wtorek, 22 grudnia 2015

BookNerd Challenge: Wszystkie jasne miejsca

To już ostatnia blogmasowa recenzja. Czas płynął stanowczo za szybko... Ostatnia blogmasowa recenzja, może ostatnia recenzja w tym roku, ale z pewnością nie ostatni książkowy wpis. Zbliżają się podsumowania, podliczenia i bicie się w piersi. Deklaracje, postanowienia i wyzwania. Będzie się działo.

Cieszę się jednak, że ostatnia recenzja dotyczyć będzie książki, która zasługuje na jakieś wyróżnienie. Niech więc zakończy ten rok książkowego recenzowania, polecania i odradzania. 

"Wszystkie jasne miejsca" Jennifer Niven 


Jak zapewne zdążyliście już zauważyć, po ilości kolorowych znaczników, jest to książka, którą chciałam zapamiętać, którą zapamiętam i która bez wątpienia w wielu miejscach wywołała we mnie wiele emocji.


Finch jest zafascynowany śmiercią. Codziennie rozmyśla nad sposobami, w jakie mógłby pozbawić się życia, a jednocześnie nieustannie szuka – znajdując – czegoś, co pozwoliłoby mu pozostać na tym świecie. Violet żyje przyszłością i odlicza dni do zakończenia szkoły. Marzy o ucieczcie od małego miasteczka w Indianie i niemijającej rozpaczy po śmierci siostry.
Kiedy Finch i Violet spotykają się na szczycie szkolnej wieży – sześć pięter nad ziemią – nie do końca wiadomo, kto komu ratuje życie. A gdy ta zaskakująca para zaczyna pracować razem nad projektem geograficznym, by odkryć „cuda” Indiany, ruszają – jak to określa Finch – tam, gdzie poprowadzi ich droga: w miejsca maleńkie, dziwaczne, piękne, brzydkie i zaskakujące. Zupełnie jak życie.
Wkrótce tylko przy Violet Finch może być sobą – śmiałym, zabawnym chłopakiem, który, jak się okazuje, wcale nie jest takim wariatem, za jakiego go uważają. I tylko przy Finchu Violet zapomina o odliczaniu dni, a zaczyna je przeżywać. Jednak w miarę jak świat Violet się rozrasta, świat Fincha zaczyna się gwałtownie kurczyć.


Jeżeli miałabym wskazać jedną książkę o problemach psychicznych, którą przeczytałam w tym roku (a było ich kilka) a która poruszyła mnie najbardziej byłaby to ta książka. Nie płakałam, nie miałam depresji, nie potrzebowałam przerwy by odetchnąć. Nic z tych rzeczy. Jednak dostałam To Coś, co sprawiło, że nie tylko nie mogę o tej książce zapomnieć, ale dodatkowo bardzo personalnie do mnie trafiła. Dotarła do mojej wrażliwości, do mojego sposobu postrzegania świata i co najważniejsze tutaj, do moich oczekiwań względem literatury. Ściślej - obyczajowych powieści YA.

Jennifer Niven nie tylko napisała książkę prosto z serca, o czymś co dotykało ją personalnie, o czymś o czym miała pojęcia, ale jeszcze przekazała to tak, że każdy czytelnik zrozumie i poczuje o co chodzi. Książka nie tylko dotyka problemu samobójstwa, a ściślej, co już mogliście wywnioskować z opisu, myśli o samobójstwie, ale również wielu problemów, z którymi, w tym przypadku młodzi ludzie muszą sobie radzić. 

To co mnie najbardziej poruszyło w całej historii to to, w jaki sposób główni bohaterowie starali się sobie na wzajem pomóc. Odkrywać te jasne miejsca nie tylko w przenośni, we własnej psychice, ale również w życiu realnym. Poszukując miejsc gdzie będą czuli się lepiej. Poszukując ich razem. 

Jest to książka o miłości, ale mimo, że między młodymi ludźmi, dojrzałej miłości, ponieważ opartej na trudnych doświadczeniach. O przyjaźni, wzajemnym zaufaniu i pomocy. O odnajdywaniu światełka w tunelu. O myśleniu pozytywnie wtedy, gdy wydaje się to niemożliwe. 

Finch i Violet są bohaterami, których staramy się zrozumieć wtedy, gdy oni próbują tego samego. Poznajemy ich z każdym dniem. Przywiązujemy się, lubimy ich i zaczynamy im kibicować, szukając tej nadziei razem z nimi. Jako osoba z reguły i z zasady niezwykle krytyczna w stosunku do głównych bohaterów książkowych tu odnalazłam idealna symbiozę normalności, prawdy. Po prostu polubiłam tę dwójkę. Byli dla mnie takimi bohaterami jakich chciałabym poznawać częściej dzięki książkom. 

Mimo bardzo poważnej tematyki, książka nie jest ani trudna w sensie czytelniczym, ani w sensie emocjonalnym. Niven znalazła wydaje mi się złoty środek między dramatyzmem a humorem i lekkością. Jest to taka życiowa historia, która mogłaby się wydarzyć naprawdę.

Napisana w bardzo dobrym stylu stała się dla mnie "kopalnią momentów godnych zachowania". Zarówno wszystkie kolorowe karteczki, które możecie zobaczyć na zdjęciu, jaki i sama okładka i wszystko co wyżej napisałam nie powinny was jednak zmylić. Poruszając taką tematykę nie może być kolorowo. Miejscami będzie bardzo ciężko. Ponieważ tak musi być. Ponieważ to wszystko musiało się wydarzyć. I chociaż to słowa od autorki na końcu książki (koniecznie musicie je również przeczytać) całkowicie mnie rozłożyły, spowodowały, że rzeczywiście na chwilę moje serce zostało wyrwane i podeptane a dusza poobijana, to tak jak pisałam wyżej, nie było łez, nie było dramatu. Wraz ze zamknięciem książki, poczułam katharsis. Całkowite pogodzenie się i oczyszczenie. Czyż nie każda książka powinna się tak kończyć? 

Nie zdradzam wiele, staram się wam nie opisywać wszystkiego. Nawet powstrzymałam się od dzielenia się z wami tymi fragmentami czy słowami które zaznaczyłam. Chciałabym byście podeszli do tej książki ze świeżym rozumiem, z minimalną dawką informacji i byście przeżyli ją sami.

Czy warto? Warto i mam nadzieję, że też poczujecie To Coś. Zróbcie to póki o książce nie stanie się zbyt głośno, póki nie zostanie tak wymiętoszona jak Gwiazd naszych wina. Jest to z pewnością jedna z najlepszych książek jakie czytałam w tym roku. Polecam, polecam serdecznie. 



Mimo że na blogu to ostatnia blogmasowa recenzja to dalej zapraszam na facebooka i recenzje opowiadań z Podaruj mi miłość. Zostały jeszcze dwa. Czas leci za szybko! 


1 komentarz:

  1. Nie sądziłam, że książka wypadnie aż tak dobrze, chociaż często pojawiała się na różnych blogach. Z pewnością się za nią wezmę, skoro oceniasz zarówno wątek, jak i bohaterów tak świetnie :)

    OdpowiedzUsuń