysł, pierwsza część bardzo mi się podobała i wtedy przeczytałam część drugą i czar prysł... Zbuntowana nie wnosi do historii prawie nic, a z pewnością nie tyle by zasługiwać na osobną książkę. Autorka równie dobrze mogła dodać pięć rozdziałów do Niezgodnej i pięć do Wiernej i dwie książki by całkowicie wystarczyły.


Jednak gdy autor przekracza magiczną liczbę Trzy, wtedy zaczyna myśleć o numerze Cztery i Pięć i trylogia przeradza się w serię. I tego jest już za dużo. To tak jakby pisarz nie miał pomysłu na coś innego, postanowił zarabiać dalej na tym co już stworzył. I wtedy często mnie już to odpycha. Ponieważ to nic nie wnosi, często nie jest oparte na konkretnym pomyśle i co ważniejsze nie posiada planu. I wtedy dostajemy coś bardzo niepotrzebnego. Czasami się to udaje, czasami nie. Jednak zawsze budzi mój niepokój czy napisano to dla nas czy dla pieniędzy.

Tak samo jest ze wszelkimi sequelami, prequelami, Nie żebym nie marzyła o Harrym Potterze 10 lat później, albo o książce o Huncwotach- przyjęłabym ją z pełnym entuzjazmem, ale tu przynajmniej wiedziałabym, że J.K. nie robi tego dla pieniędzy. Wena ją wymęczyła. Fani ^^

Czasami trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. 

7. Książka z punktu widzenia...

To już jest istna plaga. Ta sama historia opowiedziana tak samo, tylko że narratorem jest kto inny... Jak wytłumaczyć przepisanie książki zmieniając tylko płeć i kilka myśli, jak nie chęcią zarobienia jeszcze większej kasy.

Nie mam nic przeciwko dwóm punktom widzenia W JEDNEJ KSIĄŻCE. Albo dwóm punktom widzenia kiedy historia jest podzielona i jedna osoba opowiada jedna część, druga drugą. Jest mnóstwo takich przykładów: Will Grayson, Will Grayson, książki Colleen Hoover, seria V is for Vergin, Oddam ci słońce, Eleonora i Park czy mój ulubiony przykład podwójnej narracji - Dziewczyna i chłopak, wszystko na opak (to tylko książki, które mam na półce przed oczami- jest tego znacznie więcej). 
Jednak jest jeszcze jeden rodzaj narracji podwójnej, którego zaakceptować nie mogę.
Może już wiecie o czym mówię. 


E.L. James wydała 50 twarzy Grey'a oczami Christiana. Książka jest dokładnie tym co wcześniej tylko, że teraz możemy wniknąć w umysł bohatera. Dzieje się tu dokładnie to samo. Jest dokładnie tak samo grafomańskie i już same fragmenty wystarczają by wiedzieć, że ani autorka, ani seria nie uczą się na błędach. Nie wierzę, że autorka siadła i pomyślała "zróbmy kolejną część, fani tego potrzebują!" I ludzie za to płacą?!

Albo inny, nowszy przykład. O dziwo idealne pasujący do powyższego. Inna znana pisarka Stephenie Meyer stworzyła sagę Zmierzch, która ma lepsze i gorsze opinie (gorsze czyli ff przeradzające się w przykład powyżej), ale wszyscy się już pogodzili z tym, że to koniec. Seria nie skończyła się najlepiej, a wielka sława przeminęła i nikt nie płacze. No tylko, że Meyer wydaje się inaczej. Kilka miesięcy temu, jak grom z jasnego nieba, spadłą na nas wiadomość, że dostaniemy nowy Zmierzch. Wszystko wydawało się bardzo interesujące. Historia Belli, gdzie to ona jest wampirem, Dziewczyna - wampir, chłopak - człowiek. Tylko jak się okazało, już po tym jak wielu rozentuzjazmowanych na nowo poszło do księgarni, Nowy Zmierzch nie jest niczym nowym. Jest dokładnie tym samym, tylko postacie zmieniły płeć... to jest jakiś żart. Ile jest książek których się nie wydaje a pewnie są świetnymi pomysłami i ile shitowych pomysłów drukuje się i pojawia na najlepszych miejscach księgarnianych półek?!


Ten potworek będzie u nas publikowany - premiera w 2016. Zróbcie to dla siebie,  dla całego świata i tego nie kupujcie. Weźcie swój stary egzemplarz i pozmieniajcie imiona. Nie dajcie wygrać wydawniczym piraniom...

8. Zaprzestanie publikacji w połowie serii

A jak już poruszamy problemy wydawnicze...
Rozumiem, że coś się nie sprzedaje, ale wydaje mi się, że jak już podejmujesz się wydać coś to powinieneś liczyć się z wiążącą się z tym odpowiedzialnością. Nawet jeżeli jest to 50 twarzy Grey'a, ponieważ są czytelnicy, którzy się angażują, którzy czekają i przerwanie publikacji, bez odpowiednich argumentów i wytłumaczeń to jak wypięcie się na czytelników. Więc gdy już zaczynam jakąś serię i nagle okazuje się, że na dwóch publikację zakończono i w planach nie ma kontynuacji to mam ochotę przejść się do wydawcy i mocno nim potrząsnąć. Szczególnie gdy seria cieszy się wielką popularnością na całym świecie.


Saga księżycowa Marissy Mayer to jedna z lepiej odbieranych serii książkowych ostatnich lat. Niestety za granicą, ponieważ u nas dwie książki wystarczyły. Teraz nie ma co liczyć na kontynuację, a oglądanie zagranicznego booktuba jest bolesne. Chcecie by ludzie czytali książki? Bądźcie wobec nas fair! 

9. "Tę książkę poleca John Green"

Wydawcom polskich książek wydaje się, że jak napiszą na okładce, najlepiej z samego przodu, że John Green chociażby chuchnął na nią, to będzie wystarczającym argumentem by tę książkę przeczytać. I tak oto nazwisko Johna Greena widnieje na wszystkich książkach YA, a sam pisarz stał się wyrocznią i wyznacznikiem gustu.



Nie mam nic do Johna Greena, tak właściwie jest jednym z moich ulubionych pisarzy i z pewnością jednym z najfajniejszych ludzi na świecie, ALE dlaczego to, że on coś przeczytał, albo że książka jest podobna do którejś z jego książek, ma mnie nakłonić bardziej niż opis lub okładka ?


Za każdym razem kiedy widzę coś takiego, to przechodzi mnie dreszcz rozżalenia, że nikt nie wpadł na lepszy sposób promocji i musi przekonywać do przeczytania książki za pomocą innej.


10. Ceny.

Czy jest coś bardziej frustrującego dla mola książkowego niż to jaką cenę musi płacić za tę przyjemność?

Książki w Polsce są stanowczo za drogie. Biorąc po uwagę zarobki, książki wydają się zbędnym luksusem. Średnio cena okładkowa waha się od 25-39 zł. Niższy pułap to naprawdę luksus. Wydawanie 30zł na książkę, którą może przeczyta się raz, która może nam się nie spodobać nie jest czymś co robi przeciętny Polak. Oczywiście można kupować książki taniej, sama nie kupiłam w tym roku żadnej po cenie okładkowej, jednak przeciętny człowiek nie ma czasu, ani ochoty sprawdzać ceny na ceneo. Wchodzi do księgarni i chce coś kupić. I zaczynają się schody i zamiast kierować się upodobaniami, patrzy na cenę. Tak nie powinno być.

Inną sprawą są ceny e-booków. W świecie w którym w internecie można znaleźć wszystko (co jest oczywiście nieodpowiednim zachowaniem) dziwi mnie, że ktoś oczekuje, że za książkę której nawet nie będę miała fizycznie w rękach, zapłacę tyle co za papier. Nie rozumiem jak za plik, który może być powielany wielokrotnie za jednym kliknięciem myszy, mam płacić tyle, co za normalną, drukowaną w drukarni, na papierze, który ktoś zrobił z drewna, które ktoś ściął, tyle samo... Dlaczego akceptujemy to, że marża z pliku jest tak samo wysoka jak dla szeregu ludzi, którzy pracują nad książką papierową. Gdyby przynajmniej autor zarabiał więcej na e-bookach...

Osobiście znam wiele sposobów, które pozwalają mi zaoszczędzić sporo pieniędzy. Dzięki temu jeszcze mam co jeść. Jednak do szału doprowadza mnie fakt, że musimy kombinować by móc normalnie w świecie poczytać, obejrzeć film.  


Wszędzie się trąbi o tym, że Polacy mało czytają. Cóż jeżeli nie musielibyśmy rezygnować z innych rzeczy by kupić książkę, to może sytuacja wyglądałaby inaczej? Albo książki stanieją albo zacznijmy więcej zarabiać. Bo to nie jest tak, że czytać się nam nie chce.

A dla tych, którzy uważają, że można czytać i nie trzeba kupować to mam dwie rzeczy do powiedzenia: 1) tu 2) biblioteki też książki kupować muszą.


To tyle na dziś. Moja lista Pet Peeves niewiele się skurczyła. Czy któraś z tych rzeczy Was też denerwuje? Dajcie znać w komentarzach :) 
Kolejnej części możecie spodziewać się w styczniu, a już jutro zapraszam na czwartą już blogmasową recenzję.



Dziś też zaczynam książkowe odliczanie do świąt na facebooku. Dwie książki, 15 opowiadań, codziennie mini recenzja.


Zaczynam od W Śnieżną noc. Codziennie pojawi się krótki wpis i tak aż do Wigilii. Zachęcam do polubienia fanpage'a jeżeli jesteście zainteresowani tymi publikacjami.




Komentarze

  1. Zgadzam się z 6,8,9,10, jednak co do 7, myślę, że czasami taka zmiana punktu widzenia pozwala na poznanie sytuacji z różnych stron i aspektów. Nie mówię, że powtarzanie dokładnie tych samych scen ze zmianą narratora jest w jakimś stopniu ciekawa, bo tylko uprzykrza życie i przeciąga książkę, ale gdy część sytuacji jest z jednej, a część z drugiej strony problemu, to da się to jakoś znieść :)

    OdpowiedzUsuń
  2. w siódmym PP o dwóch punktach narracji nie wspomniałaś w dobrych o Avery Shaw. wybaczam, bo ujęła V is for Virgin :D
    a tak co do innych rzeczy... koszt ebooków, to w ogóle dziwna sprawa. polski VAT na książki wynosi 7% (gdzie za granica to często jest 0%, czasem 5%, rzadko >20%) i myślałoby się, że obejmuje to też e-książki, ale... nie. ebooki są opodatkowane VATem 23%-owym. co jest czystym szaleństwem i to właśnie głównie wpływa na cenę.
    minus też jest taki, że niestety w Polsce mamy "mały" i słaby marketingowo rynek książkowy, dlatego autorzy zarabiają mniej - nie mają siły przebicia na rynku zagranicznym, a nierzadko umowy wydawnicze wcale nie są takie piękne, jakby się mogło wydawać.
    te anglojęzyczne mają więcej plusów przypuszczalnie z tej przyczyny, że są... anglojęzyczne. kult języka, którym mówi bardzo wiele osób, przy czym jest to język urzędowy przynajmniej sześciu dużych krajów i kilkunastu kolonii/krajów afrykańskich. taki rynek o wiele łatwiej podbić książką "rodzimą", niż tłumaczeniem jakiejś obcojęzycznej. niestety :(

    ale ale, nie zmienia to wszystko faktu, że zgadzam się z twoimi punktami. GEEZ SO FRUSTRATING.

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do "Zmierzchu" w wersji Bella-wampir, to czekam na to, jak wyjdzie w Polsce. Serio. Czekam, aż będzie, aż P.Opydo to kupi i zrecenzuje. Seria "Złe książki" zdroworozsądkowo recenzuje te wszystkie potworki.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz